Weszli do sali jadalnej malborskiego zamku, gdzie Kaja natychmiast ciężko klapnęła na brzegu jednej z długich ław ciągnących się pod ścianami. Wszyscy byli już zmęczeni całodziennym zwiedzaniem. Podszedł do niej i chciał usiąść obok.
– Posuń się troszkę – poprosił łagodnie.
Dziewczynka zmrużyła oczy i popatrzyła na niego z drwiną w spojrzeniu. Nie ruszyła się nawet o milimetr. Poczuł, jak znowu wzbiera w nim wściekłość podobna do nadciągającej fali wymiotów, której nijak nie można zatrzymać. Ostatnio nauczył się to blokować, nie dawał po sobie poznać, że się w nim gotuje, ale mimo to od czasu do czasu wybijało.
– Prosiłem o coś! – wycedził przez zęby.
Żadnej reakcji. Kaja wpatrywała się w niego z satysfakcją.
– Jesteś krnąbrnym, rozpaskudzonym bachorem! – wyrzucił z siebie i natychmiast pożałował tych słów. Klecone tygodniami wątłe porozumienie z nastolatką w jednej chwili rozpadło się jak domek z kart. Kolejny raz.
Do sali weszła Hanka ze starszą córką i natychmiast wyczuła panujące między nimi napięcie.
– Co się dzieje? – zapytała zaniepokojona. Nie znosiła, kiedy się kłócili.
– Nie chce się przesunąć – powiedział bezradnie.
– Kaja! Zrób trochę miejsca Robertowi! – zaapelowała także bezskutecznie.
Dziewczynka znowu postanowiła postawić na swoim. Najczęściej jej się udawało.
Stali nad nią bezradni. Pola usiadła pod przeciwległą ścianą i z dystansu patrzyła na rozgrywającą się scenę. W końcu uparta dziewczynka niechętnie wstała i usiadła na innej ławie, w dużym oddaleniu. Hanka popatrzyła na Roberta z wyrzutem. Nic nie odpowiedział, bo co miał mówić? Wszystko było widać jak na dłoni: jego codzienną irytację, te nieskuteczne próby nawiązania przyjaznych relacji z nastolatką i jej niechęć do niego. Choć już wydawało się, że od pewnego czasu jest lepiej – Kaja nawet kilka razy pocałowała go w policzek, potrafili porozmawiać bez złośliwości, zabrał ją na lody; wiedział, że następna awantura jest tylko kwestią czasu. Dziewczynka nie uznawała żadnych zasad i reguł, które próbował narzucić. Sam od zawsze wiódł uporządkowane życie i domowy chaos, w jakim teraz się znalazł, był dla niego nowością. Za wszelką cenę próbował go okiełznać, ale po prostu mu nie wychodziło.
– Ona potrzebuje dużo miłości – powiedziała niedawno Hanka.
– Ale samą miłością nie wychowasz dziecka – odrzekł.
Sytuacja się komplikowała. Jego życiowa partnerka coraz częściej dawała wyraz swojemu niepokojowi i widać było, że zamartwia się o przyszłość ich związku, który najzwyczajniej w świecie mógł nie wytrzymać tych ciągłych animozji.
Zwiedzanie zamku trwało w nieskończoność. Przezornie trzymał się z dala od Kai, żeby w żaden sposób nie pogorszyć swojej sytuacji. Kiedy mówiła coś prowokacyjnego, po prostu zaciskał mocniej usta i odchodził. Wtedy ona czasem biegła za nim, blokowała drogę swoim masywnym ciałem i głośno śmiała mu się w twarz. Na szczęście w zamkowej restauracji, do której poszli na obiad, dziewczynką zajęła się jej starsza siostra, więc mógł wreszcie odetchnąć. Hanka siedziała milcząca, a on dobrze wiedział, że znowu jest zaniepokojona narastającą między nim a Kają wrogością.
– Marudo, zagrasz ze mną? – usłyszał nagle głos dziewczynki, który wyrwał go z ponurych rozmyślań.
– Jasne! – odpowiedział z nieco sztucznym entuzjazmem.
Kaja położyła przed nim telefon. Zagrali w kółko i krzyżyk, czego nie znosił, bo gra wydawała mu się prymitywna i za każdym razem kończyła się remisem. Teraz jednak za wszelką cenę chciał zaskarbić sobie jej przychylność, więc udawał zaangażowanie. Nastolatka miała dobry refleks, wyostrzony godzinami spędzonymi przed ekranem komputera. Postanowił trochę poprzegrywać, żeby sprawić jej radość. Takie małe sukcesy bardzo ją cieszyły.
– Skucha! – wykrzyknęła, kiedy popełnił błąd i mogła utworzyć rząd trzech kółek.
Dla postronnej osoby byłoby jasne, że się podłożył, ale dziewczynka bywała rozbrajająco naiwna.
