+48 736-84-84-44

Włocławski Nikifor – historia rzeźbiarza Stanisława Zagajewskiego

fot. Jan Sieraczkiewicz

 

Dzieciństwo

Tego, kiedy dokładnie przyszedł na świat, a także jakie nosił imię i nazwisko przez pierwsze dwa lata swojego życia, do dziś nie wiadomo. Biografowie za datę urodzenia przyjmują 20[1] bądź 27[2] września 1927 r. Jedyne, co udało się dotąd ustalić i co zdaje się pewnikiem, to fakt, że zimą (prawdopodobnie 2 lutego lub 13 listopada[3]) 1929 r. został znaleziony na schodach kościoła św. Barbary przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, podrzucony tam przez kobietę w koszyku wyściełanym gazetami, co po latach sam oceniał jako przejaw dobroci — że matka zadbała o to, by nie było mu zimno. Kiedy go podrzucono, miał mniej więcej dwa lata i widoczne ślady kalectwa.

Według legend, których sam był twórcą, jego matka rzekomo miała być pomocą domową, która zaszła w ciążę ze swym chlebodawcą – nieznanym bliżej z imienia i nazwiska warszawskim artystą. W innej, również najprawdopodobniej wyimaginowanej opowieści, Zagajewski podawał, że jest synem Roma, z którym matka uciekła, podrzucając dziecko do kościoła.

Po latach, gdy mieszkał już we Włocławku, opowiadał także, że matka kiedyś przyjechała tam, by go odwiedzić, a nie zastawszy, zostawiła w drzwiach kartkę ze swoim adresem. Jednak nim wrócił do domu, spadł ulewny deszcz i adres został rozmyty – dlatego nigdy nie mógł już jej odnaleźć.

Znaleziony na schodach kościoła chłopiec, o nieznanym pochodzeniu i personaliach, a przy tym z widoczną niepełnosprawnością (od dziecka kulał i mówił niewyraźnie), otrzymał nowe imię i nazwisko. Metryk tych powstało zresztą kilka — w różnych miastach, z różnymi datami urodzenia. Różnił je nie tylko dzień i miesiąc, ale nawet rok: jedne były wystawione z datą 1922, inne z 1927, a więc rozbieżność dość spora.

Jak w ogóle doszło do tego, że został Stanisławem Zagajewskim?

Otóż co do imienia sam rzeźbiarz twierdził, że nadano mu je dlatego, iż został znaleziony w imieniny Stanisława – tyle, że to oznaczałoby, iż odnaleziono go w maju.

Jeśli natomiast chodzi o kwestię nazwiska, wersje podawane przez samego zainteresowanego były dwie. Pierwsza mówiła o tym, że tego dnia zmarł jakiś człowiek o nazwisku Zagajewski i dlatego mu je nadano. Druga wskazuje, że w sierocińcu istniał zwyczaj nadawania dzieciom pozbawionym tożsamości nazwisk na tę samą literę, która była wybierana na cały rok z góry – w 1929 r. miało to być „Z”, stąd jemu przypadło w udziale nazwisko Zagajewski. Ile w tym prawdy, a ile legendy – dziś już raczej nie do rozstrzygnięcia. Fikcyjnie wpisano także w metrykę imię matki: Helena.

Edukacja

W latach 1929 – 1935 Zagajewski przebywał w Zakładzie Wychowawczym Zgromadzenia Zakonnego Sióstr Rodziny Maryi w Ciechocinku. To tam doszło do incydentu zniszczenia ceramicznej figurki stojącej na biurku nauczycielki, która zdawała się być jej utratą bardzo przejęta i w rezultacie skrzyczała ucznia podejrzanego o dokonanie tego zniszczenia. Na to Zagajewski miał ponoć zareagować obietnicą wykonania ładniejszej. I tak się stało. Choć niektórzy zarzucali mu oszustwo, twierdząc, że to niemożliwe, by tak niepozorny, mizerny chłopak potrafił tak pięknie rzeźbić; udowodnił jednak, że to jego dzieło.

W latach 1935 – 1939  przebywał w kolejnym zakładzie wychowawczym prowadzonym przez zgromadzenie zakonne, tym razem Sióstr Elżbietanek w Grabiu koło Torunia.
Uczęszczał tam do szkoły powszechnej, ale uczniem był raczej miernym. Bardziej zajmowało go lepienie ptaszków i zwierzątek, do czego wykorzystywał każdy dostępny materiał: glinę, smołę, piasek, plastelinę. Już wtedy zaczynał być zauważalny jego talent. O ile zdolności plastyczne wzbudzały zachwyt nauczycieli, o tyle przysparzały zazdrości rówieśników, którzy nie szczędzili mu przykrych słów i przezwisk. W pamięci pozostały mu dwa: „Podrzutek z Boduena”[4] i „Kobyła cię w galopie zgubiła”. Mimo doznawanych przykrości nie nosił w sobie urazy ani żalu. Choć ukończył tam zaledwie kilka klas, otrzymał świadectwo ukończenia szkoły. Najsłabszy był z rachunków, za to wiersze i piosenki, których nauczył się w szkole, pamiętał do końca życia. Na filmach uwieczniono długie fragmenty recytowanych i śpiewanych przez niego utworów poświęconych marszałkowi Piłsudskiemu oraz prezydentowi Mościckiemu.

Śpiewał np. „Na imieniny Pana Prezydenta”[5]:

„Płynie szara Wisła, o brzegi uderza,
Przegląda się w Wiśle ta zamkowa wieża.
Hej! W zamku mieszkali królowie przed laty,
Teraz Pan Prezydent ma tu swe komnaty.
Dziś tam gwarno, rojno, bo każdy pamięta,
Że dziś imieniny Pana Prezydenta.
Hej! W zamku jest portret w chorągwiach i kwiatach:
Panie Prezydencie, żyj nam długie lata”.

