— Jadę do Drohobycza.
— Gdzie?
— Do Drohobycza, na Ukrainę.
— Żartujesz, co?
Moi rodzice uznali to za kolejną dziwaczną fanaberię albo też pomysł bez przyszłości.
— No wiecie przecież… Bruno Schulz.
— Ach, ten…
„Ten” — i to było wszystko, co kiedykolwiek zdołali we mnie dostrzec i zrozumieć.
Odkryłem Brunona Schulza na początku lipca. Słońce prażyło Paryż, a pożółkłe książki leżały w skrzynce do wymiany książkowej.
Przesuwałem wzrokiem po grzbietach, aż między podstarzałym Balzakiem a podartym Stendhalem ujrzałem ,,Sklepy cynamonowe”. Zbiór opowiadań pewnego Schulza, o którym nic nie wiedziałem. Przekartkowałem kilka pierwszych stron.
Nagle z ulicy uniósł się zapach burzy, rozgrzanego asfaltu. Wróciłem do rodziców z książką pod pachą.
Na początku, jak wiele rzeczy z takich skrzynek, książka mnie nie obeszła. Bierze się taką, rzuca okiem i zostawia w szufladzie albo wciśniętą w niechlujną biblioteczkę. Tak właśnie z nią postąpiłem. Aż przyszła burza — i przeczytałem ją jednym tchem.
Nie sama lektura mną wstrząsnęła, ale człowiek. Bruno Schulz. Zagubiony polski Żyd. Pisarz, ale też nauczyciel rysunku w gimnazjum, zanim został „niewolnikiem sztuki” Felixa Landaua, oficera SS, który roztoczył nad nim opiekę.
Aż do śmierci — na rogu ulicy. Dwie kule w głowę wystrzelone przez innego esesmana, który chciał zemścić się na Landauie.
Opowiadam to chłodno, by nie zakłócić snu zmarłego. Wtedy Schulz to był tylko zbiór opowiadań i niedokończona powieść. Wyobraźnia, którą spalono w jakimś listopadowym dniu roku’42.
Moja fascynacja przyszła od razu. Nierozsądna. Ja też byłem Żydem — i to, w pewien sposób, przynosiło mi ukojenie. Musiałem mieć każde zamazane zdjęcie, każdą kopię listu, każdy drobiazg z jego życia.
Wieczorami zasypiałem tylko wtedy, gdy wyobrażałem sobie jego dzień. Droga do szkoły, uczniowie — czasem ciekawi, czasem hałaśliwi — rysunki i pisanie późną nocą. Z czasem ta obsesja zaczęła mnie pochłaniać całkowicie.
Wiedziałem, że buduję sobie świat z nieistniejącego już człowieka. Ale może właśnie tak żyją dalej duchy.
Pod koniec lata postanowiłem nie iść na uniwersytet. Oczywiście nie powiedziałem tego rodzicom. Błąkałem się po parkowych alejach, wykorzeniony z ziemi, której przecież nigdy nie znałem — z Polski Brunona Schulza.
Ale Polska Schulza już nie istnieje. Śpi dzisiaj gdzieś na Ukrainie. W końcu zdecydowałem, że muszę skonfrontować marzenie z rzeczywistością. Muszę stanąć na rogu Czackiego i Mickiewicza, by zobaczyć to, co on widział po raz ostatni.
Wrześniowe dni spędzałem na planowaniu podróży. I pewnego październikowego poranka, bez słowa, wyjechałem. To miało być tylko siedem dni, szybki powrót, mówiłem sobie.
Tego dnia, z bijącym sercem, zbiegałem w dół bulwaru Magenty. Na dworcu wsiadłem do pierwszego pociągu do Berlina. Nic nie wydawało mi się wtedy słodsze niż ta podróż. Jechałem na pielgrzymkę — do pisarza, do jego dzieła.
A jednak nie cieszyła mnie perspektywa postoju w Berlinie. Nie z powodów historycznych czy pamięciowych, lecz z lęku. Przed czym? Nie wiem. Przeczucie. Czyli coś, czego nie należy brać pod uwagę.
Paryż — Berlin — Warszawa — Drohobycz. No przecież nie tak daleko. Berlin i Warszawa to tylko przystanki. Jedna noc w każdej i ruszam dalej. Za oknem berlińskie pola — znajome, jak wszystkie inne. Jest w tej pustce jakaś melancholia i nie wiem, czy to krajobraz, czy sama podróż zżera mi duszę.
Złapało mnie drapanie w gardle. Po przyjeździe ruszyłem prosto do hotelu. Tak, jak się obawiałem — miasto mi nie odpowiadało. Atmosfera mnie przytłaczała. Chciałem tylko dotrzeć do Polski.
Nie umiem tego wyjaśnić, ale w hotelowym pokoju zacząłem rysować. Najpierw nieznajomych. I wcale nie byłem w tym taki zły, szczerze mówiąc.
Godziny mijały. Nadszedł świt. Zebrałem szkice i ruszyłem dalej — do Warszawy. Gdy pociąg ruszył, odetchnąłem z ulgą. Naprawdę — miałem niemiecką chorobę. Rzadką, lecz gwałtowną.
