+48 736-84-84-44

Piach przesypuje się po wydmach, uchodząc ukradkiem w dolną komorę klepsydry.

W bańkę nieba strzelają z piasku segmentowane wieże – czerwie, które postawiono na sztorc nerwotrutką i przedrążono jak gniazda termitów, łącząc naprzeciwległe otwory łukowatymi odroślami oskórka.

Miasto łupieżców.

Iwo przemyka po pałąku rozpiętym między czerwiami. W uszach świszczy mu szalejący wysoko nad pustynią wiatr. Dotarłszy na drugą stronę mostku, młodzieniec rzuca okiem przez ramię – pusto. Zerka jeszcze wzwyż na podniebny portal, w którego mglistej obręczy znika wierzchołek najokazalszej z żywych wież.

W tym właśnie momencie krąg drży; w ułamku sekundy parokrotnie ścieśnia się i rozpręża w obwodzie. Iwo mruga, przeciera powieki – patrzy na stabilny znów portal. Z niepokojem wypisanym na twarzy przechodzi w końcu przez ocieniony chitynowym niby-pnączem próg.

Wnętrze czerwia tonie w różowawym półmroku. Iwo zagłębia się w labirynt wykrojony w spiętrzonych pierścieniach mięśni; nabłonek mlaszcze cicho pod krokami jego bosych stóp. Z wnęk, które chirurdzy rozdęli między włóknami, dobiegają przytłumione jęki wydanych im jeńców.

Przy podłodze snują się pasma kadzidlanego dymu, w powietrzu pachnie piżmem. Iwo przystaje na moment, by ostrożnie odchylić ze ściany płat tkanki i zajrzeć do schowanej za nim pracowni.

Chirurg drapie się w zamyśleniu po srebrzystym silikonaskórku policzka; drobinki złuszczonego krzemu łapią światło zatkniętej w sklepieniu lampy. Obserwuje, jak pełzać przed nim próbuje – bijąc przy tym głucho o sztuczny kamień stołu – przesadnie ukrwiona, zebrana w kalafior muskulatura. Iwo wpatruje się w pulsujący twór. Przesuwa wzrokiem po szerokim blacie; w równym rządku leżą tam sadzonki gruczołów, które chirurg zaszczepi między różyczkami muskułów. Pozostanie tylko oblec je potliwą skórą…

Iwo bezgłośnie opuszcza płat tkanki na miejsce.

Bacząc, by pozostać niezauważony, mija kolejne laboratoria. W miarę jak zbliża się do czerwiowego rdzenia, zapachy rozrzedzają się, aż wreszcie nikną w jednolitej, flakowatej woni.

Kryjówka jest niedaleko.

X

W komnacie, której miedzianych ścian nie widać już prawie spod złogów dzikiego mięsa, panuje duchota; grzeje przepleciona z bezkształtnym ciałem aparatura, szumią pompowane płyny, pracują tłoki.

Poprowadzone pod sufitem kable zbiegają się w lejkowatym stelażu, skąd unoszą w powietrzu żebrowany sarkofag.

Pod sarkofagiem staje chirurg. W dłoni ma rzeźbioną w taneczne figury misę. Wolną ręką grzebie u spodu sarkofagu i wyciąga zeń wężyk, którym z sykiem spuszcza do misy czarną, parującą wodę. Napełniwszy naczynie, skłania głowę i oddala się; w drodze do wyjścia z jednakim szacunkiem przestępuje przewody oraz płożące się mięso.

Gdy właz zamyka się za nim zgrzytliwie, innymi drzwiami wkraczają do środka archonci – przybywają, by radzić nad następną inwazją, którą przypuszczą przez portal.

Zwróceni twarzami do sarkofagu, szemrają między sobą w półkolu. Ten szczerzy zęby, ów zaciera dłonie, ale wszyscy poważnieją na wieść, którą z podwieszonej trumny wygłasza zamknięty w niej demiurg, cedząc przez kratkę przyłbicy ostrzeżenie:

– Brama…jest…rozchwiana.

X

Iwo przedziera się przez kosmkową łąkę.

Grube, gumowate wypustki sięgają mu do ud; każdy krok wymaga wysiłku. Mocno odgięte pod jego ciężarem kosmki uderzają w siebie nawzajem z donośnym plaskiem, kiedy wracają do neutralnej pozycji.