I recytował:

„Panie Prezydencie! W dniu Twojego święta
Stoi tu gromadka dzieci uśmiechnięta!
A z tych wszystkich dzieci każde jedno powie:
Niech Ci Bóg da szczęście, niech Ci Bóg da zdrowie!
Niech nad naszym krajem słońce jasno świeci
I niech dzielni ludzie rosną z polskich dzieci!”[6]

„Dobrze i miło jest w naszym domu,
Głodno i smutno nie jest nikomu,
Bo dobry tatuś, w domu gospodarz,
Kocha nas wszystkich i myśli o nas.
I nasza Polska, piękna kraina,
Jest jak dom jeden, jedna rodzina.
Choć sióstr i braci jest w niej niemało,
Wszyscy stanowią ogromną całość.
A pan prezydent to taki człowiek,
Co tej rodziny ojcem się zowie.
On wszystkich kocha i wciąż się trudzi
Dla dobra, szczęścia milionów ludzi,
By w całym kraju, jak w twoim domu,
Nie było głodno, smutno nikomu”[7].

W latach 1939 – 1949 Zagajewski znajdował się pod opieką Zgromadzenia Zakonnego Braci Albertynów w Warszawie, prowadzącego zakład wychowawczy dla chłopców. Uczył się tam krawiectwa, introligatorstwa, kucharstwa, ogrodnictwa, bednarstwa i szewstwa.

Tam też na jego talencie poznał się profesor Stanisław Jagmin[8] herbu Pelikan znany rzeźbiarz i ceramik, właściciel fabryki kafli i majoliki m.in. w Wiśniewie, dokąd zabrał Zagajewskiego. Niestety odezwał się w artyście, dobrze nam już znany także z jego późniejszej postawy, model sprzeciwu wobec wytwórstwa masowego, powtarzalnego i odtwórczego.

Profesor Jagmin nie tylko zaproponował pracę, lecz także chciał dalej kształcić Zagajewskiego, proponując mu naukę w szkole ceramicznej w Gliwicach. Ten jednak nie chciał ani wyrabiać kafli ani kontynuować nauki. Uciekł z Wiśniewa. Co prawda po jakimś czasie wrócił, ale profesor Jagmin już wtedy nie żył[9].

Gdy wybuchła wojna, Zagajewski pasł krowy w Parku Skaryszewskim i na Saskiej Kępie. Legendą obrosła opowieść o tym, jak w czasie wojny pewien Niemiec zakupił od niego figurę Chrystusa Frasobliwego za duże pieniądze.

W roku szkolnym 1949/1950 rozpoczął naukę w warszawskiej Szkole Budowlanej[10] przy ul. Karolkowej, w klasie o profilu murarskim, i zamieszkał w przyszkolnym internacie na warszawskiej Woli. Szkoły tej jednak nie ukończył z różnych względów, w tym zdrowotnych.

Praca

W powojennej, dopiero odbudowywanej z gruzów Warszawie niełatwo było wówczas zarówno o pracę, jak i o mieszkanie. Nawet osobie w pełni sił trudno było je pozyskać, a cóż dopiero  utykającej, o wątłym zdrowiu i – nazwijmy to – pewnym nieprzystosowaniu społecznym.

W latach 1950 – 1952 Zagajewskiemu udało się jednak znaleźć zatrudnienie przy odbudowie Warszawy: ul. Marszałkowskiej, Mokotowskiej, Foksal i Podwale oraz Trasy W-Z. Podjął pracę w Pracowni Sztukaterii i Architektury. Miał odtwarzać proste detale historyczne, być rekonstruktorem, sztukatorem. O ile świetnie potrafił to robić i miał do tego predyspozycje manualne, o tyle nie cierpiał zajęć odtwórczych. Miał jedynie modelować kolumny i plafony według określonego wzoru czy projektu, ale nierzadko zdarzało mu się coś pozmieniać – dolepić kwiatek czy ptaszka według własnego pomysłu. Bywał w tym niefrasobliwy, chciał bowiem tworzyć i dodawać własne detale, co w tamtym miejscu i okolicznościach oczywiście nie spotkało się ani ze zrozumieniem, ani z akceptacją przełożonych. Pracę tę więc wkrótce utracił.

Dodatkowo, pracując wówczas na budowach, mieszkał w hotelach robotniczych, gdzie obracał się w specyficznym środowisku. Nawet po wielu latach charakteryzował murarzy jako tych idących zawsze chwiejnym krokiem i będących pod wpływem alkoholu, w przeciwieństwie do artystów, których postrzegał jako lepszych, wyprostowanych i dystyngowanych.

Mieszkał wtedy w pięcioosobowym pokoju, gdzie na porządku dziennym były alkohol i kobiety. Zagajewski nie odnajdywał się tam. Ponadto był przez współlokatorów nazywany „kulasem”, co przy jego kruchej, wrażliwej konstrukcji psychicznej stanowiło poważny problem. Nie wytrzymał – uciekł.

W latach 1952–1960 Zagajewski mieszkał czasowo najpierw w stajni należącej do mleczarni przy ul. Krochmalnej w Warszawie, gdzie pracował jako mleczarz-konwojent i nocny stróż. Dźwigał tam bardzo ciężkie bańki z mlekiem, które – mimo że był silniejszy, niż mogłaby na to wskazywać jego postura – często okazywały się jednak dla niego zbyt ciężkie. Następnie zamieszkał w pomieszczeniu gospodarczym, przylegającym do drukarni, a przeznaczonym na chlewik, przy ul. Prostej 34/2. Nawet tam, w trudnych warunkach materialnych i mieszkaniowych, tworzył już swoje, całkiem sporych rozmiarów rzeźby, które zdobiły podwórko.

