fbpx
Zaznacz stronę

ANDRZEJ PANUFNIK – kompozytor z sercem w dwóch ojczyznach

Wstyd się do tego przyznać, zważywszy na talent i światową sławę naszego bohatera, ale prawda jest taka, że z nazwiskiem Andrzej Panufnik zetknęłam się bliżej stosunkowo niedawno tzn. w ubiegłym roku. Owszem natrafiałam na nie wcześniej w kontekście jego gry podczas wojny w duecie z Witoldem Lutosławskim, ale do głębszych poszukiwań skłoniła mnie dopiero  biografia Jana Effenenberga-Śliwińskiego. [którego historię możesz znaleźć tu] Szukając informacji o Śliwińskim, natknęłam się na krótką tylko wzmiankę, że Jan zmarł w mieszkaniu kompozytora Andrzeja Panufnika przy ul. Odolańskiej 20/5 w Warszawie. I tak naprawdę dopiero ta krótka informacja zainspirowała mnie do dalszego zgłębiania wiedzy o tym, jak się później niejednokrotnie na różnych etapach tych poszukiwań okazywało, nietuzinkowym człowieku i twórcy.

Zapytałam nawet córkę Pana Andrzeja – Panią Roxannę Panufnik – również wybitną kompozytorkę, o  znajomość jej ojca z Janem Śliwińskim, zwłaszcza interesowało mnie to, czy wie, gdzie się poznali, jednak ani Ona, ani wdowa po kompozytorze Camila Jessel Panufnik, nie są w stanie odpowiedzieć na to nurtujące mnie pytanie. Lady Camilla wprawdzie: ,,pamięta, że Jej mąż rozmawiał o Śliwińskim ze swym przyjacielem Zygmuntem Mycielskim, jednak Jej znajomość polskiego była wtedy zbyt słaba, aby mogła zrozumieć o czym rozmawiali”.

Wielu biografów nie bez powodu określa życie Andrzeja Panufnika jako ,,przepołowiony życiorys”[1], bowiem rzeczywiście połowę życia (czterdzieści lat) spędził w Polsce, a drugą (trzydzieści siedem lat) w Anglii, ale o tym opowiem w dalszej części tej historii.

 ,,Panufnik był tym w dziedzinie muzyki, czym Gombrowicz w dziedzinie literatury, Miłosz w dziedzinie poezji czy Kołakowski w dziedzinie filozofii. Był tym owocem zakazanym, tą sztucznie odciętą gałęzią naszej kultury” – pisał o kompozytorze – emigrancie Tadeusz Kaczyński, muzykolog i propagator jego twórczości. Kiedy Panufnik zdecydował się w 1954 na dramatyczny gest i nielegalnie opuścił komunistyczną ojczyznę, został wówczas uznany za zdrajcę, a jego twórczość była wręcz zakazana. Zaczęła powoli wracać do Polski w latach 70., i mimo <<legalnego>> prezentowania, wciąż niełatwo jej nadrobić stracony czas.” [2]

,,Panufnik był wybitnym dyrygentem, znakomitym kompozytorem, a także świetnym pianistą”[3]– mówił o swym idolu, młodszy od niego, ale znający Go osobiście przez wiele lat, kompozytor Jan Krenz.

,,Panufnik był kompozytorem uniwersalnym. Uprawiał wszystkie rodzaje muzyki i wszelkie jej formy, poza jednym wyjątkiem – operą.”[4]

W Polsce najbardziej kojarzona jest chyba Jego powstańcza piosenka: ,,Warszawskie dzieci”, wykonywana  niemal w każdą sierpniową rocznicę wybuchu powstania warszawskiego.

Polska

Rodzina Panufników

Rodzice i brat Andrzeja

Matylda Thonnes (pół-Polka pół-Angielka)  i Tomasz Panufnik poznali się w bardzo romantycznych okolicznościach, które można by sprowadzić do trzech krótkich słów: miłość do skrzypiec. Matylda była zdolną skrzypaczką, ulubienicą profesorów i dumą swojej matki, a Tomasz wybitnym lutnikiem, który nie tylko wytwarzał ręcznie unikatowe instrumenty, ale także przygotowywał ich projekty i prototypy, spajając ze sobą poszczególne ich elementy. W owym czasie był samotnikiem, który całe noce piłował i kleił te cudeńka, co wywoływało nawet nieufność sąsiadów, podejrzewających go o alchemię.

O tym wybitnym lutniku szybko rozeszły się wieści w warszawskim środowisku muzycznym i pewnego dnia zjawiła się w jego mieszkaniu, będącym zarazem pracownią, Henryka Thonnes, której nie chciał sprzedać skrzypiec dla córki, oburzony nawet nieco pomysłem, że robi  instrumenty dla pieniędzy. Ta jednak przekonała go do wizyty u wybitnego profesora Izydora Lotto, u którego jej córka Matylda pobierała wówczas lekcje, grając wszystkie koncerty z pamięci, była ulubienicą tegoż profesora. Kiedy Tomasz tam przybył, zakochał się i w muzyce wydobywanej z jego skrzypiec przez zdolną skrzypaczkę, jak również w niej samej.

Jego najsłynniejsze skrzypce to ,,Antica” i ,,Polonia”, ,,które zdobyły szerokie uznanie i wysokie międzynarodowe nagrody.”[5]

Kiedy się pobierali nie byli już, jak na standardy tamtej epoki najmłodsi, Matylda dobiegała trzydziestki, a Tomasz tę dawno przekroczył.

Wkrótce na świat przyszedł starszy brat Andrzeja, Mirek. Tomasz, żeby utrzymać rodzinę pracował jako hydrolog, a nocami nadal hobbistycznie oddawał się swej pasji tworzenia skrzypiec.

(24.09.)1914r. gdy Andrzej przyszedł na świat, wybuchła I wojna światowa i ojciec został powołany na front, skąd powrócił dopiero w grudniu 1919r.

Kiedy pan Tomasz po latach wojennej tułaczki, wrócił wreszcie do domu, wychudzony, zmieniony, w podartym mundurze, Andrzej płakał, gdyż  bał się przybysza. Ojca praktycznie nie znał. Opór przełamała dopiero puszka dżemu wiśniowego podarowana synom.

Andrzej podczas wojennej zawieruchy dwukrotnie uratował kolekcję cennych skrzypiec ojca (z narażeniem własnego życia) i właściwie przejął opiekę nad rodzicami podczas okupacji i tuż po niej. Kiedy po zakończeniu II wojny światowej, zamieszkali najpierw w Zakopanem, a następnie w Krakowie, wziął na swoje barki obowiązek zapewnienia rodzinie zarówno dachu nad głową, jak i podstaw bytowych.  Ojcem opiekował się aż do śmierci pana Tomasza tj. do 18.09.1951r., a po niej znalazł zapiski w dzienniku, które go niezmiernie wzruszyły: ,,Andrzej otacza mnie troskliwą opieką. Dobry, kochany syn. Oby Bóg wynagrodził jego dobroć”.[6]

Matka, przed którą mąż i młodszy syn długo ukrywali tragiczną prawdę o śmierci starszego syna Mirka, po otrzymaniu tych strasznych wieści, jakby straciła chęć do życia. Zmarła w Krakowie na niezdiagnozowaną chorobę – 07.07.1945r.

Niezwykła babcia

Henryka Thonnes – pół-Angielka (po ojcu) i pół-Niemka (po matce) – to ukochana babcia Andrzeja, na którą patrzył bezkrytycznie, jak na połączenie bogini i anioła o złotym sercu. Była podobno niezwykle serdeczna, pogodna, ciepła i łagodna. Bardzo kochała wnuka, a on to uczucie odwzajemniał. Łączyła ich wyjątkowa nić porozumienia. Andrzej wolał spędzać z nią czas w parku podziwiając chmury i obserwując gałęzie drzew, niż bawiąc się z rówieśnikami. Takich zabaw we wczesnym dzieciństwie zawsze konsekwentnie odmawiał.

To właśnie jej pierwszej zwierzył się ze swego marzenia o graniu, i to ona postarała się najpierw o wypożyczenie instrumentu, by uczyć wnuka samodzielnie, a później  znalazła mu innego nauczyciela. Odgrywała w życiu małego Andrzeja niesłychanie ważną rolę. Bardzo go kochała i była czuła na jego potrzeby.

Jako osoba wykształcona: biegle mówiła i czytała zarówno po francusku, jak i po niemiecku.

Cieszyła się też powszechnym szacunkiem i roztaczała jakiś tajemniczy urok. Gdziekolwiek się wybierała, Andrzej zawsze chciał jej towarzyszyć.

Babcia mimo że los nie szczędził jej przykrości, na zawsze pozostała dobra i łagodna, a wnuk nigdy nie widział jej smutnej ani zagniewanej.

Henryka bardzo młodo (jako osiemnastoletnia czy dziewiętnastoletnia dziewczyna) wyszła za mąż za Jana Thonnesa (pół-Polaka pół-Anglika),  miała z nim cztery córki i syna, którego los jej wkrótce odebrał. Może właśnie ta utrata jedynego męskiego potomka wpłynęła na to, że przelała całe swe uczucia na wnuka. Mąż jej wkrótce po tragedii rozpił się, i zrozpaczona kobieta zamieszkała wraz z dziećmi u swego ojca Antoniego Szustra na Mokotowie. Jan Thonnes dowiedziawszy się o tym, że żona go opuściła, popełnił samobójstwo.

Babcia była osobą religijną, zabierała chłopca do kościoła, jak również miała nad łóżkiem ogromny obraz Czarnej Madonny Jasnogórskiej, co po wielu latach znalazło swe odzwierciedlenie w komponowanej przez Andrzeja muzyce.

Dzieciństwo

Było nieco ekscentryczne i oryginalne, bo Andrzej mieszkał w otoczeniu antyków (cennych pamiątek, niezliczonej ilości zegarów, które głośno wybijały kuranty, pozytywek, siedzisk, na których zresztą nie wolno im było siadać) i zewsząd otaczającej muzyki. Niemal wszyscy sąsiedzi grali na instrumentach, głównie na fortepianach i pianinach. Całymi dniami grywała  również, zwykle na skrzypcach, jego matka. Rozbrzmiewająca w ich mieszkaniu muzyka była dla późniejszego kompozytora czymś równie naturalnym, jak oddychanie.