– Ale ze mnie fujara! – przyznał.
Grali do pojawienia się kelnerki z talerzami. Robert czasem wygrywał, żeby nadać sytuacji znamiona prawdopodobieństwa. Po przyniesieniu jedzenia przy stole bynajmniej nie zapanowała cisza. Kaja siorbała rosół i co jakiś czas wyciągała drobinę zielonej pietruszki z głośnym:
– Bleee! Fuuuu!
Ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach podnosili wtedy głowy i kiwali z niedowierzaniem. Po skończonym posiłku wszyscy chcieli jak najszybciej znaleźć się w aucie, bo na ten dzień zaplanowali jeszcze lody i spacer po plaży.
Jechali do pensjonatu ponad godzinę. Prowadziła Hanka, a Robert siedział z ponurą miną, tłumiąc irytację, gdy Kaja przez cały czas grała w hałaśliwą elektroniczną grę przypominającą Game Boya. W pewnej chwili nie wytrzymał, odwrócił się i popatrzył na nią z furią w oczach.
– Ścisz to! – zasyczał.
Dziewczynka wytrzymała jego spojrzenie i zwiększyła siłę głosu.
– Powiedz jej coś – bezradny Robert zwrócił się do Hanki.
– Mam was dosyć – zamruczała, wpatrując się we wstęgę szosy, znikającą pod maską Lexusa. – Kaja, ciszej.
Po powrocie od razu poszli na plażę. Idąc promenadą, przystawali przy niezliczonych straganach i automatach z kulkami, bo Kaja uwielbiała wszelkie malutkie zabawki, których miała już pełne kieszenie. Potem wszyscy zatrzymali się obok stoiska z bursztynami. Wyeksponowano tam różnych wielkości naszyjniki i najrozmaitsze bransoletki. Były też bursztyny luzem. Dziewczynka brała je do ręki i zafascynowana delikatnie dotykała ich gładkich powierzchni.
– A wiesz, co to jest bursztyn? – zapytał ją niespodziewanie.
– Kamień – odpowiedziała bez namysłu, nie podnosząc wzroku.
– Nie. To kopalna żywica sprzed milionów lat.
Dziewczynka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– I wyobraź sobie… – ciągnął – że czasem, ale bardzo rzadko, można w bursztynie znaleźć skamieniałe organizmy: owady, pająki czy fragmenty roślin. To są tak zwane inkluzje.
Przerwał, bo zdał sobie sprawę, że wpada w mentorski ton.
Kaja milczała przez kilka minut, jakby potrzebowała czasu, żeby przyswoić sobie to, co powiedział.
– Chciałabym kiedyś znaleźć bursztyn… – odezwała się w końcu szeptem.
Spojrzał na nią bacznym wzrokiem. W tej chwili wydała mu się jakaś inna – łagodna i bezbronna. Niemal się rozczulił.
– Idziemy na plażę! – usłyszeli stanowczy głos Hanki i czar prysł.
Ruszyły wolnym krokiem, a on został jeszcze przy straganie. Wziął do ręki największą bryłkę bursztynu, uniósł ją do oczu i spojrzał w żółtopomarańczowe wnętrze. I właśnie wtedy poczuł, że za wszelką cenę chce uszczęśliwić Kaję. Naraz wydała mu się po prostu zagubionym, zdezorientowanym dzieckiem, w którego życiu pojawił się obcy mężczyzna. Ów uzurpator zajął miejsce ojca, ale przecież nim nie był i nigdy nie będzie. Przytulał matkę, mówił do niej kotku, a ona oddawała mu czas, który mogła poświęcić swojej córce…
– Ile za ten największy? – zapytał handlarza.
– Trzysta.
Nie zastanawiał się nawet przez chwilę.
– Poproszę.
Sprzedawca sięgnął po torebkę.
– Niech pan mi nie daje żadnej torby – uprzedził go Robert. – Wezmę do kieszeni.
– Jak pan sobie życzy.
Podał trzy banknoty i schował bryłkę. Przyjemnie ciążyła i była chłodna w dotyku. Ruszył w kierunku plaży, przyspieszając kroku, bo Hanka wtopiła się już w tłum spacerowiczów. Minął strefę gastronomiczną i ostatnie pensjonaty, aż w końcu zobaczył nieco wzburzone morze i trzy znajome postaci mozolnie brnące przez piasek w kierunku wody. Przez moment rozważał, czy zdjąć buty, ale było chłodnawo, więc się nie zdecydował. Kaja wyprzedziła nieco matkę i Polę. Człapała powoli skrajem plaży, mocno pochylając głowę i bacznie lustrowała mokry piasek. Najwyraźniej wypatrywała bursztynów. Wzburzone morze gdzieniegdzie wyrzuciło na brzeg otulone śliskimi wodorostami białe muszelki. Kaja przystawała w takich miejscach, kucała i rozgarniała muszelki w poszukiwaniu pomarańczowych grudek.
