+48 736-84-84-44

– Kotku, chodź szybko! – krzyknął, usłyszawszy, że Hanka otwiera drzwi do mieszkania.

Czekał na nią od godziny, nasłuchując gadania windy: Piętro piąte. Fifth floor. Zamykanie drzwi. Door’s closing. Przez cały ten czas siedział na kanapie, zerkając na pokaźnych rozmiarów paczkę, którą przytargał kurier. Nie otworzył jej od razu, bo chciał z tym poczekać na Hankę. W paczce były egzemplarze autorskie jego pierwszej książki. Czekając, jedynie dotykał pakunku i wyobrażał sobie stosy pachnących farbą drukarską tomików. Pierwszy własny zbiór opowiadań! W myślach robił listę osób, które obdaruje egzemplarzami autorskimi z dedykacją. Już nawet układał sobie w głowie, co komu napisze w dedykacji…

Hanka weszła do salonu i rzuciła okiem na paczkę.

– Kociaku! Doczekałeś się! – wykrzyknęła i mocno go przytuliła.

– Na wszystko w życiu przyjdzie czas – powiedział sentencjonalnie. – I to jest straszne…

– Już zaczynasz! – szturchnęła go w bok. – Lepiej otwórz. Może to jakaś pomyłka i w środku jest krasnal ogrodowy.

Z kuchennej szuflady wydobył nóż i jednym zdecydowanym ruchem rozciął papier. Wszystko się zgadzało – w paczce było kilkadziesiąt egzemplarzy jego książki, dodatkowo zawiniętych w folię bąbelkową. Wyciągnął jeden i przekartkował.

– Jedyne w swoim rodzaju uczucie – wyszeptał i wsadził nos między kartki. – „Wszystkie pachnidła Arabii”.

Hanka też sięgnęła do paczki i otworzyła zbiorek na spisie treści.

– Są nasze ukochane: Wierzby, Miejscówka, Malwy, Szczeniak, Proszę już iść! – wyliczała. – Znam je na pamięć, co do jednego!

Odłożyła książkę i mocno go przytuliła. Potem gwałtownie wstała i wzięła czarny marker z ławy.

 – Co robisz? – zapytał nieco zaniepokojony.

 – Jak to co? – roześmiała się. – Idę skreślić zrealizowane marzenie.

Podeszła do szafy w przedpokoju. Na jej drzwiach niemal rok temu nakleili kartki z listami ich marzeń. U niego na pierwszym miejscu widniało wydać książkę. Hanka zamaszystym ruchem skreśliła te słowa. Popatrzyła na kartkę.

– Kolej na pianino cyfrowe – stuknęła palcem w następną pozycję spisu.

Robert podniósł się z kanapy i stanął przy niej.

– Nie, kotku – szepnął. – Teraz pora na twoje życzenie. Nowa Zelandia. Jest u ciebie na pierwszym miejscu.

– Wiesz, że na razie mamy pilniejsze potrzeby… – odpowiedziała ze smutkiem w głosie.

– Zarobimy na mojej książce!

– Oby – powiedziała i przez moment przestraszyła się, że ton jej głosu mógł zabrzmieć sarkastycznie. Na szczęście mąż tak tego nie odebrał.

Przez cały następny tydzień Robert żył niesiony falą entuzjazmu. Zabrał swoje opowiadania do biura i pokazywał komu tylko mógł. Koledzy i koleżanki brali tomik do rąk i kartkowali z dość obojętnymi minami, a przypominało to przeglądanie jakiegoś katalogu w poszukiwaniu prezentu dla dalekiego krewnego. Z tego, co wiedział, nikt tam nic nie czytał z wyjątkiem literatury fachowej i magazynów motoryzacyjnych, więc w najlepszym razie mógł liczyć na uprzejme, acz krótkotrwałe zainteresowanie, pod warunkiem, że komuś chciało się nim wykazać. Żaden ze współpracowników nie zapytał go, gdzie można tomik zamówić. Odniósł nawet wrażenie, że do końca dnia omijali go, jakby mieli pretensję o obnażenie ich czytelniczej ignorancji. Tylko Artur, najbliżej siedzący projektant, zdobył się na dość mglistą czytelniczą deklarację.

 – Pożyczysz kiedyś? – zapytał i to było wszystko. Pożądane słowa padły.

Robert miał w torbie dziesięć egzemplarzy i wszystkie dziesięć przyniósł z powrotem do domu. Miał zamiar dać jeden szefowi, ale zraziła go chłodna reakcja kolegów. Nie powiedział o tym Hance, ale i tak wiedział, że zauważyła, jak odkłada książki do kartonowego pudła.