Mieli służbę, w tym kucharkę, bo mama Andrzeja zatopiona cały dzień w muzyce, nie umiała gotować.

I choć wszystko to wydaje się tworzyć obraz pozornej sielskości, to jednak w opozycji do niego stoi wizerunek dość surowego ojca, który uważał, że dzieciom nie są potrzebne zabawki – stąd też ani Mirek, ani Andrzej nigdy takowych nie posiadali, czego młodszy z braci bardzo się wstydził. Tomasz zakazał też kupowania Andrzejowi nowych ubrań, bo uważał, że wystarczą te po starszym bracie.

Andrzej i Mirek byli bardzo różni już od urodzenia. Dzieliła ich różnica 5 lat. Mirek był niebieskookim, bladym Słowianinem z płową blond grzywką, zaś Andrzej miał ciemną cerę, oczy i włosy. Byli trochę jak ,,pozytyw i  negatyw”. Mirek podobny do ojca, Andrzej do matki.

Andrzej z dzieciństwa pamiętał swoją niechęć do niektórych potraw. Był zdaje się szalenie wybredny w jedzeniu,  i o ile matce udawało się przekonać kucharkę do gotowania osobnych dań dla niego, o tyle ojciec uważał, to za przesadne pobłażanie i fanaberie.

Szczególnie znienawidzonymi daniami kuchni polskiej, które wzbudzały odruch wymiotny u małego Andrzeja, były: flaki, zupa owocowa, czernina oraz kotlet z kapustą i skwarkami.

Pewnego razu ojciec widząc przygotowane dla syna osobne dania, wykrzyknął: ,,Widzisz, ja jem wszystko”. Na co Andrzej spokojnie odparł: ,,Tylko świnie jedzą wszystko.” Nad stołem zawisła wtedy długa cisza.

A zatem całe Jego dzieciństwo, to trochę miodu i trochę dziegciu.

Nauczyciel idol, miłość do muzyki, pierwsze lekcje

Gdyby w dzieciństwie zapytano Andrzeja, kim chciałby zostać, bez wahania odpowiedziałby, że chce zostać Lefeldem.

Jerzy Lefeld był muzykiem, wykładowcą w Konserwatorium Muzycznym, i osobą, która została zaproszona do ich domu przez Tomasza, by zapisywać nuty w kompozycjach muzycznych na skrzypce i fortepian, które tworzyła, komponowała, improwizowała, lecz nie potrafiła utrwalić zapisem nutowym – pani Matylda.

Wtedy też po raz pierwszy rozgorzała w Andrzeju silna miłość do muzyki i niepohamowana chęć (może potrzeba) komponowania oraz zapisywania własnych utworów muzycznych.

Jak zwykle w takich sytuacjach z pomocą zjawił się dobry duch Andrzeja, czyli babcia Henryka, która wynajęła i opłaciła lekcje fortepianu na mieście, żeby wprawki nie przeszkadzały muzykowaniu Matyldy.

Z pasji i talentu zrodziła się potrzeba zdawania do  szkoły muzycznej. Niestety trema zapędziła Andrzeja w kozi róg, a ostra reakcja zgorzkniałego i przygniecionego własnymi porażkami zawodowymi nauczyciela- Witolda Chrapowickiego, spowodowała, że chłopiec porzucił muzyczne plany i granie na cztery lata. Nauczyciel ten zamiast wspierać,  notorycznie podkopywał wiarę uczniów w ich możliwości. Andrzej czuł, że fortepian, który tak pokochał, zawiódł go i przestał być jego przyjacielem.

W tym czasie zniechęcił się do muzyki i zamiast grać, wolał  kleić modele samolotów.  Pasjonował się również radioodbiornikami projektowanymi przez swojego starszego brata.

Jeśli jednak w człowieku drzemią pokłady talentu i umiłowanie jakiegoś zajęcia (bez względu na to z jakiej by ono dziedziny sztuki nie było) nie da się tego tak po prostu porzucić i wyrwać z serca. Dlatego nastąpił…

Powrót do muzyki

Już jako bardzo młody człowiek (siedemnastolatek)  Andrzej komponował piosenki  do kabaretu, które do słów Mariana Hemara wykonywał np. Adolf Dymsza.

W 1931r. dużą sławą cieszyła się kompozycja tego duetu: ,,Ach, pardon”. Płyta gramofonowa z tą piosenką rozeszła się w tysiącach egzemplarzy. Piosenka była o prostym człowieku (takim trochę Dyzmie), który chcąc ukryć brak manier i ogłady na wszystko odpowiadał: ,,pardon, ach pardon”, aż do ,,Żegnam panią-poszła won”.

Była też inna znana piosenka duetu Panufnik – Hemar: ,,Nie chcę więcej”, której żart opierał się na wyliczaniu długiej listy rzeczy, których aktor już nie chce, i kończył pointą:,, Mam pięcioro dzieci i nie chcę więcej”. Kiedy ten skecz osiągał właśnie apogeum swej popularności, Dymszy zmarło dziecko. Andrzej był bardzo poruszony i zaskoczony tym, że Dymsza nadal ją wykonywał, nie zmieniając słów. Cóż, pewnie to cena profesjonalizmu.

Andrzej otrzymywał wtedy za swe kompozycje nawet spore honoraria, chociaż jako niepełnoletni nie mógł nigdy na żywo obejrzeć przedstawienia z własnymi piosenkami. Pewną pociechą w tym względzie było to, że rodzice i Mirek zawsze wracali z nich  rozbawieni i dumni z Andrzeja. Jednak on sam zapragnął czegoś więcej.

Mając 16 lat postanowił raz jeszcze dać sobie muzyczną szansę, szansę na powrót do swojej największej pasji – nauki gry i komponowania.

Nie okazało się to wcale proste.

Po pierwsze był już za stary, by zdawać do klasy fortepianu. Po drugie ojciec co prawda w końcu zgodził się na ów powrót do szkoły muzycznej, ale postawił też warunek, że musi zdać maturę w szkole miejskiej. Nie było to jednak łatwe, gdyż szkoła ta była wyjątkowo znienawidzona przez Andrzeja. Pastwił się tam nad nimi ksiądz kapelan – nauczyciel wyzywający uczniów od idiotów, durniów i zakutych łbów, poniżający ich przy każdej nadarzającej się okazji. Zresztą inni nauczyciele tej placówki też nie byli wcale lepsi.

Cel jednak uświęcał środki i wkrótce Andrzej zdał maturę, a także ku swej olbrzymiej radości, dostał się do konserwatorium, do klasy perkusji, gdzie nie było ograniczeń wiekowych.

Ukończył konserwatorium z wyróżnieniem, jako jeden z trzech najlepszych absolwentów, obok takich późniejszych sław jak: Witold Małcużyński i Witold Lutosławski.

Austria/Wiedeń

Po skończeniu warszawskiego konserwatorium Andrzej postanowił kontynuować naukę na Akademii Wiedeńskiej, u wówczas już siedemdziesięciopięcioletniego wykładowcy i wybitnego dyrygenta – profesora Felixa Weingartnera. Niestety najpierw wkroczył w życie Andrzeja obowiązek służenia ojczyźnie, który plany muzyczne znów odwlókł w czasie. A gdy wreszcie zdołał dostać się do Wiednia, pokonać blisko 100-u konkurentów na egzaminach wstępnych i spełnić swoje marzenie, wkrótce w Austrii zapanował nazizm, powodując zmiany niemal w każdej dziedzinie życia i sztuki. Starego poczciwego profesora Weingartnera usunięto z uczelni, zamieniając jakimś beztalenciem muzycznym, za to będącym wiernym zwolennikiem nazistowskiej ideologii.

Wtedy Andrzej spakował się i wrócił do Polski.

Warszawa

Nie zamierzał osiąść na laurach, był w nim bowiem nadal głód wiedzy i chęć muzycznego rozwoju,  poznawania i słuchania nowych twórców i wykonań. Postanowił pozyskać pieniądze na zagraniczne studia. Nadarzyła się ku temu okazja, gdy twórcy filmu ,,Strachy” Wohl i Cękalski poprosili go o stworzenie muzyki do tegoż dzieła. Honorarium jakiego zażądał, było horrendalne, ale pozwoliło spełnić marzenia o zagranicznym kształceniu i wojażach.

Paryż

Udał się najpierw w podróż do Paryża, gdzie kształcił się u wybitnego dyrygenta Philippe Gauberta, zwiedzał galerie i muzea oraz podobnie jak w Wiedniu, nieustająco słuchał muzyki na koncertach. Dodać należy, że Gaubert okazał się nie tylko znakomitym muzykiem i nauczycielem, ale też niezwykle szlachetnym człowiekiem, bowiem nie zgodził się na zapłatę za lekcje, których Andrzejowi udzielił.

Panufnik znalazł spokojny hotel, gdzie wynajął pokój i za zgodą właściciela wstawił tam fortepian. Uczył się języka francuskiego i coraz lepiej czuł się we Francji, która była wówczas mekką polskich muzyków. Większość z młodych stypendystów stojących dopiero na początku swej artystycznej drogi, mieszkała w Domu Polskim, gdzie jednak po nocach spędzanych na grze w karty i spożywaniu alkoholu, dnie marnotrawili na odsypianiu tych nocnych szaleństw. W przeciwieństwie do nich, spokojny, introwertyczny i nieśmiały Andrzej poświęcał czas muzyce, pod każdą postacią. Wkrótce się to opłaciło, bo opuszczając Paryż po sześciu miesiącach, miał już w walizce 20 stron swej pierwszej sonaty i przekonanie, że właściwie mógłby tam zostać na zawsze.

Ale trzymał się planu, a w planach był już czteromiesięczny pobyt w Anglii.

Londyn

Nie czuł się tam tak dobrze jak we Francji. Uważał, że Anglicy dają mu odczuć, że jest cudzoziemcem. Nie lubił ani kuchni angielskiej, o której miał jak najgorsze zdanie, ani też ich jednostek monetarnych, których przelicznik uważał za niezwykle skomplikowany.

Był też trochę rozczarowany muzyką, gdy okazało się, że w salach koncertowych rzadko jest wykonywany współczesny repertuar, na którym najbardziej mu zależało.

