Parszywiec zaczął od końca. Pojawił się tuż po tym, jak słońce zgasło nad borami. Jak przewidziała szeptucha, dostał się do naszej krainy od zachodu, od strony puszczy, w której zastawił pułapkę na żubra. Po drodze zgarnął jeszcze żuka do słoika, razem ze źdźbłem trawy, po którym się wspinał.
Już wtedy pałałem nienawiścią. Do dzisiaj nocami słyszę skomlenie zwierzęcia. Owad umierał bezgłośnie.
Rozłupał słoneczny głaz i zeskrobał swarzycę z kory dębu. Zostaliśmy bez czasu
i znaków. Ale nikt z nas nie reagował. Pamiętaliśmy jego poprzednie przejście. Lepiej zagryźć zęby, przeczekać. Nie było tak źle. Mieliśmy jadło i dach nad głową.
Dopiero gdy zbezcześcił trzebiszcze i przegonił wołchwa, kilkoro z nas wyraziło po cichu niezadowolenie.
On nic sobie z tego nie robił. Pozbawił ziemię zdrojów, a ludzi śpiewu.
Świat posmutniał, ale jemu wciąż było mało. Zmazał pozostałe uśmiechy, a potem
i same twarze.
Chwyciłem topór. Przekonywałem, że musimy go powstrzymać. Zostały nam gęby, niektórym lica i mordy, ale na jak długo? On parł do początku, do samej alfy.
Pobratymcy przyznawali mi słuszność, ale wciąż baliśmy się cokolwiek przedsięwziąć. Nikt nie sprzeciwia się Czarnemu Pasterzowi.
Gdy wyciągnął podpłomyki z pieców, a ryby z jezior, coś w nas pękło. Chcieliśmy krzyczeć, ale nie mieliśmy jak. Za dużo nam odebrał. Postanowiliśmy chronić resztę. Pochowaliśmy te najcenniejsze: deszcz, lubość, szept. Rosę ukryliśmy we łzach, sól pod językiem. Jagody zakopaliśmy głęboko w ziemię, ogień włożyliśmy do dzieży i spuściliśmy na dno studni. Wystawiliśmy straże wokół gaju, ale on tylko zaśmiał się głośno i dalej plądrował krainę.
Przez okno ujrzałem, jak zmierza ku barci. Wybiegłem z chaty. Mocno ściskałem topór. Sięgał po miód, gdy krzyknąłem: „Nie rusz!”.
Stanął zdumiony, że ktoś przeciwstawił się jego woli. Z bliska wyglądał jeszcze piekielniej. Wysoki jak drzewo, odziany w czarne skóry, trupioblady. Podpierał się na długim, mocnym kiju pasterskim, zakończonym czaszką z porożem. Wolno obrócił na mnie swoje podkrążone, ciemne oczy.
– A cóż mi uczynisz? – odezwał się ochryple, postępując kilka kroków w moją stronę.
– Mam topór – podniosłem rękę z bronią nad głową. Chciałem brzmieć groźnie, ale wydobył się ze mnie dziecięcy wizg. Nogi miałem jak z mchu.
– Dalejże, zrób zeń pożytek, skoroś taki mężny.
Nim się zorientowałem, skoczył ku mnie. Owionął mnie odór rozkładającej się padliny, gęsty jak dym z mokrego drewna. Chwycił gołymi palcami za ostrze i przyłożył je sobie do szyi. – Nuże, wszakżeś o tem śnił przez mnogie zimy, odkądżem na twe progi nastąpił.
– Skąd… – wyjąkałem z siebie. Od smrodu kręciło mi się w głowie. Zrobiłem krok w tył. – One należą do nas!
– Zgoła nie te.
Potrząsnął czarnym woreczkiem zawieszonym na swojej szyi. Świdrował mnie przez chwilę przekrwionymi oczami.
– W mojem one teraz ręku.
– Czemu ciągle je zabierasz?
– Azaż drzewie nie lgnie ku słońcu, a wilcy nie zawodzą ku miesiącowi? Nie dla własnej sytości je posabiam, ni w mojej kalecie przepadają. Większemu nad się je niosę. Zejdźże mi z oczu, kiepie, gdyż do początku mi śpieszno, a mrok rzednie.
Popchnął mnie na ziemię, wyrywając topór z mojej ręki. Wrócił do barci. Opróżnił ją z miodu, naszego słodkiego, świętego miodu. Potem nalał sobie oskoły z pobliskiej brzozy do rytonu. Zerwał jeszcze kwiat rosnący w pobliżu i odszedł, gwiżdżąc na swoje kolejne owce.
Dyszałem ciężko. Tyle mi już zabrał, a teraz jeszcze leżałem z twarzą, czy raczej z gębą, w śmierdzącym błocie, bezsilny i pozbawiony broni. Ręce zacisnąłem w pięści, ale poza tym nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu. Nie pomnę, jak długo tak pozostawałem, wreszcie pomogła mi szeptucha.
– Zostawi go – podniosła mnie. – Nie boi się o nie. One są w nas, coś je ciągle gada tam.
Odtrąciłem rękę, która mnie podtrzymywała, i pobiegłem kilka kroków, lecz Czarny Pasterz dawno zniknął w lesie na wschód od wioski. Próbowałem go zawołać, ale ogrom spustoszenia sprawił, że oniemiałem. Świat stał się pusty, gotów na przyjęcie nowego. Po chwili zrobiło się naprawdę cicho i drzywusznie, w oddali niosło się tylko dubanie byżyków, a nawet dało się słyszeć fastyle arpali.