1961 r. – przełom

Nie wiadomo, za czyją radą, latem 1961 r. Zagajewski udał się do warszawskiej galerii Zachęta, gdzie zostawił pracownicom swoje prace – kilka glinianych ptaszków. Kobiety, nie do końca wiedząc, co o nich myśleć i jak je zakwalifikować, dostrzegły w nich jednak pewien rodzaj oryginalności i niepowtarzalności, dlatego zaniosły je do profesora Aleksandra Jackowskiego[11] do Państwowego Instytutu Sztuki. Profesor Jackowski również od razu dostrzegł w nich potencjał i wyjątkowość, dlatego udał się pod wskazany adres, by spotkać się z Zagajewskim. To spotkanie miało na zawsze odmienić życie pana Stanisława. Jackowski szybko bowiem zdał sobie sprawę z nieludzko trudnych warunków życia młodego artysty i zapragnął mu pomóc. Uderzyło go, że utalentowany rzeźbiarz śpi w chlewiku na narze, przykrywa się oszroniałym kocem, a cały jego skromny dobytek ogranicza się do trzech książek: „Kamień i cierpienie” Karola Schulza – książki o życiu i twórczości Michała Anioła, albumu o Leonardzie da Vincim oraz biografii Wita Stwosza”. Mimo braku nawet podstawowych warunków do godnej egzystencji Zagajewski nigdy się nie skarżył. Było natomiast w nim i jego postawie coś na tyle heroicznego i charyzmatycznego, co poruszyło Jackowskiego i skłoniło go do udzielenia pomocy zupełnie nieznanemu, początkującemu artyście[12].

Najpierw, dzięki protekcji Jackowskiego, przyjęto Zagajewskiego do filii Cepelii w Puławach, gdzie wypalał ceramiczne figurki. Wbrew jego niechęci do powtarzalności musiały one być jednakowe – szczerze tego nie znosił, więc wytrzymał tam tylko rok.

Jackowski, rozumiejąc ten twórczy bunt, ponownie użył swoich koneksji i tym razem nie odmawiając pomocy.

Skąd właściwie ten Włocławek?

Profesor Aleksander Jackowski – urodzony w 1920 r. w Warszawie (a więc starszy od Zagajewskiego o siedem lat) – jako młody chłopak w latach 1933 – 1936 uczył się w Gimnazjum im. ks. Jana Długosza we Włocławku, gdzie jednym z jego szkolnych kolegów był Andrzej[13] Karnkowski, późniejszy prezes włocławskiej Spółdzielni „Sztuka Kujawska”. Profesor poprosił go o zatrudnienie Zagajewskiego, który co prawda nadal miał wypalać w piecu jednakowe (czego, jak wiemy, nie znosił) figurki: ptaszków, kogutków i małych zwierzątek na sprzedaż dla Cepelii, ale jednocześnie mógł też tworzyć własne prace, ponieważ miał na to zgodę, materiał oraz dostęp do odpowiedniego pieca. Początkowo dochodziło ponoć do sytuacji, gdy w przerwie obiadowej Zagajewski wyjmował (te jednakowe jak spod sztancy) prace kolegów i wkładał swoje, które uważał za ważniejsze – z czasem: konkursowe i wystawowe. I z żelaznym drągiem pilnował, żeby mu ich nie wyjęto, dopóki się wypalały.

Główna siedziba Spółdzielni Pracy Rękodzieła Ludowego i Artystycznego ,,Sztuka Kujawska” mieściła się  we Włocławku przy ul. Szpitalnej 23/25, ale całe zaplecze produkcyjne, infrastruktura – warsztaty, pracownie i piece – usytuowane były przy Mazowieckiej i Ptasiej.

W Warszawie Zagajewski miał ogromny problem ze zdobyciem gliny. Musiał rozbijać rzeźby, aby pozyskany w ten sposób materiał móc ponownie wykorzystać do tworzenia nowych prac. Odkąd poznał profesora Jackowskiego i nawiązał z nim współpracę, zawiadamiał Państwowy Instytut Sztuki, że będzie ,,bił rzeźby”, wtedy przysyłano fotografa (i to nie byle jakiego, lecz jednego z najlepszych w kraju – Eustachego Kossakowskiego), który uwieczniał prace Zagajewskiego na zdjęciach.

Odkąd jednak artysta przybył do Włocławka, nie miał już problemu z pozyskiwaniem gliny, ponieważ Kujawy były bogate w jej zasoby. Dominowała tam glina zwałowa (inaczej morenowa), a Zagajewski tworzył właśnie niemal wyłącznie w naturalnej glinie, którą sam pozyskiwał z brzegów Wisły i tak zwanych dołów[14]. Do wypiekania natomiast używał gliny szamotowej.

W 1964 r. w ,,Przekroju” napisano nawet, że we Włocławku artysta miał dostęp aż do siedmiu rodzajów gliny, co stanowiło rodzaj propagandowej reklamy, ponieważ tylu glin ani nie było, ani z tylu nie korzystał.

Naturalna glina morenowa nie jest idealnie czysta – zawiera drobne kamyki, piasek i margiel, co akurat bardzo odpowiadało Zagajewskiemu, który nie dążył do idealnej gładkości. Właśnie te niedoskonałości nadawały jego rzeźbom unikalną, chropowatą fakturę. Dodatkowo ten rodzaj gliny po wyschnięciu jest twardy i zwięzły, co pomaga w przytwierdzaniu dodatkowych, ozdobnych detali i ornamentów bez ryzyka ich odpadnięcia, ,,spłynięcia” przed wypaleniem.

Zagajewski, co prawda, był człowiekiem z poczuciem humoru – i jak sam przyznawał, najwięcej psikusów w życiu zrobił w kościele – ale w sprawach sztuki był stanowczy, nieugięty i bezkompromisowy, czemu nieraz dawał wyraz w późniejszych latach twórczych, co świetnie charakteryzuje następująca sytuacja: ,,W latach 2002-2003 pośpiesznie dorabiał kolejne elementy, które ani nie dopełniały tematycznie całości, ani nie miały odpowiednich do złożenia gabarytów. Po rozłożeniu 19 lipca 2004 roku na podwórku muzeum przy ul. Zamczej, większość fragmentów nie pasowała do siebie, mogła być użyta tylko na kolejne obramienie «kolumnę», na nią z kolei było kawałków zbyt mało. Przy składaniu «dzieła swego życia»[15] nie krył swej irytacji, wielokrotnie kazał przestawiać fragmenty, był niezadowolony, krzyczał. Dwóch pomagających chłopaków wyczerpanych po całodziennym dźwiganiu ciężkich segmentów, wyzywał, nabierając z godziny na godzinę coraz większej werwy”[16]. A przypomnijmy – miał już wówczas 77 lat.