Mimo że był świadomy sytuacji politycznej ówczesnej Europy, zagrożenia wojną i czyhających niebezpieczeństw, postanowił wrócić do Polski.

Nie posłuchał nawet próśb i ostrzeżeń spotkanego w Londynie wiedeńskiego profesora Weingartnera, który ze łzami w oczach namawiał go do pozostania w Anglii, oferując nawet swą pomoc. Andrzej pozostał w tej kwestii nieugięty, uznając za swój obowiązek: pomoc rodzicom i ojczyźnie.

Warszawa

Tym co po powrocie do Polski zaskoczyło go najbardziej, był fakt, że nikt nie czuł zagrożenia, nie wyrażał obaw, czy choćby zaniepokojenia ani polityką i planami Hitlera, ani położeniem Polski po pakcie Ribbentrop-Mołotow. Wciąż pokutowało przekonanie, że ,,niemieckie czołgi są z papieru”, ,,że polska kawaleria bez trudu najdalej w kilka dni rozprawi się z nimi”, że polscy herosi ,,nie oddadzą ani guzika”.

Zadziwiające było to, że zwykle pesymistyczni Polacy, którzy na pytanie, co słychać, odpowiadają, że okropnie, wymieniając długą listę nieszczęść, jakie im się przytrafiły, w tym wypadku okazali się nadzwyczajnie optymistyczni.

Andrzej był w tym względzie w świadomej mniejszości, która zdawała sobie sprawę z realnego i niemal namacalnego zagrożenia. Niestety, jak się później okazało, miał rację.

Jedyne zabezpieczenia jakie zapamiętał z tamtego czasu, to dzwon alarmowy mający ostrzegać przed atakami gazowymi (plus maski gazowe w wielu domach) oraz wielkie krzyże pojawiające się na podwórkach warszawskich kamienic, przy których modliły się starsze kobiety. Co do skuteczności jednych i drugich, Andrzej wyrażał powątpiewania. Zwłaszcza, że we wrześniu 1939 r. niebo nad Warszawą było wyjątkowo bezchmurne i pogodne, co niemieckim pilotom ułatwiało bombardowanie, a w Andrzeju rodziła się myśl, że ,,Bóg jest po przeciwnej stronie”[7].

Brakowało wszystkiego: jedzenia, lekarstw, bandaży i wyobrazi rządzących, którzy nie zrobili żadnych zapasów dla szpitali  na czas klęski, a sami uciekli przez Rumunię.

Andrzej na ochotnika zgłosił się do obrony przeciwlotniczej. Jego zadaniem było wchodzenie na dachy i zasypywanie piaskiem bomb, które tam spadały. Zdarzało się, że było to naprawdę niebezpieczne, gdy spadały blisko.

Panował też głód, ,,a wszystkie sklepy były albo zburzone, albo splądrowane.”[8]

Andrzej pewnego razu kupił od rolnika za ogromną sumę kurę, jednak nikt w rodzinie nie zdobył się na pozbawienie jej życia. Musieli poprosić o pomoc mniej wrażliwego sąsiada.

Andrzej już pod koniec września 1939 r. przeczuwał rychłą klęskę i wyrażał złość: ,,Byłem wściekły nie tylko na wrogów, lecz również na nikczemny brak uczciwości tych przywódców polskiego rządu, którzy nieustanie zapewniali o naszej potędze militarnej, po czym pozostawili bezbronny naród w obliczu wroga nie do pokonania.”[9]

Dzielnością i pomysłowością wykazał się jeszcze wielokrotnie w czasie wojny.

Gdy Niemcy skonfiskowali wszystkie instrumenty stworzone przez pana Tomasza, Andrzej udał się do siedziby gestapo i tak długo przekonywał wysokich rangą SS-manów, że była to kradzież mienia, aż w końcu udało mu się odzyskać jedną trzecią zbiorów. Idąc po nie do niemieckiej piwnicy zastanawiał się, czy nie jest to przypadkiem kres jego dni.

Na szczęście nie był. Ale co do tego nie miał wtedy żadnej pewności.

Kolejny raz narażał życie, gdy po zatrzymaniu tramwaju, którym akurat jechał, Niemcy od wszystkich mężczyzn zażądali okazania kenkarty, której nie posiadał. Wszystkich tych ludzi próbowano zapędzić do ciężarówki, którą jednak Andrzejowi udało się  najpierw spokojnie wyminął, a potem biegnąc co tchu… zdołał z tej obławy uciec.

W czasie okupacji miała miejsce jeszcze jedna niebezpieczna sytuacja, gdy zaczął grywać  na fortepianie w Kawiarni Sztuka i Moda. Któregoś dnia wkroczyli tam Niemcy i oddzielając kobiety od mężczyzn, wyprowadzili tych drugich pod bronią do ciężarówek. Dopiero wstawiennictwo kierownika kawiarni, który zapewniał, wskazując na Andrzeja i jego przyjaciela, że to muzycy u niego zatrudnieni, a nie publiczność, zdołał jakoś ich uratować przed wywózką. Owym przyjacielem, z którym grali na dwa fortepiany nie tylko w Kawiarni ,,S i M”, ale także ,,U aktorek” „Lira” i  „Aria”, był nie kto inny, jak słynny kompozytor Witold Lutosławski. Współpraca ta trwała trzy i pół roku.

Oprócz pracy zarobkowej w kawiarniach, Andrzej i Witold grywali też koncerty w prywatnych mieszkaniach, a dochód z nich przeznaczony był na pomoc członkom ruchu oporu i ukrywającym się żydowskim muzykom w tym np. Władysławowi Szpilmanowi. Oczywiście nie trzeba chyba dodawać, że koncerty te były zakazane.

Armia Krajowa zleciła też w tamtym czasie Andrzejowi i poecie Ryszardowi Dobrowolskiemu stworzenie ,,serii pieśni patriotycznych dla umocnienia ducha”.[10] Spośród, których największą sławę zdobył, cieszący się do dziś popularnością utwór: ,,Warszawskie Dzieci.

Warszawskie dzieci pójdziemy w bój
Za każdy kamień twój
Stolico damy krew
Warszawskie dzieci pójdziemy w bój
Gdy padnie rozkaz twój
Poniesiem wrogom gniew

Miłość w okupowanej Warszawie

Mimo niesprzyjającej sytuacji, ciągłego zagrożenia życia, biedy, strachu, wszy panoszących się w całym mieście, Andrzej poznaje swoją pierwszą miłość. Jest to młoda wdowa po pułkowniku kawalerii-Staszka Litewska. Tak o niej pisał: ,,Staszka była równie dobra jak piękna, bardzo kobieca, w niepojęty sposób zachowała pełną figurę, podczas gdy inni wychudli z głodu. Miała wyjątkowy talent kulinarny, potrafiła wyczarować cuda z nędznych ochłapów, jakie udawało się zdobyć. Wkrótce zamieszkałem z nią i jej dwiema córeczkami, pomagałem im  w kłopotach pieniężnych, pokrywając część wydatków, korzystałem też z cichego pokoju z fortepianem.”[11]

Niestety pozostawione w mieszkaniu Staszki nuty i wszystkie zapisy muzyczne, wprawdzie przetrwały wojenną pożogę, ale zostały zniszczone przez nowych lokatorów mieszkania. I była to niewątpliwie ogromna strata i  wielki cios dla Andrzeja.

Wśród tych zapisów była bowiem również ,,Uwertura  tragicznej”- utwór, który bardzo kojarzył mu się z Mirkiem. W końcu to na koncercie w 1943r., gdzie ją wykonywał, po raz ostatni widział się z bratem…

Mirek – starszy brat, ur. w 1909 r.

Mirek był studentem wydziału matematycznego Uniwersytetu Warszawskiego, hobbistycznie konstruował aparaty radiowe, oprawiane w drewno.

Latem 1935 r. w Zakopanem Andrzej właściwie trochę przypadkiem (bo wyjechali tam osobno) spotkał się z bratem, i razem chodzili po górach, rozmawiali, mogli spędzić wreszcie wspólnie trochę czasu. Andrzej pisał: ,,Kochałem go i podziwiałem. Był człowiekiem bardzo oczytanym, wybitnie inteligentnym, o szerokich horyzontach”[12]

Wtedy też Mirek przedstawił mu dziewczynę chorującą na zaawansowaną gruźlicę (chorobę w tamtym czasie nieuleczalną). Maria przebywała właśnie na rekonwalescencji w sanatorium. Mimo że para dopiero co się poznała, widać było, że są już w sobie zakochani, a nawet, że Mirek ma wobec niej plany małżeńskie.

Kiedy wybuchła wojna, Mirek pracował najpierw jako inżynier w Polskim Radiu, a później był jego dyrektorem technicznym. Właściwie spędzał tam całe dnie, a nawet noce, był bowiem odpowiedzialny za puszczanie przemówień prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego oraz za nadawanie antyfaszystowskich audycji.

W 1939 r. po wybuchu wojny cała rodzina zamieszkała razem tzn. Mirek z żoną i trzyletnią córeczką wprowadzili się do mieszkania rodziców.

Mirek wstąpił również do Armii Krajowej i był odpowiedzialny m.in. za przerzut broni do getta oraz  pomoc Żydom w ucieczkach stamtąd.

Podczas jednej z takich akcji został aresztowany i przewieziony na Pawiak. Nie wiadomo, co bardziej mu pomogło: aryjski wygląd, znajomość niemieckiego, czy fałszywa kenkarta, dość że go zwolniono.

W 1943 r. u dwudziestoczteroletniej żony Mirka Marii nastąpiła wznowa gruźlicy. Brakowało leków, pieniędzy, a sanatoria zostały zajęte przez Niemców. By ją ratować rodzina Panufników sprzedała ukochany fortepian (bechsteina), niestety po trzech miesiącach Maria zmarła.

Córeczka Marii i Mirka – Ewa miała wtedy dopiero sześć lat.

16.09.1944 r. koło godziny 11.00 – bomba spadła na dom Panufników. Ojciec Andrzeja i Mirka jakby tknięty jakimś przeczuciem, zszedł do piwnicy, co ocaliło mu życie, ale w tym samym niemal czasie przybył tam Mirek, by dostarczyć ojcu trochę wody pitnej. Niestety przypłacił to życiem.