– A jak w szkole? – zagaił. Wyjątkowo nie chodziło mu o sprawozdanie z nauczycielskiej katorgi, a o reakcje koleżanek żony na jego debiut.

Hanka uciekła wzrokiem.

 – Pogratulowały mi, ale dziś było takie zamieszanie… Najpierw alarm pożarowy, bo jakiś głąb z ósmej klasy zapalił papierosa w szatni, potem doraźna rada na długiej przerwie i przez to nie zdążyłam zjeść obiadu. Na następnej dyżur przy sklepiku. Nie lubię tam, bo ciągle się tłuką i trzeba też ogarnąć korytarz do przebieralni…

Miał wrażenie, że Hanka za wszelką cenę chce zatopić jego książkę w powodzi słów.

– Ale co mówiły?

– Kto?

– Nikt! – wykręcił się urażony.

Delikatnie dotknęła jego ramienia.

– Kotku, nie gniewaj się – zaczęła cichym głosem. – A co miały mówić? Przecież  nikt jeszcze tego nie czytał.

Odwrócił się nieco udobruchany.

 – Masz rację. A ktoś planuje zakup? – zapytał z nadzieją.

 – Wiesz, jacy są ludzie – odpowiedziała zmęczonym głosem. – Pewnie by przeczytali, gdyby dostali za darmo, ale jak trzeba zapłacić… Puste deklaracje nic nie kosztują. Trzeba się uzbroić w cierpliwość.

Następnego dnia czekał na relację Hanki, ale okazało się, że mieli mały kryzys z suczką, która bardzo zmarkotniała i przestała jeść. Musieli się nią zająć i żadne z nich nawet nie pomyślało o książce Roberta. Po tygodniu zadzwonił do szefowej wydawnictwa i siląc się na żartobliwy ton zapytał:

– I jak tam sprzedaż mojego arcydzieła?

W słuchawce zapanowała pęczniejąca z każdą sekundą cisza.

– Nie mam dobrych wieści, panie Robercie – odezwała się w końcu kobieta.

Zdrętwiał.

– Książka prawie wcale się nie sprzedaje.

 – Jak to? A może mi pani powiedzieć, ile egzemplarzy zakupiono do tej pory?

– Łącznie trzy sztuki.

 – Trzy sztuki?! – wykrzyknął i poczuł delikatne dotknięcie ręki na ramieniu. Odwrócił się gwałtownie. Hanka wszystko słyszała.

– Ale proszę być dobrej myśli… – nieszczerze pocieszała go szefowa wydawnictwa. – Może się jeszcze rozkręci…

Wiedział, że to nieprawda. I ona wiedziała. Za długo była w tym biznesie. Pospiesznie zakończył rozmowę.

– A pamiętasz tę anegdotę o Józefie Rocie? – Hanka zapytała lekkim tonem. Za wszelką cenę chciała rozładować napięcie.

– Nie. O co chodziło?

– Wielbiciel twórczości Rotha zaczepił go na ulicy i oznajmił, że nabył jego najnowszą książkę. Pisarz odpowiedział na to: A więc to pan!

Wcale się nie zaśmiał. Hanka zdała sobie sprawę, że popełniła błąd. I tak właśnie z nim było – nigdy nie wiedziała, jak zostaną przyjęte jej słowa, czy to jeszcze żart, czy już zniewaga…

– Może powinieneś zorganizować spotkanie autorskie? – zaproponowała, wracając do tematu. – Na początek w naszej bibliotece. Wszyscy pisarze tak robią.

Pokiwał głowa z dezaprobatą.

– Potrafię pisać, a nie opowiadać o swoim pisaniu – odpowiedział. – Te durne pytania…

 – Nie mów tak. Nie traktuj ludzi w ten sposób.

 – Przepraszam, ale wiesz, o co mi chodzi. Wszyscy w zasadzie pytają o to samo: Skąd wziął się pomysł? Ile czasu zajmuje panu napisanie opowiadania? Skąd ten tytuł?

Hanka wzruszyła ramionami.

 – Jak chcesz. Idę dziś wieczorem na paznokcie. Odgrzej sobie później leczo.              Powiedziawszy to, zniknęła w najmniejszym pokoju, który służył im obojgu do pracy. Rzadko kiedy zabierała się za sprawdzanie testów w dni powszednie, więc teraz najwyraźniej miała ich bardzo dużo. Robert zrobił sobie kawę i usiadł ciężko na kanapie. Sięgnął po rozpoczętą przed tygodniem powieść Johna Williamsa, ale zaraz cofnął rękę, jakby ze strony książki groziło mu jakieś niebezpieczeństwo. W ostatnich dniach miał awersję do czytania i obawiał się, że może to zwiastować początek epizodu depresyjnego. Kiedyś, przed laty, przeszedł ciężką depresję i żył w ciągłym lęku przed jej nawrotem. Każdy przejaw gorszego samopoczucia analizował pod tym kątem, w drobnych wahaniach nastroju upatrywał posłańców obwieszczających tryumfalny powrót potwora… A ów potwór miałby teraz niezłą pożywkę.

