Matka Boska Śnieżna lubiła rozmawiać z mgłą, która raz była, a raz jej nie było.
Jakby trzymała się świata tylko opuszkami palców. A czasem się z niego wyślizgiwała. Może nie było nic stałego po tej stronie. Każdy liść przemijał, kurczył się w sobie, choć wcześniej miał zielono w głowie. I cały świat przed sobą. Wędrował ścieżkami ziemi i nieba. Za kluczem mrówek lub ptaków.
Siedziała na ławeczce. Góry wynurzały się jak fale morskie. Jedna po drugiej. Obrośnięte zielonością. Myślała o ludziach, którzy byli daleko. W swoich pudełkach po zapałkach.
Jesień była pękata, pachniała czymś obcym, a zarazem bliskim. Śmiercią. Ale ona odsuwała taką myśl. Bo była zbyt ciężka. Wolała zapach ciasta ze śliwkami.
Oraz modlitwę, z której wystawały kłujące świerkowe igły i grzbiety kamieni.
Śmierć nie pozostawi po sobie żadnego okruszka.