Tamtego dnia mała Ewa została sierotą.

Ewa

Ewa Panufnik Dworska – bratanica  ur. w 1936 r.

Ewa przez jakichś czas była wychowywana przez dziadków, rodziców Mirka i Andrzeja, jednak pogarszający się stan zdrowia, a wkrótce śmierć pani Matyldy, spowodowały, że dziewczynka najpierw trafiła do krakowskich sióstr Urszulanek (gdzie jednak nie czuła się szczęśliwa),a następnie na wieś do rodziny swojej matki. Prawdopodobnie do brata Marii i jego żony.

W jednym z listów Andrzeja  podany jest nawet stary adres dziewczynki wraz z informacją: ,,Wychowywana przez Józefę Szulczewską w Lubaniu Śląskim przy ul. Warszawskiej 10 (dawna Kolejowa)”.[13]

A w liście do Andrzeja, już po jego emigracji, przyjaciel Zygmunt Mycielski tak charakteryzuje Ewę: ,,Jest to przemiła, urocza, wesoła, pełna werwy dziewczyna, ładna taka- co to nie będzie miała chyba kłopotu, jeśli chodzi o brak chłopców – oczy ma dosyć Twoje, jest przemiło młoda, jednym słowem, szalenie mi się podoba. Ona na swojej szkole (tej ceramice) doskonale sobie radzi we Wrocławiu […] Bardzo dobrze wychowana – jej świeżość i pewien prowincjonalizm jest w najlepszym stylu […] Można ją wszędzie i wszystkim pokazać. Gdy ciekawska (i kucharkowata) pani zaczęła wypytywać o losy Twoje i Scarlett w sposób zbyt plotkarsko ciekawski, Ewa <<skróciła ją>> obcesowo i w pysznym stylu – że <<to są prywatne sprawy jej wuja, którymi ona się nie interesuje>>. Dzięki twoim posyłkom bardzo ładnie ubrana, w jakiejś czerwonej sukience”.[14]

Kiedy Andrzej opuszczał Polskę, Ewa miała już 18 lat, mimo to bardzo się martwił jej dalszym losem, i w miarę swoich początkowo skromnych możliwości finansowych, starał się ją wspierać.

Ewa ,,studiowała na Wydziale Ceramiki w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie Akademia Sztuk Pięknych) we Wrocławiu. Dyplom pod kierunkiem prof. Julii Kotarbińskiej uzyskała w 1963r. Uprawia rzeźbę ceramiczną i rysunek. Od 1966 roku eksponuje prace na wystawach w kraju i za granicą. Mieszka i tworzy we Wrocławiu.”[15]

Jest żoną prof. Jacka Dworskiego medaliera i rzeźbiarza oraz matką Mateusza Dworskiego również artysty rzeźbiarza.

Ale wróćmy do Andrzeja…

Małżeństwo, Chiny, decyzja…

Scarlett właściwie Marie Elizabeth O’Mahoney-Rudnicka vel Scarlett Panufnik

Kim była ta tajemnicza kobieta?

Otóż była to irlandzka piękność urodzona w 1927r. w Londynie, która swą olśniewającą urodą bez trudu podbijała serca wielu mężczyzn, w tym także naszego bohatera. Miała na imię Marie, ale wszyscy zarówno mówiąc o niej, jak również bezpośrednio zwracając się doń, używali imienia Scarlett, bowiem bardzo im przypominała zarówno swą urodą jak również charakterem, bohaterkę filmu: ,,Przeminęło z wiatrem” (Scarlett O’Harę graną przez Vivien Leigh).

Miała jasną cerę, długie ciemnokasztanowe włosy, szare hipnotyzujące spojrzeniem oczy i nawet esbecy w swych raportach pisali, że ,,była to najpiękniejsza kobieta w Warszawie.”

 Z Andrzejem poznali się w dość nietypowych okolicznościach, albowiem w Domu Pracy Twórczej w Oborach[16] pod Warszawą, gdzie Andrzej właśnie od kilku tygodni komponował ,,Symfonię pokoju”, a dokąd Scarlett przyjechała w podróż poślubną ze swym świeżo poślubionym mężem, znanym literatem-Adolfem Rudnickim.

Sam Andrzej mimo iż wówczas już trzydziestosześcioletni, podkreślał, że zakochał się wówczas od pierwszego wejrzenia, szaleńczo jak nastolatek i bez pamięci. W swej autobiografii napisał: ,,Nie byłem w stanie oderwać od niej wzroku, ani myśleć o czymkolwiek innym.[…] Udawało nam się spotykać każdego dnia, a wkrótce i każdej nocy.[…]Tracąc głowę, straciłem też jakiekolwiek zainteresowanie komponowaniem symfonii i cały zdrowy rozsądek. Nigdy[…] nie zakochałem się tak bez reszty i gdy mnie to spotkało, zachowywałem się głupiej niż nastolatek.”[17]

Scarlett przebywała już wówczas w Polsce od czterech lat i znakomicie mówiła po polsku, choć czasem by zwrócić na siebie czyjąś uwagę, kokietowała udawanym akcentem lub przekręcaniem polskich słów.

Wkrótce okazało się, że Scarlett cierpi na epilepsję, a ataki bywają silne i gwałtowne, kończące się utratą świadomości i pamięci. Lekarz stwierdził, że na tę przypadłość nie ma właściwie lekarstwa, a pomóc może jedynie spokojny tryb życia oraz ciąża, która rzekomo miała złagodzić objawy.

O spokojny tryb życia było im wówczas bardzo trudno, ponieważ Scarlett jako obywatelka obcego zachodniego państwa była śledzona przez SB i jak każdy obcokrajowiec w tamtym czasie, podejrzewana o szpiegostwo. Aby zapewnić jej opiekę i bezpieczeństwo Andrzej postanowił się oświadczyć. I tak 13 lipca 1951 r. Andrzej i Scarlett zawarli  związek małżeński (był to ślub cywilny). O ile dla Andrzeja było to pierwsze małżeństwo, o tyle dla (mającej wówczas 24 lata) Scarlett  już  czwarte.

Andrzej powoli zaczynał zauważać wady swojej wybranki, ale jak każdy zakochany człowiek, próbował je umniejszać i bagatelizować. To co zdawało się mu w Scarlett przeszkadzać najmocniej, to jej ciągła potrzeba adoracji i bycia w centrum zainteresowania wszystkich wokół, a także jej chęć ciągłego bywania (na salonach, w lokalach, w towarzystwie). Introwertycznej naturze Panufnika zadawało to katusze. On bowiem potrzebował nie tylko do życia, ale i… a może przede wszystkim do komponowania: ciszy, skupienia, pewnego rodzaju osobności, czy parawanu ochronnego. Niestety kobieta jego życia zdawała się tego zupełnie nie rozumieć. Zabraniała mu np. patrzenia przez okno na drzewa oraz nie tolerowała milczenia. To pierwsze wydawać się może błahe czy banalne, ale takim już nie jest, gdy dowiadujemy się o wielkiej miłości Andrzeja do drzew. Wiele lat później komponując: ,,Arbor cosmica” (,,Drzewo kosmiczne”),,[…]najobszerniejsze i zarazem chyba najwybitniejsze dzieło Panufnika, przeznaczone na zespół smyczkowy, pisze komentarz do partytury, który rozpoczyna tak: <<To dzieło wyrosło z mego, trwającego przez całe życie, umiłowania- prawie uwielbienia- dla drzew>>, kończąc zaś ów komentarz dodaje:<<Moja miłość  do drzew dała impuls do skomponowania tego dzieła, które jest próbą przełożenia na muzykę tego, czym emanują ich dusze.”[18]

   O Scarlett można chyba powiedzieć, że była po trosze kobietą bluszczem, kobietą hubą, osaczała mężczyznę, żądając absolutnego: oddania, poświęcenia jej uwagi, czasu i atencji, w zamian traktując przedmiotowo i raczej w kontekście własnej wygody, realizacji własnego celu, którym w jej wypadku było pięcie się po szczeblach hierarchii społecznej, dzięki pozycji swych mężów.

Zarówno dla Scarlett jak i dla Andrzeja lata 50-te nie były  łatwym czasem, nie mieli bowiem pieniędzy, paszportów, ani własnej przestrzeni. Mieszkali w pokoju z kuchnią, który dzielili z bardzo ciężko już chorującym na płuca, ojcem Andrzeja oraz pielęgniarką pełniącą też rolę gosposi i opiekunki starszego pana Panufnika. Tak było do śmierci pana Tomasza.

Andrzej choć się nie skarżył, nie miał wtedy zupełnie możliwości ani warunków do pracy twórczej. Jego fortepian służył raczej za toaletkę, na której stały kremy jego żony, niż za instrument sensu stricte.

Oonagh

16.09.1952r. przyszła na świat pierworodna córka Scarlett i Andrzeja, której dali na imię Oonagh. Andrzej był nią zauroczony, uważał, że z każdym dniem jest coraz śliczniejsza. Przyglądał jej się całymi godzinami, cieszył każdym uśmiechem, a nawet grymasem czy płaczem. Uważał, że wynagradza mu wszystko.

Wiosną 1953 minister kultury Włodzimierz Sokorski wezwał do siebie Panufnika i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmił mu, że oto właśnie zostaje wyznaczony na dyrektora dwustuosobowej delegacji (złożonej głównie z muzyków Filharmonii Warszawskiej oraz Zespołu Pieśni i Tańca ,,Mazowsze”), która  ma  się udać do Chińskiej Republiki Ludowej w celu zacieśniania polsko- chińskiej przyjaźni, na dwa miesiące.