Nie trwało to jednak długo. Warszawa wydała mi się cieplejsza, ale gardło bolało mnie mocniej niż wczoraj, a do tego doszła lekka gorączka.
Nie szkodzi, trzeba było iść dalej. Nie mogłem zatrzymać się w połowie drogi. Zresztą, pomyślałem, że tyle samo dzieliło mnie teraz od Drohobycza, co od Paryża. Przekonałem samego siebie i zasnąłem.
Warszawa. Nowoczesne miasto, które kiedyś pochłonęły płomienie. A jednak powietrze było chłodne. Nawet wojna i przemoc się zacierają; są jak gliniane golemy. Na placu przed dworcem podeszła do mnie kobieta. Nonszalancko oparta o swoją taksówkę, odezwała się miedzianym głosem:
— Dokąd się wybierasz, przyjacielu?
— Do hotelu niedaleko głównej alei — odpowiedziałem.
Jak to możliwe, że zrozumiałem pytanie i potrafiłem odpowiedzieć? Nie znam polskiego. A jednak nic nie mogło mi się wydać prostsze w tamtej chwili.
Dotknąłem czoła. Czułem gorączkę — ale nie taką, która wyjaśniałaby to szaleństwo.
— Idziesz? Nie mogę na ciebie czekać wiecznie, pizdo jedna! — wrzasnęła.
Powiedziała, że się niecierpliwi, że nie będzie czekać cały dzień. A na koniec jeszcze mnie znieważyła — ale dobre wychowanie nie pozwalało mi tłumaczyć takich słów. Jak mogłem już tak pokochać to miejsce? I dlaczego z dnia na dzień pogarszało mój stan?
Są pytania, których lepiej nie zadawać. Albo przynajmniej udawać, że się nie słyszy odpowiedzi.
Patrzyłem na domy przez szybę. Wrażenie déjà-vu. Znałem te smutne okiennice, te wielkie, podupadłe wille.
Moje skronie pulsowały. Oczy twardniały jak kamień. Krew — gęsta, lepka. Wyraźnie czułem oddech śmierci. Gdzieś tu. Za mną — albo przede mną. Ale blisko.
Potrząsnąłem głową. Przeklęta gorączka.
Taksówkarka dotknęła mojego przedramienia, nie mówiąc ani słowa. Byliśmy na miejscu.
Znów noc przemknęła bez mojego udziału. Leżałem w łóżku, ciepłe ciało na zimnej pościeli, rysując bez przerwy — jakby od tego zależało moje życie.
Dłonie mi zesztywniały. Oddech skrócił się. A ten skąpy sen, który mi przysługiwał, pełen był niepokojących sylwetek.
Majaczyłem, bez wątpienia. Gdy słońce przebiło się przez żaluzje, podłoga pokryta była rysunkami. I znów nagłe przynaglenie — głos podróży. Musiałem wyruszyć do Drohobycza, natychmiast. Wcisnąłem szkice do torby i wybiegłem.
Szybko, dworzec warszawski. Szybko, tor siódmy.
Szybko, nie mogłem się spóźnić na to spotkanie w Drohobyczu. Jakie spotkanie? Nie wiem.
Ale ktoś czeka. Wiem to. Czuję to. Wiem to na pewno. Krajobrazy za oknem nie przypominały już spokojnych pól berlińskich. Widziałem tylko bezkształtną zieleń, coś rozmytego i pełzającego. Groźnego.
Byłem zagrożony.
Pociąg stanął. Ukraina. Wreszcie Drohobycz. Ale nie czułem radości. Gorączka mnie paraliżowała. Czułem się jak w burzy piaskowej. Przechodnie byli wypalonymi cieniami.
Wiatr palił mi płuca. Zachwiałem się. Z torby wypadły rysunki. Płomień uniósł je gdzieś daleko. Odwróciłem się — nic nie widziałem. Szukałem drogi wśród ulic, nie wiedząc dokąd idę.
Ciało miałem w spazmach. Już do mnie nie należało. Świat ulatywał z moich zmysłów.
Oparłem się o róg budynku.
Unoszę wzrok. Z trudem odczytuję napis: „ulica Czackiego”. Ogarnia mnie strach. Idę jeszcze kilka kroków.
Obchodzę narożnik. Spoglądam na nazwę przecznicy: „ulica Mickiewicza”. Dyszę.
Na ziemi — bruk koloru cynamonu. Zakrzepła krew. Ta sama krew, która płynęła i będzie płynąć. Rdza Europy. I wtedy — chaos.
Krzyki.
Zamęt.
Matczyne łzy. Trzask drzwi.
Ciała padające na bruk.
— Pan Bruno Schulz? — zapytano mnie głosem z niemieckim akcentem.
Zrozumiałem od razu. Dziś jest 19 listopada. Czarny czwartek. Wiem już, co się zaraz wydarzy. Będą dwa strzały.
Ale usłyszę tylko jeden.