Jedynym źródłem światła na tej głębokości jest grzyb, który wykształcił żywolśnienie w wyniku eksperymentu chirurgów, a następnie zdziczał, rozpościerając się olbrzymimi dywanami po zwiotczałych organach trawiennych czerwi.

Młodzieniec dociera w jego miękkim blasku do fałdy w śluzówce. Nagle zwalnia, jakby coś sobie przypomniał, zaraz jednak przyspiesza. Staje przed zawiniętym kawałkiem błony, zaczerpuje powietrza i przeciska się między zachodzącymi na siebie kosmkami.

Oto i kryjówka – mała, wykarczowana z kosmków, podparta palikami jama. Iwo ukrywa tu uwolnionych przez siebie więźniów, aż może wyprowadzić ich w bezpieczne miejsce przez portal. Pojedynczy frędzel grzybni rzuca nieco światła na skromne wyposażenie tej przystani. Są tu maty do spania oraz skrzynka z suchym prowiantem, w kącie zaś stoją wiadra z wodą; Iwo zakamuflował wśród pobliskich wypustek pochłaniacz wilgoci.

Z ramionami wokół kolan siedzi na jednej z mat dziewczyna, której pomógł wymknąć się spośród tłumu nieszczęśników wziętych w niewolę podczas ostatniej inwazji.

Ewa podnosi ku niemu duże, migdałowe oczy. Nikłe światło grzybowej nitki wystarcza, aby błysło czyste złoto jej tęczówek.

– Śniłam o tym – mówi dziewczę głosem dźwięcznym jak szlachetny metal.

X

Czerwie sterczą sztywno w pełnym słońcu; gęstwina łuków, którymi są połączone, kładzie się na nich pręgami cieni.

Po jednym z pałąków suną obleczone w powłóczystą czerń, kobiece sylwetki. Każda trzyma w ręku długą kość, która rozcapierza się w pajęczaka – ciemne membrany między odnóżami osłaniają je przed światłem.

Kobiety wchodzą gęsiego do żywej wieży. Znalazłszy się w środku, składają zniekształcone w parasolki stworzenia naciskiem na goły nerw u nasady kości. Rozchodzą się po pęcherzach wzdętych w tkance przełyku, gdzie na poduchach miękkiego ciała wylegują się zasłużeni łupieżcy i gdzie biją rozmnożone ponad miarę serca. Ich chirurgicznie osiągnięte arytmie składają się w odurzające, polirytmiczne dudnienia.

Archont otrząsa się z transu na widok ciemnej postaci, która wśliznęła się właśnie do jego loży; łupieżca podnosi się z pulchnego legowiska i przeciera zmrowiałą twarz palcami bez paznokci.

Meldunek tylko go rozsierdza, nie sposób bowiem ustalić, co takiego dzieje się z bramą – rozwartą dotychczas wolą demiurga, który przeciwdziałał jedynie bezwładnemu sklejaniu się materii, odrzucana jest teraz przez obrzękłą rzeczywistość, niczym migrujący transplant; co więcej, dalej nie zwęszono tropu zaginionego księcia, którego demiurg kazał archontom odnaleźć.

X

Krwionośne naczynie wczepia się rozgałęzieniami żył w rozświetlone grzybicą jelito; po tym tętniącym ażurze wspinają się Iwo i Ewa, oboje nieco już zdyszani.

Zmierzają, tak jak jej obiecał, pod portal – wszyscy łupieżcy zgromadzą się wkrótce na cyklicznym rytuale, pozostawiając nieaktywny portal bez nadzoru. Iwo dawno już odkrył, że podczas trwania tych obrzędów może go potajemnie otworzyć na dowolne współrzędne; wielu już więźniów wypuścił w ten sposób z czerwiowego miasta, sam nie przeszedł jednak nigdy przez bramę.

Bębenki wgniata im ciężki szum krwi, a chwytając się sprężystych naczynek, czują pod palcami, jak płynie w nich ciepło. Młodzieniec zerka co jakiś czas w dół, na Ewę – dziewczyna sprawnie za nim podąża.

Poza gąszczem krwiobiegu majaczą drabiniaste zwoje nerwowe, na które trzeba im przeskoczyć. Wdrapawszy się nieco wyżej, bliżej głównego, rozcapierzonego naczynia, Iwo rozhuśtuje się na luźniejszej żyle, wybija, frunie po łuku i chwyta się bezbarwnej masy parę metrów niżej.