Ów wyjazd do Chin z innej perspektywy wspominała też współtwórczyni ,,Mazowsza” Mira Zimińska- Sygietyńska: ,,Tadeusz [przyp. red. Sygietyński] już do Chin nie pojechał. Pojechał Panufnik. Nie znał ani jednego numeru. Pojechał też szwagier ówczesnego ministra. Bardzo mili ludzie. Jednego i drugiego nawet lubię. Pojechali jako kierownicy muzyczni. W Chinach nie wolno było nawet wymienić nazwiska Sygietyńskiego. W programie, chociaż cały był zrobiony przez Tadeusza, nie było o nim ani jednego słowa.”[19]

Panufnik był załamany tym, że musi opuścić żonę i córkę na tak długo, a Mira Zimińska-Sygietyńska tym, że choć wraz z mężem stworzyła Zespół Mazowsze, zastąpią ich w tej delegacji jacyś zetempowcy. ,,Na stanowisko dyrektora Zespołu Mazowsze wyznaczono młodą kobietę, z pochodzenia Rosjankę, o kwalifikacjach raczej politycznych, a wspierali ją dwaj zetempowcy, których zadaniem było zająć się wychowaniem politycznym członków Mazowsza.”[20]

Władze odsunęły Tadeusza za przygotowywanie piosenek ,,niepolskich” (za taką komunistyczna komisja uznała np. utwór: ,,Hej przeleciał ptaszek”), zaś Mirę ukarano za jej (zdaniem komunistów) zbyt liberalne i mało zaangażowane politycznie, traktowanie młodzieży, zarzucano jej, że pozwala na uczestnictwo w nabożeństwach, zgadza się na wieszanie nad łóżkiem religijnych obrazków z wizerunkami świętych, oraz angażuje młodych do prac w ogrodzie.

Oboje czuli smak rozgoryczenia.

Andrzej wyjeżdżając bardzo martwił się o żonę i ich siedmiomiesięczną córkę, mimo iż niania miała przychodzić codziennie, a sąsiedzi i przyjaciele w miarę możliwości zaglądać.

Podczas pobytu w Chinach, gdy miał właśnie dyrygować orkiestrą na specjalnym koncercie ku czci przywódcy Mao Tse-tunga, otrzymał telegram z Warszawy zawierający jedynie kondolencje. Domyślał się, że jest to forma powiadomienia go o śmierci kogoś z najbliższych, ale nie było tam wzmianki o kogo chodzi. Wybłagał wtedy możliwość skorzystania z telefonu (trwało to aż trzy długie dni) i zadzwonił do przyjaciółki ich domu -Krystyny.[21]

Od niej Andrzej dowiedział się, że: ,,Piątego maja [przyp. red.1953 r.] niania miała wychodne, a Scarlett uważając, że jest dostatecznie zdrowa, by odstąpić od dotychczasowych reguł postępowania, zdecydowała się zaryzykować wykąpanie dziecka. Jednakże w trakcie kąpieli dostała ataku epilepsji. Gdy odzyskała świadomość, zobaczyła, że nasza ukochana ośmiomiesięczna Oonagh utonęła. Mimo pomocy sąsiadów i prób ratowania w szpitalu serce naszej cudownej dziewczynki przestało bić na zawsze. Oonagh umarła”.[22]

Dowiedziawszy się o tej tragedii Panufnik próbował, jak najszybciej wrócić do Warszawy, jednak sam powrót jak i przygotowanie do niego, zajęły kilka kolejnych dni. Leciał jakimś małym śmigłowcem z przesiadkami i postojami w przeróżnych dziwnych miejscach np. na pustyni Gobi czy w Irkucku nad Bajkałem. W końcu dotarł na moskiewskie lotnisko, skąd mógł wreszcie udać się do kraju.

,,Podczas lotu z Moskwy ciągle miałem przed oczyma obraz mojej córeczki; myślałem, że tego nie zniosę. Tęskniłem do Scarlett, a jednocześnie lękałem się pustki w domu”.[23]

Warszawa też nie powitała Go przyjaźnie, z walizkami pełnymi nut i strojów wieczorowych, w których dyrygował, przebijał się jej ulicami w zatłoczonym autobusie, a potem godzinę polował na taksówkę. Nie był już ważnym delegatem, lecz utrudzonym i rozżalonym człowiekiem, wykorzystanym przez system i rzuconym na pastwę samotnego radzenia sobie właściwie ze wszystkim.

Scarlett zastał bladą i zapłakaną.

Należy jednak nadmienić, iż niektórzy uważali, że śmierć tego dziecka nie była ani przypadkowa, ani nie wydarzyła się w skutek wypadku. ,,W Warszawie zahuczały plotki, że to matka, słynąca z upodobania do towarzyskiego życia, pozbyła się dziecka pod nieobecność męża.”[24]  Jak było naprawdę, wiedziała tylko sama Scarlett. Dodam jedynie, że w tę okrutną plotkę sam Andrzej nigdy nie uwierzył.

Śmierć dziecka pogłębiła rosnący kryzys w ich małżeństwie.

O Scarlett choć lapidarnie i między wierszami, wspominał bywający w angielskim domu Panufnika, Tadeusz Kaczyński:,,[…] był to drugi szczęśliwy dom Panufnika- po rodzinnym- bo z pierwszą żoną, Scarlett, zaznał szczęścia  chyba tylko epizodycznie, na samym początku małżeństwa, a tego, co uważamy za dom w głębszym znaczeniu – ta kobieta z pewnością mu nie dała.”[25]

Panufnik w liście z 1956 r. pisał do przyjaciela Zygmunta Mycielskiego: ,,[…]  nie myślałem, nie myślę nawet przez chwilę, aby wrócić do mojej żony. I powiem więcej, gdyby ona nawet całkowicie się zmieniła w wyjątkowym i nieprzewidzianym wypadku, pozbyła się swych ohydnych cech- powziętej decyzji nie zmienię już nigdy. (A jeśli mam ją nadal kochać – to z daleka). Żałuję tylko, że nie zrobiłem tego kroku dwadzieścia lat temu, kiedy byłem młodszy, silniejszy.”[26]

Mimo tych zapewnień Andrzej i Scarlett ponownie się zeszli, by zakończyć swoje małżeństwo już definitywnie rozwodem, orzeczonym z winy Scarlett- dopiero 17.07.1958 r. W Anglii rozwód był procesem kosztownym i  toczącym się długo.

O Scarlett wspomniał w jednym z listów z tego roku również Zygmunt Mycielski: ,,Jestem przekonany, że Scarlett, choć Ci w wielu chwilach zapewne pomogła znacznie, jednak nie jest typem osoby na żonę dla artysty tego pokroju, co Ty. Nie chciałem nigdy tego Ci mówić, ale jednak przed samym Twoim ślubem, a potem jeszcze raz, gdyśmy byli sami w Warszawie, mówiłem Ci o tym, nie chcąc jednak mieszać się nigdy w cudze sprawy, nawet najbliższych przyjaciół. Decydującym momentem tych moich wrażeń było, gdy kiedyś Scarlett u mnie, będąc z Tobą, powiedziała, że <<Andrzej ciągle gra  na fortepianie.” Był to rodzaj wymówki, czy czegoś w tym sensie, zapewne że nie chodzisz z nią dosyć po lokalach- choć, jakie tu niby są lokale? Ona wymagałaby jakiegoś powierzchownego w gruncie rzeczy Twojego sukcesu, po finansowy włącznie, ale z możliwie małą ilością pracy i zajętego czasu z Twojej strony, i to uważałem za najgorszą stronę tego pożycia- nie wglądając, rzecz jasna, w inne.”[27]

Najwyraźniej Scarlett miała jakąś nadzwyczajną słabość do Polaków, bowiem aż czterech z jej pięciu mężów było Polakami. I tak poślubiła kolejno:

1. Jana Zakrzewskiego – oficera armii gen. Andersa, ślub w 1945r.

2. Kazimierza vel Mieczysława Piotrowskiego[28] – pisarza, tłumacza i pracownika ówczesnego Ministerstwa Oświaty, ślub w 1948r.

3. Adolfa Rudnickiego- pisarza, ślub w 1950r.

4. Andrzeja Panufnika, ślub w 1951r.

5.Wyszła za Włocha o nieznanym nazwisku, ślub w 1959r.

Wszystko wskazuje na to, że z ostatnim mężem była aż do swej śmierci w 1983r, jest też wzmianka o tym, że mieli córkę.

,,Przywiózł ją do Polski pisarz Mieczysław Piotrowski, od którego szybko odeszła. Związała się z Adolfem Rudnickim. W jaki sposób nakłoniła urodzonego starego kawalera do małżeństwa, pozostaje tajemnicą. […] Rudnicki śmiertelnie bał się stałego związku, ale potrzebował stałej opieki. Skarżył się wtedy Irenie Szymańskiej[29], że małżeństwo wiele kosztuje. Mówił, jak to on, półszeptem, przeciągając czasami samogłoski: <<Ireeena, ona chce codziennie jeść śniadanie>>.[…]Scarlett rozwodzi się z nim i wychodzi za kompozytora. (Juliusz Żuławski, sąsiad[30] Rudnickiego pamiętał, że Adolf prosił go, aby na rozprawie rozwodowej świadczył na jego korzyść, ale się nie zgodził). Z dziennika Adolfa wynika, że […] żona Panufnika, często kontaktowała się z nim i nawet mu się zwierzała, jak jest jej ciężko. Ten związek od początku był nieudany”.[31]

Powróćmy jednak ponownie do Andrzeja…

Plan wyjazdu- ucieczki

Właściwie już w 1949r. po zjeździe kompozytorów w Łagowie, Andrzejowi zaświtała myśl o opuszczeniu kraju, jednak tym, co go trzymało w ojczyźnie najmocniej, była synowska miłość i poczucie powinności opieki nad chorym ojcem.

W 1954r. Panufnik zaczął się już coraz mocniej zastanawiać nad opuszczeniem kraju. Kroplą, która przelewała czarę goryczy było wezwanie go do gabinetu komunistycznego kacyka – towarzysza Ostapa Dłuskiego, wyższego funkcjonariusza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który zażądał, by Panufnik napisał do swych przyjaciół – muzyków mieszkających na emigracji, listy, które miałyby nakłonić ich do pewnego rodzaju zwierzeń, by w konsekwencji  zostać w zależności od poglądów politycznych, wykorzystane przez Moskwę przeciw samym ich autorom.  Andrzej nie chciał być w tę mistyfikację i zastawianie pułapek na bliskich Mu ludzi, uwikłany.