Ale wróćmy do początków – lat 60. XX w., które okazały się dla Zagajewskiego wyjątkowo szczęśliwe. Miał wreszcie pracę i mieszkanie.

W 1963 r. – Zespół do Spraw Plastyki Ministerstwa Kultury i Sztuki wydał Zagajewskiemu zaświadczenie o uprawnieniach do wykonywania zawodu artysty-plastyka w zakresie rzeźby ceramicznej.

W 1965 r. – dzięki staraniom profesora Jackowskiego i historyka sztuki Janusza Boguckiego –  zorganizowana została pierwsza indywidualna wystawa prac Zagajewskiego w Świątyni Diany w warszawskich Łazienkach.

Rok później odbyła się pierwsza wystawa zbiorowa w trzech miastach: Gdyni, Gdańsku i Bydgoszczy. 1966 r. był także łaskawy z innego powodu – otóż Muzeum Kujawskie, pod kierownictwem niezwykle mu przychylnej Romualdy Hankowskiej, zaczęło tworzyć kolekcję, zakupując dzieła Zagajewskiego. To znacząco wpłynęło także na poprawę warunków bytowych artysty.

W 1967 r – zorganizowano mu aż dwie wystawy indywidualne w Toruniu.

Natomiast w 1968 r. – rzeźbą ,,Smok” Zagajewski wygrywa telewizyjny ,,Turniej miast” (rozgrywka dotyczy rywalizacji między Płockiem, a Włocławkiem) w swojej kategorii. I jest przez włocławian nie tylko zauważony i doceniony, ale wręcz noszony na rękach.

Mieszkania:

Od czerwca 1964 r. do 1968 Zagajewski mieszkał i pracował w kamienicy Osterloffów przy ul. Mariana Buczka 7 (obecnie ulica Orla 7), gdzie otrzymał jeden pokój. Żył bardzo skromnie, żywiąc się głównie budyniem.

W latach 1968 – 1985 r. zajmował czteroizbową suterenę przy ul. Smolnej 5 (dokładnie na rogu Smolnej i Łaniewszczyzny) – był to lokal mieszkalny, a równolegle otrzymał przydział na lokal magazynowy w piwnicach na rogu Bulwarów i Gdańskiej z przeznaczeniem na pracownię.

W 1985 r. zamieszkał w domku z ogródkiem przy ul. Dziewińskiej 29c, gdzie mieszkał już do końca swoich dni.

 

Uczniowie/pomocnicy

,,Zagajewski żyje wśród ludzi, lubi ich, pomaga nieraz młodym chłopcom, fundując miesięczne abonamenty na obiad itp., ale będąc wśród nich, jest w istocie zawsze sam, poza ludźmi”[17] – twierdził profesor Jackowski.

Przy lepieniu smoka na pontonie również pomagali uczniowie. ,,Zagajewski pamięta najzdolniejszych «chłopaków» – Waldka Janiaka, Krzyśka Marciniaka, Tadka Malesę, którzy nie tylko rozrabiali glinę, formowali z niej wałki, ale także modelowali całe figury. «Modelowali mi formy, wtedy ja dalej robiłem, nadawałem swój styl, potem nie poznawali swojej pracy»”[18]. W filmie biograficznym artysta wymienia też Dawida Korytkowskiego.

,,O wielu ostatnich rzeźbach Zagajewskiego można już powiedzieć, że jedynie wyszły z jego pracowni. Nawet podpis składali chłopcy twierdził fotograf Jan Sieraczkiewicz.Ale to nie falsyfikaty. Wszystko działo się na oczach Zagajewskiego i za jego zgodą. Krystyna Kotula z włocławskiego muzeum była świadkiem ostatniego spotkania autorskiego starego  mistrza. Zagajewski pojawił się na nim ze swoim ulubionym uczniem, Radkiem Chrzanowskim.To wyglądało tak, jakby chciał go namaścić. Przedstawił go wszystkim i kazał, żeby chłopak opowiedział o sobie”[19].

Po śmierci mistrza Radek mówił: ,,Mam 21 lat, z tego 15 przychodziłem do pana Stanisława. Byłem u niego codziennie, bo mieszkam 100 metrów dalej. Nie wiem, jak sobie bez niego poradzić. Tak mi żal, że nikt nie spełnił jego ostatniego marzenia. Chciał iść koniecznie na pielgrzymkę do Częstochowy. Chodzić już nie mógł, i nie znalazł się nikt, kto by go do Częstochowy zawiózł. Postanowiłem, że zrobię na jego cześć stacje drogi krzyżowej, sześć mam już gotowych. To będzie prezent dla niego”[20].                                                                                                         „Przez lata zmieniali się chłopcy do transportowania gliny, do pomocy przy przenoszeniu rzeźb i robieniu palet. S. Zagajewski płacił im zawsze za wykonane prace. Notował w zeszytach słupki z zarobionymi przez nich kwotami i w ten sposób odkładał im na motor, rower, wakacje. Opłacał też wspólne pielgrzymki do Częstochowy.

Zawsze chciał wykształcić swojego następcę, ale żaden z jego uczniów nie chciał być artystą.  «Nie chcieli być brudni, obdarci»”[21]. Najwyraźniej, za przykładem mistrza, z tym kojarzyła im się praca rzeźbiarza.

Choć jak miało się okazać później, może jednak nie wszyscy…

 

Nurt, kierunek, styl

Zagajewski tworzył w nurcie ,,Art Brut”, zwanym sztuką surową, naiwną, osobną, prymitywną  — sztuką prymitywistów, ludzi wykluczonych, niepoddających się ani presji kultury, mody czy środowiska, ani wymogom nauki. Od nurtu ludowości różniła się brakiem osadzenia w kulturze i tradycji. Znajdowała swoje miejsce dokładnie między sztuką profesjonalną, wysoką a ludową.

