+48 736-84-84-44

Córka rzeźnika

Nie znosiła rozkazów. Wolała chować się w ogrodzie, wśród kwiatów i pszczół, niż wracać do domu i kłaść się do łóżka. Co z tego, że się ściemniało? Chciała odkrywać świat po zmroku, najlepiej razem z psem, którego jeszcze nie miała. Rano, przy śniadaniu, brakowało jej czekolady w buzi. Ubierała się w niewygodne sukienki. Nie miała też szans z babcią, która codziennie upierała się, żeby ją czesać. Maria siadała wtedy z ulubioną lalką na kolanach i ogrzewała dłonie przy kominku.  

Babcia nie mówiła dużo, ale przez jej dłonie wybrzmiewały długie opowieści. Zaplatała warkocze tak, jak bajarze opowiadali baśnie, chociaż te snute przez nią bardziej przypominały złe sny. Pomarszczonymi palcami sięgała aż do skóry, rozplątywała kołtuny i układała niesforne kosmyki. Maria widziała wtedy swojego tatę. Ledwo go poznawała. Miał inną minę niż tę, którą nosił w domu, do tego zabrudzone ubrania i ciemne ślady na dłoniach. Docierały do niej ostre chlaśnięcia, głośne huki, zapach lasu i ziemi.

– Babciu. Ile jeszcze?

Narzekała tylko wtedy, gdy nie mogła już wytrzymać. Nie lubiła sprawiać babci przykrości.

O wiele chętniej spędzała czas z tatą albo bratem. Doceniała ich każdą wspólną chwilę, zwłaszcza, że oni często byli zajęci swoimi sprawami. Maria ubierała się schludnie na obiady i kolacje. Za każdym razem widziała ich wszystkich jakby z zewnątrz, na fotografii. Była dumna ze swojej rodziny. Gdy zjawiali się goście, miała ochotę przyprowadzić ich za rękę i obracać jak na wystawie. Mój tata jest wysoki i silny, mówiłaby, a mój brat kiedyś mu dorówna. Wyglądali jak z obrazka: jasne włosy, różane policzki, podobne uśmiechy.

– Twoja matka miała szczęście, niesłychane szczęście, że wyszła za porządnego mężczyznę. Jest wam lepiej niż komukolwiek, kogo znam – mówiła ciocia, która regularnie przychodziła w odwiedziny. Przynosiła im warzywa z ogródka. Według babci była niewiarygodnie podobna do mamy.  

Później, już z dala od dorosłych, Maria wracała do swoich żywiołów. Uciekała od snów, które czekały na nią ze strony babci i zostawały w głowie aż do nocy. W świetle dnia, w ogrodzie, łatwo było o nich zapomnieć. Zabawy odbywały się w towarzystwie wymyślonych przyjaciół, dziewczynek podobnych do niej na tyle, że mogłyby uchodzić za jej siostry. Biegały wśród krzewów i przedzierały się przez ostre gałązki. Maria wyliczała na głos wszystkie kwiaty: tam rosły dalie, dalej aksamitki i piwonie. Przydzielała ich nazwy swoim siostrom.

Tłumaczyła sobie, że tak właśnie wchodziło się w dorosłość: w bólach nocnych koszmarów, walcząc o każdy skrawek koloru na zewnątrz. Wbrew temu, co wpajali jej dorośli, nie bała się świata. Czasami myślała, że chciałaby uciec z domu. Zaczęła wyobrażać sobie psa, który podążał za nią jak cień, gotowy zaatakować, jeśli coś jej zagrozi. Któregoś dnia zaczął szczekać na babcię. Maria kazała mu przestać, ale pozostawała czujna.

Postanowiła, że sama nauczy się zaplatać warkocze. Nie uśmierzyło to jednak resztek snów, które na niej pozostały. Skóra głowy swędziała tak, jakby nadal miała na sobie babciny naskórek, odłamki jej paznokci. Maria czuła wpijające się w nią zagrożenie, tak trudne do opisania bratu, który nie wierzył już w wilka z bajki. Rosła jednak w przekonaniu, że babcia brudziła jej głowę czymś, co nosiła na swoich pomarszczonych dłoniach. Zaprowadziła ją do wiadra na zewnątrz i poprosiła, by ta umyła ręce.  

– Musisz zrobić to bardzo dokładnie. Inaczej już nigdy nie pozwolę ci się uczesać.

Babci pogłębiły się wszystkie zmarszczki na twarzy. Patrzyła na Marię oczami czarnymi jak cienie ze studni. Takie spojrzenie nie pasowało do ich ogrodu, salonu z kominkiem, konfitur w spiżarni. Maria zostawiła babcię w ogrodzie, ale wspomnienie tej chwili uwierało ją jak niewygodna sukienka.

Zdecydowała, że zacznie się ukrywać. Przemykała przez ogród w towarzystwie wiernych sióstr i psa. Zauważyła, że na niewielkim odcinku, tuż za ich domem, zostawała zupełnie sama. Odkryła barierę, której nie chciały przekraczać nawet jej najodważniejsze towarzyszki. Maria zatrzymała się przy oknie i zajrzała do środka. Za białą firanką ujrzała sypialnię taty. Nigdy nie pozwalano jej tam wchodzić.

W bezruchu zaczęła wypatrywać znajomych kształtów. Biała koszula nocna wisiała na oparciu krzesła. Od złotego świecznika odbijało się popołudniowe światło. W końcu zza drzwi wyszedł tata i stanął przed lustrem. Maria przyglądała się, z jaką uwagą zapinał guziki munduru i poprawiał rękawy. Wiedziała to z absolutną pewnością: jej ojciec był schludnym człowiekiem. Nigdy nie pobrudziłby sobie rąk krwią.

Przejdź do treści