Zdaje się, że w jego umyśle  decyzja o emigracji,  już nie tylko zakiełkowała, ale wręcz zapadła. Scarlett początkowo myślała, że Andrzej żartuje. Sama nie miała najmniejszej ochoty opuszczać kraju, w którym mieszkała już 8 lat, w którym dobrze się czuła i gdzie miała grono przyjaciół i adoratorów. A jednak widząc, jak bardzo Andrzej  dusi się w komunistycznym gęstniejącym sosie, uległa jego namowom wyjazdu, a nawet zgodziła się pomóc w zorganizowaniu jego ucieczki.

Klamka zapadła i na zmianę decyzji nie wpłynął nawet fakt, że władze w swej pozornej i zakłamanej pseudoszczodrości przekazały Andrzejowi duże mieszkanie w centrum Warszawy, by miał gdzie przyjmować zagranicznych gości i być propagandowo -pokazową kukiełką, pokazującą, jak to ludziom dobrze w komunistycznej ojczyźnie. To co miało być przynętą i marchewką, okazało się kijem. Nie chciał i nie zamierzał być dłużej marionetką w rękach komunistów.

Tak się złożyło, że ojciec Scarlett mieszkający na stałe w Londynie, zachorował i właśnie pod pretekstem odwiedzin, Scarlett opuściła kraj jako pierwsza. Na prośbę męża skontaktowała się z mieszkającymi od lat na Zachodzie jego przyjaciółmi – pianistą Witoldem Małcużyńskim oraz kompozytorem Konstantym Regameyem, a ci zgodnie z przedstawionym im planem, postarali się o załatwienie Panufnikowi zawodowego zaproszenia na Zachód, i to takiego, na którego propagandowy lep złapałyby się komunistyczne władze. Andrzej otrzymał zaproszenie do Zurychu, by dyrygować tamtejszą Orkiestrą Symfoniczną oraz zaprezentować polską muzykę współczesną.

Do walizki spakował tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy: ,,wszystkie swoje partytury, batutę dyrygencką, trzy koszule, trochę bielizny, trzy pary skarpetek, szczoteczkę do zębów i maszynkę do golenia”.[32]

Z takim skromnym bagażem udał się na emigrację, by rozpocząć całkiem nowe życie.

Wieść o ucieczce z komunistycznej Polski, czołowego jej kompozytora Andrzeja Panufnika odbiła się szerokim echem w świecie. Krążyły o niej nawet dowcipy:

,,Jaki jest tytuł najnowszego utworu Panufnika? Fuga na organach bezpieczeństwa”.

,,Pan-ów-znikł”

W kraju Związek Kompozytorów Polskich wydał wówczas komunikat, przez Andrzeja nazywany nawet nekrologiem, następującej treści:

,,W lipcu br.[przy.red.1954] Andrzej Panufnik zerwał więź łączącą go z narodem polskim, pozostając za granicą i wyrzekając się obywatelstwa polskiego. W ten sposób zdradził swój kraj i naród oraz sprawę, o którą walczą wszyscy artyści i kompozytorzy polscy”.[33]

Rozpowiadano także (propaganda szeptana), że wyjechał dla pieniędzy i sławy, co w obliczu jego pierwszych trudnych emigracyjnych lat, gdy nie miał złamanego grosza nawet na jedzenie, wydaje się ponurym i raczej gorzkim żartem.

Od tamtej chwili nazwisko Panufnik zostało w Polsce objęte ścisłą cenzurą, a on sam stał się personą non grata.

Anglia

Życie na emigracji

Sam Panufnik o swoim ,,przepołowionym życiu” powiedział tak: ,,Mimo mego brytyjskiego paszportu uważam się za Polaka i podkreślam to przy każdej okazji w wypowiedziach publicznych w Anglii, czy gdzie indziej za granicą. A przede wszystkim świadczy o tym moja muzyka.”[34]

I rzeczywiście do końca swoich dni był ,,czuły na polskość”,  swoje odzwierciedlenie w jego muzyce mają niemal wszystkie istotne dla Polski wydarzenia – historyczne, religijne i ludowe: suita ,,Polonia”, ,,Sinfonia sacra” z motywem Bogurodzicy (powstała z okazji tysiąclecia chrztu Polski), ,,Epitafium Katyńskie”, ,,Sinfonia votiva” (ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej) oraz “Koncert fagotowy” (ku pamięci ks. Jerzego Popiełuszki).

Pierwsze trudne lata

Myślę, że najlepiej będzie ponownie oddać w tym miejscu  głos samemu Andrzejowi: ,,Kiedy wymknąłem się spod <<opiekuńczych>> skrzydeł terroru stalinowskiego, wpadłem od razu w sidła innego terroru – estetycznej natury, swoistego stalinizmu zachodnioeuropejskiego: muzyki II Szkoły Wiedeńskiej i Darmstadtu, bezwzględnie preferowanej przez BBC. Jestem wszakże kompozytorem niezależnym, nie lubię kopiować cudzych  reguł. Za to oczywiście się płaci. Przeżyłem bardzo trudny okres, ale pozostałem sobą”.[35]

Przyjaciółka

Windome Ward – przyjaciółka Andrzeja poznana w 1959r. Nie była to może jakaś wielka miłość, ale pewnego rodzaju cicha, spokojna przystań, jakiej potrzebował po burzliwym życiu i rozwodzie ze Scarlett. Była w niej, jak sam wspominał jakaś melancholia, którą zawsze dostrzegał również u siebie. Najbardziej podobał mu się chyba jej świetlisty, szeroki uśmiech. Rozumieli się, oboje byli po przejściach, jej ukochany narzeczony zginął w wypadku, a Andrzej właśnie uzyskał rozwód. Windome była związana ze sztuką, prowadziła bowiem galerię obrazów i rzeźb. To uczucie oparte było przede wszystkim na przyjaźni, od której zaczęła się ich znajomość oraz na poczuciu ogromnej niezależności obojga. Niestety Windome Ward nie dane było długo cieszyć się życiem, wkrótce zachorowała na nowotwór i zmarła, pozostawiając Andrzeja w rozpaczy i  poczuciu, że widocznie nie jest i już nie będzie mu dane, zaznać bliskości i ciepła drugiego człowieka.

Na szczęście nie okazało się to być prawdą, ale nie wyprzedzajmy faktów.

Pierwsze sukcesy

,,Symfonia Sacra” ukończona w marcu 1963r., otrzymała I nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim w Monaco i zdaje się, że odmieniła los kompozytora. Bowiem oprócz prestiżu wiązała się też z zastrzykiem finansowym, jej wysokość wynosiła-10.000fr.

Camilla Jessel Panufnik

Cokolwiek chcieć by napisać o tej Kobiecie, zawsze zabrzmi albo zbyt banalnie, albo za miałko, bo jak opisać Anioła? Jak opisać Osobę, u której przez blisko 30 lat wspólnego życia, Andrzej nigdy nie znalazł nie tylko wad (których najprawdopodobniej jest pozbawiona), ale choćby najmniejszych rys charakteru czy osobowości. A dodatkowo przy tak niebotycznych przymiotach duszy, jest równocześnie niewypowiedzianie, zjawiskowo piękna zewnętrznie.

To z całą pewnością najpiękniejsza, najbardziej niezwykła i jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Anglii.

Niedowiarków odsyłam do zamieszczonych w Internecie jej zdjęć, zaś zaintrygowanych postaram się przekonać, przywołując jej działania na wielu płaszczyznach.

Najtrafniejszym byłoby chyba porównanie jej do opiekuńczego, dobrego ducha, dla którego szczęście Andrzeja było synonimem własnego. Najpierw została przyjęta jako sekretarka, czy raczej asystentka, by odpowiadać po angielsku na liczne listy, które otrzymywał. Potrzebował w tym wsparcia, gdyż ciągle jeszcze nie czuł się wystarczająco mocny w konwersacji (zwłaszcza pisemnej) w tym obcym mu przecież języku. A listów z propozycjami koncertów, z zamówieniami, z zaproszeniami, których przychodziły tysiące, i był nimi zasłany cały pokój, nawet nie otwierał. Pomoc Camilli w tym względzie okazała się zatem zbawienna.

Ich znajomość i obopólna fascynacja rozkwitała. Camilla wszędzie woziła Andrzeja swoim małym niebieskim autkiem, gotowała im, dbała o jego spokój, i nim się spostrzegli, nie umieli już bez siebie żyć.

Andrzej zdając sobie sprawę zarówno z tego, że jest od Camilli o dwadzieścia trzy lata starszy, jak również pamiętając o obietnicy, którą złożył samemu sobie (po rozwodzie), że już się nigdy więcej nie ożeni, obawiając się również swej nadal niestabilnej sytuacji finansowej,  długo bił się z myślami i chyba próbował zwalczyć w sobie to rozkwitające uczucie; jednak bezskutecznie. Oboje byli już mocno zaangażowani.

Pobrali się 27.11.1963r. w Caxton Hall.

Tuż po ich ślubie maestro Leopold Stokowski powiedział do Camilli wskazując palcem na Andrzeja: ,,Musisz dbać o tego mężczyznę – to geniusz”.[36]

Angielska rodzina Camilli niezwykle majętna i wpływowa, przyjęła go  bardzo serdecznie, co zważywszy na to, że swojej właściwie nie posiadał, od początku go ujęło.

W prezencie ślubnym od rodziców Camilli otrzymali rezydencję w Twickenham (pod Londynem) wraz z cudownym ogrodem ciągnącym się aż do brzegów Tamizy, nad którą rosły przepiękne wierzby.

Była to osiemnastowieczna posiadłość utrzymana w stylu gregoriańskim, po której ogrodzie być może, na co wskazują stare, archiwalne  dokumenty, spacerował sam Chopin. To zdawało się być dla Andrzeja idealne miejsce do życia i komponowania.

I tu powinnam zacząć wyliczać podyktowane zapewne miłością, cudowne zachowania i uczynki pani domu.

Kiedy jeszcze trwał remont, Camilla zadbała o to, by w pierwszej kolejności wyremontowano i przekształcono w pracownię, stare stajnie i wozownię, tak by Andrzej miał swoje odosobnione miejsce poza domem, w którym mógłby komponować i tworzyć.

Zapytała go też za czym tęskni najbardziej, a gdy w odpowiedzi usłyszała, że za polskim lasem, natychmiast posadziła sosny przed jego pracownią, które choć są w Anglii mało popularne, znakomicie się tam przyjęły, tworząc z biegiem lat mały lasek.