Sam Zagajewski mówił: ,,Ja robię przeważnie w trzech stylach: barokowym, antycznym i prymitywnym”[22].

 

Inspiracje

Zagajewski, wychowany w przyklasztornych placówkach zakonnych, dużo czerpał z Biblii, ale nie tylko — inspirowały go także mitologia, legendy i baśnie. Posiłkował się ilustracjami np. z ,,Płomyczka” czy bajek.

 

Glina

Sąsiedzi często przychodzili z pretensjami, że Zagajewski za głośno rozbija bądź  urabia glinę. Jednak takie uderzanie gliną o twardą powierzchnię, np. o drewniany stół, jest konieczną formą przygotowania materiału — urabiania gliny, która nie może być ani za sucha, ani za mokra, ale też nie może zawierać nagromadzonych w sobie pęcherzyków powietrza, stąd konieczne jest właśnie to uderzanie w celu ich usunięcia. Inną ważną sprawą przy rzeźbieniu w glinie jest fakt, że rzeźba musi być w środku pusta — wydrążona z wewnętrznej partii gliny; dopiero pusta wewnątrz jest gotowa do wypalania w piecu. Drążenia dokonuje się zwykle poprzez rozcięcie rzeźby na pół, co wykonuje się żyłką lub struną, a następnie zaciera się brzegi tego rozcięcia. Proces rzeźbienia podlega wielokrotnym modyfikacjom i zmianom, jest więc niezwykle pracochłonny i czasochłonny.

Stąd też Zagajewski wskazywał na przewagę rzeźbiarzy nad malarzami, tych pierwszych uważając za bardziej oddanych sztuce. Widział przewagę rzeźby nad malarstwem, ponieważ — jego zdaniem —  malarstwo przebiegało bez wysiłku, dlatego wyżej cenił Michała Anioła niż Leonarda da Vinci.

Proces wyrabiania gliny, rzeźbienia, a następnie tzw. dębienia (czyli etapu zastygania gliny w czasie wysychania) oraz wypalanie jej w temperaturze od 950 stopni do 1300°C, powoduje jej utrwalenie i zwiększenie trwałości. Ten ostatni etap nazywa się biskwitem, po którym może następować szkliwienie w celu nadania rzeźbie — szczególnie takiej, która ma pełnić funkcję użytkową — wodoodporności. Po szkliwieniu następuje ponowne wypalanie.

Narzędzia, których (poza dłutem) używał Zagajewski do żłobienia, to: patyk, gwóźdź, blacha, ołówek, drut, a nawet widelec.

Gdzie Zagajewski nauczył się procesu wypalania gliny w piecu i czym szkliwił?

Niektóre źródła[23] podają, że jego nauczycielką przygotowywania gliny do wypału była ceramiczka Maria Wolska-Berezowska[24], która wraz z grupą innych artystów zjawiała się cyklicznie na warsztatach ceramicznych we Włocławskich Zakładach Fajansu[25].

Na pytanie, dlaczego duże rzeźby powstawały w elementach, odpowiedź zdaje się prosta — ponieważ cała rzeźba, np. kilkumetrowa, nie zmieściłaby się w piecu do wypalania.

Czym był szlikier?

Szlikier – to mokra glina, która skleja i uelastycznia obie wydrążone powierzchnie przeciętej na pół rzeźby lub jej poszczególne elementy. Nawet na ten etap Zagajewski miał własny pomysł – używając do tego własnego moczu lub wody deszczowej,[26] choć w wywiadach mówił, że jako szlikier stosuje klej stolarski.

,,W jego domu-pracowni zawsze śmierdziało moczem. «Dojrzewającą» w słoikach żółtą ciecz nazywał szlichtą. Dodawał ją do gliny, z której lepił niesamowite dzieła. Patent starych rzemieślników z fabryki fajansu, w której wypalał swe rzeźby”[27].

Wielokrotnie namawiano Zagajewskiego, by zaczął rzeźbić w drewnie lub w kamieniu, on jednak do końca pozostał wierny sobie i glinie.

 

Minimalista w życiu, maksymalista w sztuce

W swoich skromnych mieszkaniach artysta często mieszkał na barłogu, bez mebli i sprzętów. Zbierał glinę, makulaturę, szmaty, szkiełka, plastikowe lalki z włosami, sztuczne kwiaty wyplatane własnoręcznie z plastiku, palemki, koraliki i nakrętki, a nawet druty i blaszki. Jedynym udogodnieniem cywilizacyjnym, z którego korzystał, była początkowo żarówka — i to głównie dlatego, że po zmroku miał największą wenę i chciał wtedy tworzyć.

Z czasem pojawiło się także radio, które służyło jako zegarek oraz przekaźnik niedzielnej mszy. I zimą — grzałka. Z innych dobrodziejstw, nawet w okresie zarobkowym, gdy mógł sobie na nie pozwolić, nie korzystał i czynił to z wyboru. Żył wyjątkowo skromnie, rzec można—  ascetycznie.

Z dóbr ,,luksusowych” posiadał telewizor otrzymany od miasta, który szybko zaczął pełnić jedynie rolę stolika. Czasem kupował też psom cukierki.

Mówiono o nim: autsajder, abnegat, wyalienowany, dziwak, samotnik, kloszard, ,,Stasiu Śrubka”. A on po prostu miał odwagę i żył tak, jak chciał. Był samoukiem, a jak sam twierdził —jego talent pochodził od Boga. Kiedyś, jeszcze w Warszawie, profesor Jackowski chciał zakupić jedną z rzeźb, czemu Zagajewski stanowczo się sprzeciwił, twierdząc, że nie po to otrzymał taki dar od Pana Boga, by nim frymarczyć.

Lubił porównywać się do Michała Anioła. Obaj byli rzeźbiarzami, obaj też byli niscy i silni (Zagajewski mimo filigranowej postury miał krzepę w rękach), obaj mieli również złamane nosy. Czuł z nim rodzaj powinowactwa.