Zrównał się z Hanką.
– O, jesteś! – powiedziała przekrzykując szum fal.
Nic nie odpowiedział. Wyforsował się do przodu, minął pochyloną Kaję i poszedł dalej, co jakiś czas uskakując przed wdzierającą się na piasek falą. Wypatrywał miejsc z muszelkami. Kiedy uznał, że odszedł wystarczająco daleko, sięgnął do kieszeni i szybkim ruchem wydobył bryłkę bursztynu. Mijając kolejne skupisko muszelek, upuścił ją dyskretnie, jakby od niechcenia. Potem zwolnił, sięgnął po telefon i zaczął udawać, że robi zdjęcia przybliżającym się postaciom. Następnie odwrócił się w kierunku napierającego morza, które skrzyło się niezliczonymi refleksami zachodzącego słońca. Kaja nie lubiła zdjęć. Nie można jej było namówić nawet na okolicznościową fotografię grupową. Zawsze odwracała głowę, psując ujęcie.
Kątem oka obserwował zbliżającą się dziewczynkę, która uparcie lustrowała piasek. Kiedy była już całkiem blisko, nagle przystanęła, schyliła się i coś podniosła.
– Mamo!!! Pola!!! – wrzasnęła tak głośno, że kilka mew poderwało się w popłochu. – Zobaczcie!!!
Zaintrygowani podbiegli do niej. Kaja tryumfalnym gestem pokazała im ogromną bryłkę bursztynu.
– Ale wielki! Gratuluję, dzieciaku! – pochwaliła ją Hanka.
Pola patrzyła na całą scenę w milczeniu. Nagle Kaja zaczęła tańczyć i podskakiwać.
– Mam bursztyn! Mam bursztyn! – powtarzała w nieskończoność. Potem nagle podbiegła do Roberta i pocałowała go w policzek.
– Marudo – powiedziała. – Przyznaj, że mi się udało.
– Udało ci się.
– I to ja znalazłam. Nikt inny.
Kaja znowu zaczęła pląsać, robiąc wokół niego kółka.
– Oczywiście, że ty – przyznał.
Potem pobiegła wzdłuż plaży niesiona entuzjazmem. Morze już w połowie pochłonęło słońce, które na odchodne barwiło horyzont na pomarańczowo. Wzmógł się wiatr. Fale rozbijały się o brzeg z odwiecznym hukiem. Robert znowu szedł sam, wpatrując się w ślady stóp na piasku. Wdzierająca się woda obmywała je i zaraz znikały, jakby nigdy ich tam nie było. Tak jest z nami – pomyślał. To przecież tylko chwilka. Nagle wyczuł obok siebie czyjąś obecność. Podniósł głowę. To była Pola. Szli przez moment obok siebie w milczeniu. Ta dziewczyna była dla niego zagadką. Zawsze z boku, przygaszona, jakby apatyczna. Zdawała się być myślami gdzie indziej. Z tamtego miejsca czasami wpadała do ich życia, żeby popatrzeć i szybko wrócić skąd przybyła.
– Wszystko widziałam – powiedziała mu prosto do ucha.
Szli dalej, jak gdyby nigdy nic. Robert patrzył na konające promienie słońca.
– Popatrz, ona ma to wszystko gdzieś… – nie miał pojęcia, dlaczego wypowiedział te słowa.
– Nie poszłam od razu na plażę… – mówiła, jakby nie dosłyszała jego ostatnich słów. – Postałam chwilę przy frytkach i widziałam, jak kupujesz ten bursztyn.
Milczał.
– Potem cię obserwowałam. Wiem, co zrobiłeś.
Ocknął się z chwilowego stuporu.
– Byłyście daleko. Jakim sposobem dostrzegłaś? – zapytał rzeczowo.
– Mam t o! – wyciągnęła z kieszeni małą lornetkę.
Spojrzał przelotnie na ów niewielki przedmiot w dłoni Poli i wrócił do kontemplacji zachodu słońca. Pomyślał, że czegokolwiek człowiek nie zrobi, zawsze, prędzej czy później, będzie tego żałował. A przecież chciał dobrze…
– Kupisz mi taki sam bursztyn? – Pola przerwała nabrzmiewające milczenie.
W tej prośbie było coś dziecinnego. Popatrzył na dziewczynkę i tak naprawdę po raz pierwszy dostrzegł zalegający w jej oczach smutek. Nagle połączył wszystkie kropki: dystans, alienację, uporczywe milczenie, krytyczne spojrzenia…
– Kupię. Oczywiście, że kupię – zapewnił z uśmiechem.
Potem objął ją serdecznie, a Pola odwzajemniła ten gest. I szli razem, wsłuchując się w szum fal. Słońce wydało ostatnie tchnienie.