            Robert nie zdawał sobie sprawy, ile czasu przesiedział na kanapie, wpatrując się w gęstniejący mrok za oknem. Z ponurych rozmyślań wyrwał go głos Hanki.

– To lecę! – krzyknęła z przedpokoju.

Nic na to nie odpowiedział. Znowu spojrzał w okno i na ginącą w mroku kamienicę naprzeciwko. Wrócił myślami do swojej książki. Nie rozumiał tego braku zainteresowania. Jak każdy autor wiedział, że napisał teksty wyjątkowe. Największym ich atutem był niewątpliwie żywy, bogaty język i to, że niemal wszystkie stanowiły rodzaj autofikcji, czyli sprytną żonglerkę zmyśleniami i faktami, w jego przypadku z przewagą tych ostatnich. Weźmy takie Wierzby, pomyślał. Niemal wszystko tam jest prawdą. Przesiadywali na nich z Marcinem przez lata, a potem kilku robotników z piłami unicestwiło je w godzinę. Do dziś pamiętał szok i smutne niedowierzanie, jakie poczuł patrząc na krwawiące sokiem pniaki. A Szczeniak? Hanka ciągle wspomina ów moment, kiedy całkiem przypadkiem odkryła, że przez pół życia niepotrzebnie obwiniała się za śmierć pieska, którego wcale nie zabiła, a który bez jej wiedzy został oddany innej rodzinie. Przed oczami stanęły mu wszystkie te historie i wszyscy bohaterowie jego tekstów. Złapani w sieci lęków i obsesji, słabi, bezsilni, pokonani przez okrutne sploty okoliczności, nieszczęsne ofiary nieporozumień lub swoich słabości, pechowcy i frustraci… Przecież to wszystko my! Każdy znajdzie tam siebie, swoje demony. Wstrząsnął nim dreszcz. Kto zapłaci za coś takiego? Za lustro, w którym ujrzy swoje upiorne oblicze, którego istnienie tylko przeczuwał…

Poderwał się z kanapy tak gwałtownie, że na wpół drzemiąca suczka podniosła łeb zaniepokojona. Nagle zaświtał mu pomysł tak oczywisty, że aż się uśmiechnął. Kto zapłaci za coś takiego? Oczywiście ten, kto wszystko to wymyślił! Ubrał się pospiesznie i zbiegł po schodach. Do centrum handlowego były dwa kroki, więc już po kilku minutach stał pośrodku gdaczącego tłumu, sycącego oczy profuzją towarów. Właśnie w takich miejscach czuł się najbardziej samotny, jakby był ostatnim człowiekiem na Ziemi… Otrząsnął się z chwilowego stuporu i skierował kroki do księgarni. To był wielki sklep, więc istniała szansa, że mają jego książkę.

Rzucił okiem na ścianę z literaturą polską, ale pod właściwą literą nie znalazł tego, czego szukał.

– Przepraszam – zaczepił przechodzącego chłopaka z obsługi. – Szukam książki.

– Pewnie Proszę już iść.

Robert popatrzył na niego zdumiony.

– A skąd pan wie? Właśnie o nią mi chodzi.

– Proszę pana, rano sprzedaliśmy ostatnią. Mieliśmy tylko osiem sztuk i rozeszły się w pół godziny. Szef już zamówił w hurtowni, ale podobno i tam już nie mają. Dziś ciągle ktoś o nią pyta.

– Naprawdę? – upewnił się. Na jego twarzy zajaśniał szeroki uśmiech.

– Słowo daję. Co to jest za rarytas, że wszyscy chcą to mieć?

Robert milczał przez chwilę.

– Bo to książka o każdym z nas… – odpowiedział cichym głosem.

– O mnie też? – zapytał naiwnie chłopak.

– Myślę, że tak.

 – A skąd pan wie? Przecież jej pan nie czytał.

 – Czytałem – odparł pobłażliwie Robert. – Powiem więcej… ja ją napisałem.

Młody sprzedawca popatrzył na niego z powątpiewaniem.

 – Akurat! – wyrzucił z siebie i odszedł.

Przejdź do treści