Artysta nigdy nie założył rodziny. Jedynymi współmieszkańcami jego domu były psy, których czasem miał nawet czternaście: Gienia, Florka, Amor, Perełka i Bryś – to tylko część zapamiętanej sfory.

,,Rzeźbię zawsze, poza rzeźbą nie mam żadnych zajęć ani rozrywek. Nie mam przyjaciół i znajomych ani żony. Nie chcę nikogo spotykać. Ludzie są źli”[28].

Zagajewski był utalentowany, ale trudny i — jak zauważył profesor Jackowski — ,,tak inny niż otoczenie, że wzbudza agresję. Kilka razy dotkliwie go pobito, zaatakowano gazem. Przeżył dzięki psom, które go broniły. Ale one ataku nie przeżyły”[29].

Dopiero u schyłku życia, gdy miał już problemy z poruszaniem i właściwie jeździł tylko na wózku, zgodził się na pomoc. Jego gosposią została pani Irena Kurlapska, która gotowała, cerowała, pomagała w ubieraniu i myciu. Opiekowała się nim również w czasie wizyt (także tych oficjalnych), spacerów i wyjazdów.

Zagajewski bardzo lubił zupy — mówił, że to najlepszy obiad.

Chodził boso, bez skarpet i butów, albo w za dużych butach. Ciągnął ze sobą wózeczek, na którym siedziały psy albo znajdowały się elementy rzeźb czy znalezione na śmietniku materiały do ich tworzenia.

W sztuce natomiast lubił rozmach.

Kiedy w 1968 r. telewizja wyemitowała ,,Turniej miast” i doszło do rywalizacji Włocławek – Płock, Zagajewski okazał się czarnym koniem Włocławka. Jego monumentalna, ponad czterometrowa rzeźba była nie do pokonania. Stworzono ją na pontonie unoszącym się na Wiśle, a do jej przygotowania wykorzystano aż: ,,2 wozy gliny, 22 worki gipsu, 30 worków papierowych po cemencie i pakuły”[30].

Za dzieło jego życia uważa się monumentalne konstrukcje sakralne – nazwane przez artystę Ołtarzami — które w istocie są ogromnymi  (niektóre mają po kilka metrów wysokości) ścianami, blokami, powstającymi w procesie przypominającym budowanie mrowiska. Brak im było konstrukcji; Zagajewski rzadko używał stelaży, budował od dołu do góry, warstwa po warstwie, a ozdobne detale dolepiał. Każdą postać, smoka czy demona na ołtarzu lepił z setek małych kuleczek i wałeczków gliny, które ugniatał w palcach i przytwierdzał do całości. Zagajewski nie lubił rzeźb płaskich, za to uwielbiał bogatą strukturę, barokowe przeładowanie i nagromadzenie detali. Każda szczelina musiała zostać wypełniona. Zjawisko to ma nawet swoją naukową nazwę —,,horror vacui”, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza lęk przed pustką.

Ze względu  na swoje ogromne, monumentalne rozmiary, ,,Ołtarze” takie jak ,,Pieta” czy „Ołtarz Matki Boskiej z twarzami”  powstawały segmentowo — były wypalane w mniejszych modułach, kaflach, które łączono (często na cement) w jedną całość dopiero po wypaleniu.

Jak napisał o nim Jackowski: ,,Zagajewski pobije wielu rzeźbiarzy na głowę tym, jak mistrzowsko posługuje się gliną. Doszedł do tego, rzeźbiąc tysiące figurek, ptaków, zwierzaków – wszystkie w jednym, jego własnym stylu. Jest wirtuozem, ale w wąskim zakresie. Szkołą umiejętności, którą możemy podziwiać w jego ogromnych ołtarzach, bywa powtarzalność, szlifowanie jednej formy wypowiedzi tak, jak woda szlifuje kamienie leżące w górskim potoku”[31].

Stanisław Zagajewski – samorodny talent rzeźbiarski, zm. 4 kwietnia 2008 r. we Włocławku.

Przyczyną śmierci były powikłania związane z ogólnym osłabieniem organizmu po zapaleniu płuc i wylewie.

 

Zapomniana spuścizna

Po śmierci Zagajewskiego w 2008 r. jego dwa psy: Perełka i Bryś trafiły do schroniska. Nie znalazł się nikt, kto zechciałby zapewnić im opiekę i dom.

W 2024 r. po dekadach dyskusji o tym bądź podobnym projekcie, przy Starym Rynku powstała niebieska ławeczka Zagajewskiego — w miejscu, gdzie artysta rzeczywiście lubił siadywać i przyglądać się farze[32]. Pod nią umieszczono rzeźbę psa — z takim wyrzeźbionym zapewne mniej kłopotu.

O psy była zresztą zawsze awantura, bo artysta zabierał je ze sobą dosłownie wszędzie. Towarzyszyły mu zarówno podczas wernisaży w muzeum — ku rozpaczy pań sprzątających, ponieważ sikały na rzeźby — jak i podczas odznaczania Zagajewskiego medalem ,,Gloria Artis” przez ówczesnego ministra Waldemara Dąbrowskiego.

O dobrych ludziach mówi się, że muchy by nie skrzywdzili, pan Stanisław zaś —  szczura… i to nie jednego. Dokarmiał całe ich hordy, które zadomowiły się w domu przychylnego im człowieka do tego stopnia, że nawet wskakiwały mu na ramiona, by dostać coś do jedzenia.

W tym zaszczurzonym, zdominowanym przez rzeźby i ich fragmenty mieszkaniu władze miasta postanowiły przeprowadzić remont. Wtedy doszło do kradzieży odznaczeń.

Nie były to zresztą pierwsze kradzieże.

W 1968 r., po wygranej dzięki Zagajewskiemu rundzie w ,,Turnieju miast”, włocławianie i włodarze pokochali mistrza. Włocławek dosłownie oszalał na punkcie rzeźbiarza, ale…jak się okazało… nie na długo.

Jego styl życia, oryginalność, poświęcenie sztuce i introwertyczność nie zyskiwały na dłuższą metę lokalnej akceptacji.