Wiernie i wszędzie Andrzejowi towarzyszyła, zarówno w podróżach prywatnych, jak i służbowych. Zawsze wyręczała go też w otwieraniu korespondencji i odbieraniu telefonów, czego on robić po prostu nie znosił.

A co ciekawe, równolegle rozwijała również własną karierę. Była korespondentką (przywoziła relacje z wielu krajów świata, szczególnie te dotyczące sytuacji dzieci w najbiedniejszych zakątkach globu), fotografką, autorką książek dla dzieci (napisała ich aż 27). I nie zaprzestała pracy nawet wtedy, gdy na świecie pojawiły się jej własne dzieci.

Roxanna i Jimi

Kiedy 24.04.1968r. urodziła się Roxanne Andrzej szalał ze szczęścia, ale i z niepokoju. Gdy była mała, budził ją by sprawdzić, czy oddycha. Po przeżytej wcześniej traumie, trudno Mu się dziwić. Długo w ogóle nie chciał mieć dzieci.

Podobno Roxanne już jako niemowlę lubiła muzykę i dobrze czuła się  nawet w głośnych salach koncertowych, a budziła się z płaczem dopiero, gdy nastawała cisza. Widać muzykę miała w genach. Zamiłowanie do muzyki  właściwie przepowiedział jej ojciec chrzestny – Leopold Stokowski, a ona pokładanych w niej nadziei- nie zawiodła.

Jako dziecko grała na skrzypcach, później również na flecie i fortepianie oraz śpiewała w chórze.

O Pani Roxannie można śmiało powiedzieć, że urodę odziedziczyła po mamie, zaś talent muzyczny po ojcu. Podobnie jak Andrzej jest znaną w Anglii kompozytorką, która wiele już w tej dziedzinie osiągnęła.

Kiedyś bardzo ją denerwowało, gdy profesorowie na uczelni nazywali ją ,,małą Panufnik” lub pytali, czy ojciec pomagał jej w kompozycji.

Narzekała wtedy, że: ,,również koledzy ze studiów mówili, że ma niesprawiedliwą przewagę, bo gdy ludzie zobaczą Jej nazwisko na partyturach, potraktują je bardziej poważnie. Wszystko to spowodowało, że dostała niezłej paranoi na temat nepotyzmu i martwiła się ogromnie, czy rzeczywiście sama w sobie  jest dobrą kompozytorką”[37]

Andrzej był przeciwny dwujęzyczności dzieci i nie chciał, by uczyły się polskiego, zapytany o przyczyny takiego poglądu, odpowiadał: ,,Uważam, że wychowanie dzieci w duchu podwójnej narodowości prowadzi do ich wewnętrznego rozdarcia”.[38]

Mimo takiego stanowiska Andrzeja, Roxanna czuje się Polką i (podobnie jak Jej matka  Camilla) ciągle uczy się naszego języka, doskonaląc go.

Na dwa dni przed śmiercią Andrzeja, Roxanna odbyła z ojcem ważną rozmowę, zapytała go wtedy, czy boi się śmierci, na co odpowiedział: ,,Nie, nikogo nie skrzywdziłem, nie zgrzeszyłem.”[39] Podczas tej samej rozmowy padło również z jej ust pytanie: ,,czy będzie przesyłał Jej trochę muzyki z nieba, i obiecał, że to zrobi. I czasami rzeczywiście czuje Jego obecność, kiedy komponuje.”[40]

Jeremy Jem Panufnik ur.16.06.1969r. vel Jem Stone (pseudonim)

Uważa się trochę za czarną owcę w rodzinie, ponieważ nie zajmuje się muzyką klasyczną, interesuje go natomiast muzyka klubowa (był dj-em), taneczna i elektroniczna oraz grafika. Wystąpił w filmie Krzysztofą Rzączyńskiego: ,,Ojciec zza żelaznej kurtyny|”, gdzie opowiadał o swoim tacie. Ma w planach remiksowanie i samplowanie muzyki Andrzeja Panufnika.

Razem z żoną Mischą: ,,zajmują się tworzeniem animacji cyfrowych i spędzają mnóstwo czasu miksując wizualizacje z muzyką.”[41]

Nadal mieszka w rodzinnym domu w Twickenham z żoną i dwoma synami.

Królowa, Sir i sen matki

Kiedy nadeszła pocztą szara koperta, Panufnikowie początkowo sądzili, że jest w niej rachunek za światło. Po jej otwarciu pomyśleli  natomiast, że ktoś robi sobie z nich żarty, zawiadamiając o nadaniu Andrzejowi przez królową Elżbietę II szlacheckiego tytułu Sir. Wiadomość tę należało zgodnie z klauzulą utrzymać w tajemnicy przez 2 miesiące, co też zrobili, nadal jednak nie dowierzając w jej wiarygodność.

Jadąc już do pałacu, ubrany w wytworny (choć wypożyczony) smoking, Andrzej nagle przypomniał sobie niezwykły, proroczy sen swojej matki, w którym to, widziała syna jadącego z wizytą do królowej. Gdy o tym opowiadała, cała rodzina bardzo się z tego śmiała, zwłaszcza, że na tronie zasiadał wtedy król.

Andrzej jest jedynym polskim artystą uhonorowanym w ten sposób i jedynym, który jak przystało na polskiego dżentelmena, ucałował rękę bardzo tym zaskoczonej, ale uśmiechniętej, królowej Elżbiety II.

(jedyna) wizyta w Polsce po 36 latach

Panufnik od czasu opuszczenia kraju w 1954r. przyjechał do Polski tylko ten jeden jedyny raz we wrześniu 1990r., czyli na rok przed śmiercią, co nadaje tej wizycie jakiś dodatkowo symboliczny wymiar.

Był wprawdzie zapraszany już wcześniej, ale postanowił, że nie postawi nogi na polskiej ziemi, dopóki nie będzie ona w pełni wolna i suwerenna. Uznał, że po pierwszych wolnych wyborach, nastał wreszcie ten czas.

Przybył na zaproszenie organizatorów cyklicznego międzynarodowego konkursu ,,Warszawska Jesień”.

Na płycie lotniska witano go kwiatami i oklaskami, jako gościa honorowego. W hali portu lotniczego czekała natomiast orkiestra dęta, która najpierw wykonała utwór Panufnika ,,Pean” skomponowany przez Andrzeja, dla królowej matki z okazji jej 80-tych urodzin oraz specjalnie skomponowany na cześć przyjazdu Mistrza przez Krzesimira Dębskiego, utwór będący połączeniem popularnych polskich i angielskich melodii.

Andrzej niecierpiący oficjalnych wystąpień (te zawsze kojarzyły mu się z komunistycznymi naradami i manipulacjami), odczytał wcześniej przygotowane przemówienie, ponieważ nie zamierzał więcej ani zabierać głosu publicznie, ani tym bardziej udzielać wywiadów dziennikarzom. Powiedział wtedy: ,,Z jakimi uczuciami i myślami wysiadam z samolotu i dotykam ojczystej ziemi? Dominują oczywiście: wzruszenie i radość, ale mieszają się z nimi także: lęk i świadomość, że czekają mnie tu nie tylko przyjemne spotkania, ale i poważna praca; dwa moje koncerty na <<Warszawskiej Jesieni>>. Lęk wiąże się nie tylko z wysiłkiem, jaki mnie czeka, lecz także z powrotem do różnych bardzo mi bliskich osób i  miejsc… Większość tych osób już nie żyje, a miejsca przypominają bolesne chwile z czasów okupacji i powstania warszawskiego.

Opuściłem kraj- ze względów politycznych- 36lat temu. Ale opuściłem Polskę komunistyczną, a wracam do wolnego kraju. Do takiej Polski, której nigdy bym nie opuścił, gdyby istniała w roku 1954.Taką właśnie Polskę nosiłem w sobie przez tych 36 lat. A o tym, że tak było naprawdę, świadczy moja twórczość pisana poza Polską. Mimo moich uczuć związanych z krajem adoptowanym, Anglią-pozostałem polskim kompozytorem”.[42]

Polska była wtedy dopiero od niedawna krajem demokratycznym i Polacy ciężko odczuwali tę transformację. Zastał i zapamiętał więc nasz kraj, trochę jako krainę ludzi smutnych i zmęczonych.

Hotel ,,Victoria”, w którym mieszkał wraz z rodziną po przylocie do Warszawy, stał niemal dokładnie na miejscu dawnego przedwojennego kabaretu ,,Sztuka i Moda”, gdzie wykonywał podczas wojny słynny duet fortepianowy wraz z Witoldem Lutosławskim.

Był zresztą podczas tej wizyty (wraz z Camillą) gościem w domu państwa Lutosławskich. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie Andrzej poznał ze sobą Danutę (siostrę znanego pisarza Stanisława Dygata, u którego czasowo Andrzej wtedy pomieszkiwał) ze swym przyjacielem jeszcze z czasów konserwatorium, Witoldem.

Andrzej wybrał się też na spacer do Łazienek, gdzie jako dziecko bywał z babcią Henryką, i na Rynek Starego Miasta, gdzie niestety doszło do niemiłego incydentu. Do spacerujących trzech Andrzejów: Panufnika, Kurylewicza (muzyka) i Papuzińskiego (reżysera) ,,podszedł jakiś wyrostek- może narkoman- z błędnym wzrokiem i wyraźnie złymi zamiarami, widząc, że mam puste ręce [przyp. red. powiedział Panufnik], zaatakował Andrzeja Kurylewicza, wyrywając mu butelki z wodą mineralną, które z hukiem rozbiły się o bruk. Grupa obserwatorów tego incydentu przypatrywała mu się biernie, zapewne w oczekiwaniu sensacji”.[43]

Andrzej odwiedził też  rodzinny grób na Powązkach, gdzie ucałował kamienną płytę.


zdjęcie arch. włas. autorki

Udał się również na ulicę ks. Skorupki 14 (w latach 1949-1989 noszącą nazwę Sadowa), gdzie przed wojną stał rodzinny dom Panufników, na miejscu którego, stoi dziś szkoła. Odwiedził też dom swoich dziadów na Mokotowie przy ul. Morskie Oko 2 (dawniej Puławska 55/57), gdzie obecnie ma swą siedzibę Warszawskie Towarzystwo Muzyczne, ale i to było rozczarowaniem, bo choć pałacyk się ostał, to jego wygląd dalece odbiega od tego, jakim go zapamiętał Andrzej. Powojenna odbudowa w duchu socrealizmu.