Ewa śledzi tor jego skoku z przerażeniem w oczach.

– Uda ci się! – woła zadowolony z siebie chłopak, bujając się lekko na powiązanych jakby w szczebelki nerwach, a jego głos jest w przepastnej jamie ciała i wygłuszony, i pogłośniony.

Dziewczyna prycha, po czym istotnie przeskakuje na drugą stronę, gdzie Iwo pomaga jej uczepić się włókien.

Niedługo później przechodzą już szczeliną między mięśniami, kiedy młodzieniec niespodziewanie traci równowagę – stopa ujeżdża mu na śliskim podejściu i zapewne Iwo spadłby niechybnie, gdyby nie instynktowna reakcja jego towarzyszki; dziewczyna chwyta za rękę, którą chłopak wyrzuca do przodu. Ciężar ciągnie ją ku czeluści, ale Ewa zapiera się przytomnie o zgrubiałe krawędzie szczeliny.

            Jednak przegub chłopaka powoli wyślizguje jej się spomiędzy palców, podczas gdy Iwo szuka nogami podparcia w nierównościach tkanki; w porę odpycha się od znalezionej stopą wnęki i gramoli wewnątrz otworu.

Oddycha ciężko, cały spocony. Ewa też łapie oddech, rozmasowując sobie przedramiona.

– Dzię… – Iwo rozkasłuje się. – Dziękuję. Pierwszy raz coś takiego… – zaczyna po chwili, ale słowa miotają mu się pod nosem.

Dziewczyna spogląda na niego z ukosa.

– Masz znakomity refleks – rzuca młodzieniec i podniósłszy się prędko, podaje Ewie dłoń.

X

Ostatni trzeźwi łupieżcy podchodzą kolejno do chirurga, który stoi na środku zbiornika z zamkniętymi oczami i misą wystygłej, czarnej wody w rękach.

Wszędzie wokół zalegają upojeni już siepacze. Ciemne strugi wędrują im pod skórą, ciekną z nozdrzy oraz spod półprzymkniętych powiek. Cali rozsuwają się niejako w fazie i rozwarstwiają w widmowych podrygach.

Podczas rytuału archonci leżą pośród podwładnych niby równy z równym. Spożywszy czarną wodę, wszyscy patrzą oczami demiurga – nie na istoty w świecie, lecz w pustkę, która rdzewieje w nieskończenie kurczliwym pomiędzy; spozierają między organizmami, pomiędzy organy ich ciał i organella ich komórek, między ząbki mitochondrialnych grzebieni, na wskroś białek, cząsteczek i pierwiastków, przez elektronową chmurę do jądra, w mrok, który oddziela najmniejsze od najmniejszego…

Aż nagle zamiast, jak zawsze, niczego – coś świeci: wschód złota, erupcja słońca, światłość w ciemności. Porażeni łupieżcy nie reagują, gdy wyżłobione w czerwiach ścieżki zaczynają się zwierać; zupełnie jakby wracało na swe miejsce rozstąpione dotąd morze.

Aż nagle zamiast, jak zawsze, niczego — coś świeci: wschód złota, erupcja słońca, światłość w ciemności.        

X

Biegną do portalu spiralnym tunelem; uciekają, by nie pochłonęło ich roztrzęsione, zamykające się ciało.

Gdy są już prawie u wyjścia, Ewa potyka się i z impetem przewraca. Iwo ledwo wyhamowuje –sam prawie ląduje na podłodze – doskakuje do niej i podnosi na nogi; oszołomiona biegnie; pędzą dalej.

W ostatniej chwili wybiegają z tunelu, który goi się za nimi z głośnym mlaśnięciem. Zamiast mgły, wewnątrz portalu nad ich głowami wściekle kotłuje się burza. Wszystko wibruje od potężnego, dochodzącego zewsząd pomruku.

Iwo zapatrzony jest w trzaskające wyładowania, przez co nie widzi, jak Ewa zaplata palce na wysokości splotu słonecznego i stoi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. Wreszcie szepce pod nosem pojedynczą sylabę, podnosi powieki znad błyszczących złotem oczu i łapie młodzieńca za dłoń; ten odwraca się do niej zdumiony.

Po chwili zauważa, że sypią się na nich wiórki słońca.

Wkrótce cały piasek przesypuje się w klepsydrze, grzebiąc pod sobą umęczone czerwie.

Przejdź do treści