,,Myślę, że dobrze znają go tylko chłopcy, którzy –  od kiedy pamiętam – zawsze przewijali się przez jego pracownię”[33] – wspomina lokalny dziennikarz. ,,To była przedziwna przyjaźń, bo chłopaki sobie z niego kpiły, psociły mu, niektórzy podkradali pieniądze, inni rzeźby, ale Zagajewski nie mógł bez nich żyć. Wypatrywał ich, wypytywał. Chyba po prostu widział w nich swoje dzieciństwo”[34] – dodaje.

Zagajewski wszędzie chodził ze swoim nieodłącznym wózeczkiem, na którym albo przewoził rzeźby, albo psy. Nikogo nie zaczepiał, nikomu nie wadził, nikomu się też nie narzucał, nie był agresywny ani namolny, a mimo to często wzbudzał niechęć, nietolerancję i agresję. Kilkukrotnie został pobity i wielokrotnie okradziony.

Romualda Hankowska pisała o nim: ,,Prawdziwi artyści chodzą dziwnymi ścieżkami, często dla nas zupełnie niedostępnymi, ale przecież ukazują piękno, którego sami nie dostrzegamy. Są nawiedzeni, bogatsi duchowo, inni. Do nich należy, z Bożej łaski mistrz Stanisław Zagajewski”[35].

,,U nas o wszystkim pamięta się tak od święta i na raty” napisał ktoś w komentarzach pod artykułem o Zagajewskim. I rzeczywiście coś w tym jest.

Włocławek lubił uszczęśliwiać go na siłę, choć sam artysta stanowczo i nierzadko ostentacyjnie się temu sprzeciwiał.

Kiedy wrócił ze szpitala, był załamany przeprowadzonym remontem. Porządek, w którym nie umiał się odnaleźć, uważał za bałagan. W trakcie remontu wyrzucono bądź też rozkradziono jego zbiory gliny, fragmenty rzeźb oraz przypięte do kamizelki medale: Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2005) oraz Honorowy Medal Senatu RP (2007).

O telewizorze przekształconym w stolik do pracy już wspominałam, ale nie była to jedyna forma sprzeciwu. Gdy tylko wymieniono okna w domu zajmowanym przez Zagajewskiego, już nazajutrz powybijał w nich szyby, by psom łatwiej było wchodzić do środka. Zawsze zresztą dobro zwierząt było stawiane ponad własne.

Z panem Stanisławem nie było łatwo. Niektórzy uważali go nawet za genialnego schizofrenika, ale ci, którzy go znali, zaprzeczają temu, twierdząc, że był inteligentny, prowadził swoistą grę z rozmówcą i był mistrzem pointy. Tyle że — jak przystało na prawdziwego artystę — był niezwykle ekscentryczny.

Po skomplikowanej operacji prostaty wyrwał sobie cewnik. W siermiężnych, domowych warunkach, bardzo dalekich od sterylności, cudem nie doszło do zakażenia. Sam artysta twierdził, że zawdzięcza to swoim psom, które wylizały ranę.

Psy były więc jego przyjaciółmi, ochroniarzami, ,,lekarzami” i ,,farmaceutami”. Tylko do nich miał pełne zaufanie.

Przed wernisażami i oficjalnymi spotkaniami panie z muzeum, a później także opiekunka z opieki społecznej, szorowały artystę, obcinały mu paznokcie, zmieniały ubrania na czyste i tym samym przywracały społeczeństwu — na pewien, zwykle krótki czas —wizerunek zadbanego rzeźbiarza. Czego Zagajewski nienawidził równie mocno, jak odtwarzania jednakowych figurek według cudzego pomysłu.

Uważał, że był trzeci przed nim tylko Michał Anioł i Leonardo da Vinci. Wierzył w swój talent i uważał się za artystę.

Wielu wielbicieli rzeźbiarstwa ,,włocławskiego Nikifora” — czy jak wolą niektórzy —  ,,włocławskiego Michała Anioła” — ma za złe miastu, że w domku zajmowanym przez Zagajewskiego nie postało muzeum ani nawet pracownia, w której mógłby kontynuować swoją działalność jego ulubiony uczeń — Radek Chrzanowski.

Zagajewski nie lubił także gliny wyrabianej maszynowo ani braku autentyzmu, więc własny nagrobek — pozbawiony staranności, indywidualizmu i unikalnego charakteru — zapewne nie spotkałby się z jego aprobatą.

 

Epilog:

W roku 1997, gdy byłam jeszcze uczennicą szkoły średniej, żywo interesowałam się już kulturą i działalnością twórczą, w tym również twórczością lokalnych artystów. Wtedy też kolega z klasy zaprosił mnie do muzeum na spotkanie ze Stanisławem Zagajewskim. Był to niezwykły wieczór i moje pierwsze zetknięcie ze światem rzeźb Zagajewskiego. Oprócz osobistego spotkania z mistrzem i wysłuchania jego gawędziarskich, niezwykle barwnych opowieści o sztuce tworzenia w glinie była też możliwość nabycia albumu oraz zdobycia autografu bohatera wieczoru — co dziś, po latach, stanowi jeszcze cenniejszą pamiątkę.

 

Zdjęcia:

Zdjęcie to pochodzi z ,,Tygodnika Ilustrowanego” i przedstawia Kościół Św. Barbary w Warszawie (w jego przedwojennej formie), gdzie Zagajewski został znaleziony jako dziecko.

Autograf  Zagajewskiego złożony w 1997 r. w albumie należącym do autorki artykułu.

 

Pod datą złożył swój podpis Artysta, a poniżej redaktorka wydania albumu, kierowniczka i kustoszka Muzeum – Krystyna Kotula.

Jak widać cztery strony dalej (Wstęp), a również i na kolejnych stronach  – odcisnęły się całkiem wyraźnie – nakreślona wciąż mocną, silną ręką – wówczas już siedemdziesięcioletniego Zagajewskiego: zarówno data jak i złożony autograf; natomiast delikatnie nakreślony podpis pani Krystyny pozostał widoczny tylko na stronie podpisywanej.