Wszyscy mieli nadzieję, że Panufnik zgodnie z planami  i własną zapowiedzią, przyjedzie ponownie do Polski wiosną 1991r., jednak pogarszający się stan zdrowia, już na to nie pozwolił.

Choroba, śmierć, pogrzeb

Andrzej Panufnik zachorował na nowotwór kręgosłupa. O tym jak bardzo był chory nie wiedział nikt poza jego żoną Camillą, nawet dzieciom zdecydowali się powiedzieć dopiero wówczas, gdy jego odejście zdawało się być już przesądzone i nieuchronne.

Wcześniej muzycy obserwując Jego przejście na dietę wegetariańską, uznawali je za rodzaj ekscentrycznego wyboru, absolutnie nie za konieczność podyktowaną chorobą. Do końca wyglądał bowiem młodo, i niemal do ostatnich dni komponował.

Andrzej Panufnik zmarł w swoim domu w Twickenham pod Londynem otoczony najbliższymi ,,w niedzielę 27.10.1991r o godzinie 8.22 rano, po kilkuletniej walce z ciężką chorobą.”[44]

Pogrzeb zaś odbył się 5.11.1991r. i zgodnie z ostatnią wolą zmarłego wyrażoną w testamencie, ceremonie pogrzebowe odbyły się w kościele St. Mary the Virgin. Rozpoczęły się o 13.00 wykonaną na organach pieśnią Bacha ,,Przybądź Zbawco pogan” oraz kilkoma innymi w tym pieśnią: ,,Pan jest moim pasterzem”. Przemówienie wygłosił szwagier zmarłego, brat Camilli-Toby Jessel (wówczas poseł do Izby Gmin i delegat do Parlamentu Europejskiego). W dalszej części nabożeństwa wykonywano utwory skomponowane przez Andrzeja, jak również jego córkę Roxannę. Po polsku zaśpiewano: ,,Modlitwę do Matki Boskiej Skępskiej” napisaną przez przyjaciela- poetę Jerzego Pietrkiewicza, a wykonaną  przez brytyjską sopranistkę Nicolę Kent.

Z jeziora na jezioro,
z kępy na kępę,
pogańskie Skępe,
aleś ochrzciła je uśmiechem,
Panno pochylona nad grzechem

Na obraz i podobieństwa,
czekającego dziewczęcia,
wywiodło Cię doczesne dłuto,
iżby nawet z drewnianego poczęcia
wióry cudu padały w pokutę.

Aniele Stróżu mój –
którego nie znam z twarzy ni z imienia.
Ty zawsze przy mnie stój
na urwistą odległość sumienia.[45]

O ile uroczystości żałobne w kościele miały charakter oficjalny i niejako publiczny, o tyle  ceremonia na cmentarzu odbyła się w malutkim gronie najbliższej rodziny i przyjaciół. Uczestniczyło w niej także trzech księży- polski ksiądz Paweł Jasiński i dwóch kapłanów brytyjskich (kościoła katolickiego i anglikańskiego).

,,Nieprzewidzianym epizodem muzycznym był śpiew ptaka, ukrytego pośród listowia starego miłorzębu, rosnącego w pobliżu nowego grobu”.[46]

Całą tę relację przytaczam za Tadeuszem Kaczyńskim obecnym na uroczystości, który w symbolicznym geście przywiózł ziemię z warszawskich Powązek, a dokładnie zza grobowca rodzinnego Panufników, i posypał nią trumnę. Z tamtego dnia zapamiętał też sosnowo lub świerkowo – jarzębinowy krzyż  ułożony przez Wandę Warską.

Nazajutrz po pogrzebie pan Tadeusz raz jeszcze wybrał się z wdową i jej synem na cmentarz w Richmond, by pomóc w porządkowaniu kwiatów. ,,Zebraliśmy trochę żółtych liści miłorzębu rosnącego [przyp. red. nie]opodal. Camilla nazwała go <<arbor cosmica>>. Powiedziała, że jest to jedno z najstarszych drzew rosnących na naszym globie, w związku z czym jego liście nie mają jeszcze wykształconej osadki. Są bardzo krótkie i swoim kształtem przypominają serce”.[47]

Myślę, że może właśnie tak drzewa odwdzięczają się Panufnikowi za to, że kochał je wiernie i niezmiennie przez całe życie.

Według mnie, w Andrzeju nawet gdy jeszcze mieszkał w komunistycznej Polsce, było coś światowego. Nawet jego zachwyt kuchniami świata, był niespotykany w tamtym czasie. Nieszczęsny pobyt w Chinach, do którego właściwie został zmuszony przez władze, wspominał pod względem kulinarnym bardzo pozytywnie: ,,pewną pociechę stanowił fakt, że zaszczytny obowiązek uczestniczenia w mnóstwie bankietów dawał okazję do rozkoszowania się chińską kuchnią. Podczas uroczystych kolacji[…] byliśmy oczarowani symfonią smaków: genialni kucharze przyrządzali wyszukane dania z miejscowych mięs, ryb i nieskończonej rozmaitości egzotycznych jarzyn. Czasami podejmowano nas trzydziestoma małymi daniami, a każde z nich było arcydziełem odurzającym zmysły cudownymi zapachami, sposób podania zaś cieszył oczy niemal tak samo, jak ich smak podniebienie.”[48]

A kiedy studiował w Wiedniu, jego najlepszymi przyjaciółmi było tam japońskie małżeństwo: Hisatada i Misao Otaka, których kuchnia również go zauroczyła: ,,Po odrobieniu zadanej lekcji Misao w nagrodę za naszą ciężką pracę gotowała pyszną kolację ze znakomitych jarzyn japońskich, ryb i innych specjalnych składników przysyłanych jej przez rodziców bezpośrednio z Tokio.”[49]

To już samo w sobie, nie mówiąc rzecz jasna o Talencie- przedstawia  Go obok Chopina, jako Obywatela Świata.

I jak napisała Jego żona Camilla: ,,Oczywiście kompozytor nie umiera. Jego kompozycje sprawiają, że wciąż żyje”.[50]

Odsyłam zatem Państwa najuprzejmiej do muzyki Andrzeja Panufnika, pozostając pod urokiem ,,Symfonii Sacra”.


[1] Tego określenia używa zarówno Tadeusz Kaczyński w książce ,,Andrzej Panufnik i jego muzyka”, jak i autorka opracowań wszystkich trzech tomów ,,Korespondencji Andrzeja Panufnika i Zygmunta  Mycielskiego” – Beata Bolesławska Lewandowska.

[2] Informacja ze strony Filharmonii Pomorskiej

[3] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 1994, s. 51

[4] Tamże,s.175

[5] Tamże, s. 21

[6] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.252

[7] Tamże, s. 119

[8] Tamże,s.122

[9] Tamze,s.124

[10] Tamże, s.140

[11] Tamże,s.143

[12] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s. 60

[13] Z. Mycielski, A. Panufnik, Korespondencja cz 1: lata 1949-1969,t.I,s.10

[14] Tamże, s. 44

[15] https://www.zpap.wroclaw.pl/panufnik-dworska-ewa

[16] Obory-dawny dworek arystokratycznych rodów: Oborskich, Wielopolskich, Potockich i jako ostatnich Potulickich. Słynna anegdota głosi, że  podczas otwarcia tam Domu Pracy Twórczej, gdy Iwaszkiewicz zaczął swoje przemówienie słowami: ,, Opowiem wam historię tego pałacu…”, z miejsca przerwał mu Słonimski dodając: ,, Co tu dużo gadać, prawda jest taka, żeście ten pałac ukradli Potulickim”.

[17] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.244

[18] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 19994, s.148.

[19] M. Zimińska – Sygietyńska, Nie żyłam samotnie, Warszawa 1988, s.234.

[20] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.258

[21] Przypuszczam, że mogło chodzić o Krystynę Tarnowską – Konarek, z którą byli zaprzyjaźnieni, jednak pozostaje to w kwestii domniemań, ponieważ w książce nie pada nazwisko.

[22] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.244

[23] Tamże, s.268

[24] https://wydawnictwoproby.pl/kim-byla-scarlett-panufnik/

[25] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 1994, s.203

[26] Z. Mycielski, A. Panufnik, Korespondencja cz1: lata 1949-1969,t.I,s.19

[27] Tamże,s.54

[28] Beata Lewandowska-Bolesławska podaje imię Kazimierz– https://wydawnictwoproby.pl/kim-byla-scarlett-panufnik/, natomiast: Tomasz Jastrun [w] Dom pisarzy w czasach zarazy, Warszawa2020,s.126, podaje imię Mieczysław.

[29] Irena Szymańska- tłumaczka literatury (z francuskiego i angielskiego), pisarka  i dziennikarka.

[30] Scarlett i Adolf Rudnicki mieszkali w Warszawie przy ul. Iwickiej 8A, w mieszkaniu nr 7 na pierwszym piętrze.

[31] T. Jastrun, Dom pisarzy w czasach zarazy, Warszawa2020, s. 126

[32] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.280

[33] Tamże, s. 290

[34] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 1994, s.66

[35] Tamże, s. 87

[36] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.425

[37] B. Bolesławska-Lewandowska, Panufnik Architekt emocji, Kraków 2014, s. 49

[38] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 1994, s. 10

[39] B. Bolesławska-Lewandowska, Panufnik Architekt emocji, Kraków 2014, s. 58

[40]Tamże, s. 52

[41] Tamże, s. 225

[42] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 1994, s. 74

[43] Tamże, s. 98

[44] Tamże, s. 102

[45] http://bernardyniskepe.com/index.php/modlitwa-do-matki-boskiej-skepskiej

[46] T. Kaczyński, Andrzej Panufnik i jego muzyka, Warszawa 1994s.105

[47] Tamże, s.105

[48] A. Panufnik, Autobiografia, Warszawa 2014, s.263.

[49] Tamże, s.88.

[50] Tamże, s.446

Skip to content