 

Rzeźby Stanisława Zagajewskiego dostępne są na wystawie stałej w Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku przy ul. Zamczej 10/12.

 

[1] Stanisław Zagajewski, (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996, s.121

Także profesor Aleksander Jackowski podawał (w swojej książce ,,Sztuka zwana naiwną”) datę 20.09.1927 r.

[2] Stanisław Zagajewski, (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996, s.7

[3] Daty te podaję za Stanisław Zagajewski (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996.s.121

[4] Chodzi o Dom Podrzutków, zwany inaczej Domem Wychowawczym im. ks. Baudouina, założony w Warszawie około 1732 r. przez księdza Gabriela Piotra Baudouina jako instytucja charytatywna pomagająca sierotom. Jest to pierwszy i najdłużej działający dom dziecka w Polsce. Na przestrzeni lat co prawda zmieniał swoje lokalizacje, ale zarówno przed wybuchem II wojny światowej, jak i obecnie mieści się przy ul. Nowogrodzkiej 75.

[5] K. Brzozowski, Marysine śpiewanki: 50 piosenek dla szkół powszechnych. Z. 2, Lwów, Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych, 1937, s. 3-4.

[6] https://www.youtube.com/watch?v=psz_hGXN54k, dostęp 12.04.2026

[7] Tamże

[8] Stanisław Jagmin – studiował na ASP w Krakowie u wybitnego prof. Konstantego Laszczki, a następnie kontynuował naukę w paryskiej szkole artystycznej Académie Julian. Praktyki natomiast odbywał w fabryce platerów należącej do rodziny Fragetów, a także w najbardziej znanych na świecie fabrykach ceramiki i porcelany: w Miśni i Wiedniu. Prowadził również manufakturę w Nieborowie k. Łowicza i fabrykę kafli w Wiśniewie k. Warszawy.

[9] Musiało to być w 1961 roku lub później, bowiem w tym właśnie roku profesor Jagmin zmarł.

[10] Profesor Jackowski w ,,Sztuce zwanej naiwną” podaje nazwę ,,Szkoła Rzemiosła w Warszawie”, s.224.

[11] Aleksander Jackowski – antropolog kultury, socjolog, etnograf i krytyk sztuki; redaktor naczelny kwartalnika „Polska Sztuka Ludowa. Konteksty” (przez 48 lat), wykładowca akademicki, współtwórca Państwowego Instytutu Sztuki.

[12] Być może słabość do rzeźbiarzy wiązała się z tym, że stryj Aleksandra, Stanisław Jackowski (1887–1951) był znanym rzeźbiarzem. Zaprojektował i wykonał m.in. pomnik J. Kilińskiego w Warszawie.

[13] W swej książce ,,Sztuka zwana naiwną” profesor Jackowski wspomina, że pomoc w zatrudnieniu Zagajewskiego we Włocławku otrzymał od Stefana Karnkowskiego. Był to bliźniaczy brat Andrzeja, który również był kolegą Jackowskiego z Długosza. Jednak wydaje się to mniej prawdopodobne, ponieważ Stefan związał swe dorosłe życie z Lublinem (w którym do emerytury pracował jako księgowy w Przedsiębiorstwie Rybackim), natomiast Andrzej był prezesem w ,,Sztuce Kujawskiej” we Włocławku od 05.02.1951 do 31.01.1986 r.

[14] Był to obniżony teren na włocławskim osiedlu Południe, z gliniankami i podmokłymi wyrobiskami, który do dziś miejscowi, a nawet lokalna prasa, określają jako miejsce ,,Na dołach”.

[15] Chodzi o ołtarz „Matka Boska z twarzami”, którego koncepcja, tytuł i sam zamysł wielokrotnie zmieniały się w ciągu lat, a który powstawał w latach 1997–2004.

[16] Stanisław Zagajewski – Rzeźba, (oprać.) K. Kotula, K. Cieślak, Włocławek 2004, s.46

[17] Stanisław Zagajewski, (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996, s.19

[18] Tamże, s.20

[19] A.Willma ,,Król i dozorca” [w] ,,Gazeta Pomorska”, 11.04.2008, s.8

[20] Tamże,s.8

[21] Stanisław Zagajewski, (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996, s.20

[22] Tamże, s. 32

[23] H. Lewandowski, ,,Rzeźbiarz-fantasta Stanisław Zagajewski” [w] ,,Przekrój” nr 989-90 (12-13/1964)

[24] Maria Wolska-Berezowska herbu Jelita – malarka, graficzka i ceramiczka.

[25] W latach sześćdziesiątych zakład występował pod tą właśnie nazwą, choć na przestrzeni lat wielokrotnie się  ona zmieniała np. na Fabrykę Porcelany, Włocławską Fabrykę Wyrobów Fajansowych, Włocławskie Zakłady Ceramiki Stołowej oraz Fabrykę Fajansu.

[26] Stanisław Zagajewski, (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996.s.28

[27] A. Luks, Sztukmistrz z Włocławka [w] Ekspress Bydgoski, dostęp 19.04.2026

[28] Stanisław Zagajewski – Rzeźba, (oprać.) K. Kotula, K. Cieślak, Włocławek 2004, s.12

[29] A. Jackowski, Sztuka zwana naiwną, Warszawa 1995, s.226

[30] Stanisław Zagajewski, (oprać.) A. Kowalewska, Włocławek 1996, s.19

[31] A. Jackowski, Sztuka zwana naiwną, Warszawa 1995, s.15

[32] Chodzi o kościół św. Jana Chrzciciela we Włocławku, dawna fara miejska, zbudowany w 1538 r.

[33] A. Willma, ,,Król i dozorca” [w] ,,Gazeta Pomorska”, 11.04.2008, s.8

[34] Tamże, s.8.

[35] R. Kudeł, ,,Mistrz odszedł”[w] ,,Gazeta Pomorska”9.04.2008, s.17

fot. Jan Sieraczkiewicz

Przejdź do treści