Dżem z drożdżówki zabłąkał się w kąciku ust.
Sięgnęłam po chusteczkę. Starłam ślad.
Nie ma już dżemu? Głupie pytanie, prawda? Przecież pisałam, że został starty.
Więc nie ma dżemu. Nie ma?
Nadal mam przed oczami jego kolor. Fioletowy. Od porzeczki. Osiadł przy prawej stronie ust, w miejscu, w którym robi się dołeczek. Gdy się uśmiecham. Albo może po lewej robił się ten dołeczek? Trzeba mi wybaczyć, rzadko przyglądam się swojemu uśmiechowi. Rzadko przyglądam się sobie. Drożdżówkę zwyczajnie pochłaniam. Tak jak codzienność. Pochłaniam codzienność, pochłaniam uśmiech, pochłaniam siebie.
Najwięcej chyba do wchłonięcia mam jednak codzienności. Monotonności.
Zawsze następnego dnia czeka z nową porcją.
Ostatnie lata chyba bardziej wybrzydzam. Zamglonym spojrzeniem z rana odtwarzam plan. I jakie ogarnia mnie zdziwienie, gdy kładę sie do łóżka! Dzień był niemal identyczny, jak go odtworzyłam! Mam ochotę zwymiotować.
Nie zliczę, ile razy słyszałam, że jestem bardzo szczupła. Standardowy tekst. Powtarza się często, choć nie tak samo często jak powtarzalność. Ale często.
Jem, naprawdę. Geny.
Ach, ta powtarzalność. Ta codzienność…
Zjadłoby się coś innego.
Może jutro? Za tydzień? No dobra, może być nawet za miesiąc. Niech będzie. Będę odliczać dni. Zakreślać. Wygrzebię z pudełka flamastry. Pewnie się okaże, że żaden nie pisze.
A dżem z drożdżówki został starty. Trzeba kupić nowe…albo zrobię to długopisem. Mam ich w końcu mnóstwo.
A kiedy już nadejdzie ten dzień, pochłonę go. Jak ulubione frytki z McDonalda.
Może jestem po to, żeby pochłaniać? Rozmyślać o tym, co pochłonięte. Starte.
Ziemniaki zostały starte na frytki. Frytki usmażone w ogromnej ilości oleju, posypane szczodrze solą. Jedne mniejsze, inne zaś większe. Włożone do opakowania tylko po to, by zaraz być z powrotem na zewnątrz. Wyjęte spod pierzyny przez konsumenta. Klienta. Pochłaniacza.
Jeszcze długo czuje się tę sól. Było smacznie. Ale ta sól mogłaby się już wchłonąć, a nie tak zostawać…
I taki to już los człowieka myślącego, że o tym myśli. Łączę zjedzone, lecz niewchłonięte frytki ze startym śladem po dżemie. I z wchłoniętą, lecz powielająca się codziennością.
Podążam za tymi tropami, aż to wszystko zaczyna łączyć się z tym jednym wspomnieniem. Ale zanim się połączy w pełni, zespoli, trzeba dodać jeszcze jeden aspekt. Coś tak banalnego, nad czym zwykle się nie zastanawiamy. Po prostu.
Po prostu zaczyna swędzieć. Noga. Ręka. Jakiś bliżej nieokreślony kawałek skóry. Kawałek, lub płaty. Płaty skóry…
Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek swędziała mnie ta konkretna część, ten konkretny kawałek skóry. Przy prawym kąciku ust.
Chyba został przeznaczony typowo do ścierania. Nie do drapania.
No właśnie… Poczucie, że coś cię swędzi, nie daje się zetrzeć. Ewentualnie wetrzeć… jakiś balsam, krem… żeby za jakiś czas znowu zaczęło swędzieć.
Nie drap, a przestanie. Standardowy tekst. Powtarza się często, choć nie tak często jak swędzenie.
Nie drap, a przestanie. Nie myśl o tym. Uśmiechnij się.
Gdyby to było takie proste, nie powstałoby tyle literatury. Tylu bohaterów cierpiących, bo pamiętają. Nie powstałoby tyle filmów, dzieł sztuki…To nie jest takie proste. Historie naznaczone znaczeniem nie są takie proste. Naznaczone minionym.
Gdyby były takie proste, nie pamiętałoby się o nich.
I może byłoby łatwiej. Gdyby się nie pamiętało A może wcale nie.
Ale wiecie co? Zgodzę się z tymi, co tak mówią. Ale to, że się zgadzam, to jedno, a inna sprawa, że tak trudno to zastosować w praktyce.
Wydaje mi się, że gdy z ust osoby padnie podobny frazes, następnego dnia drapie się mimowolnie, tak ją swędzi. Myśli o tym, jak dostać się w określone miejsce, co zjeść na obiad… Może frytki? Ciekawe, czy wie o soli…Ściera pozostałości chwili spod powiek czy kącików ust. Ćwiczy uśmiechy przed lustrem. W głowie przewija jej się inna fraza: znowu to samo. Znowu to samo, znowu to samo, znowu to samo…
Choć mam nadzieję, że jednak nie. Nie chcę dla niej tego. Dla siebie też przecież nie chciałam…
Niechciany dotyk. Poczucie, że muszę. Nieme protesty, zwarcia nerwów. I te ciut głośniejsze protesty. Niezrozumienie.
Przecież tego nie chciałam. Lubiłam się obejmować. Ale nadszedł moment, gdy zaczęłam szukać. Szukać siebie. Miałam wrażenie, że to ciało nie jest moje. Byłam nazbyt świadoma wypukłości, gdy łączyło się w uścisku.
Próbowałam znaleźć kompromis. Obejmować lżej. Lecz przez to niezrozumienie z drugiej strony, niecierpliwość, nie dało się. Naprawdę…
Ślady zostały.
I tak oto dochodzimy do miejsca, w którym starty ślad po dżemie i wciąż niewchłonięte frytki łączą się ze swędzeniem. Tym, jak ciało pamięta.
Powracamy do drapania.
Ślad po dżemie można zetrzeć. Raz dwa. Co wcale nie oznacza, że go tam nie było, prawda? Frytki – wcześniej czy później sól się wchłonie, aż zapomnimy, jak smakowała. Zapomnimy do momentu, kiedy znów po nią sięgniemy.
A swędzenie? Drapanie?
Nie jest tak, że swędzi zawsze, ciągle, nieustannie. Nie, tak nie jest. A skoro nie swędzi zawsze, ciągle, nieustannie, to nie drapiemy. Nie drapiemy zawsze, ciągle, nieustannie…ale gdy już zaczniemy, tak trudno jest przestać.
W takim ujęciu mam wrażenie, że codzienność nie musi być wcale taka straszna. Nie musi powodować wymiotów.
Słabo? Słabo to mi było od niechcianych śladów zostawianych na skórze, od tekstów, wiadomości, które pobrzmiewały w głowie. Od drgawek, które wstrząsały ciałem. Od litrów złości drugiej osoby przetaczanych do moich żył. Złości obcej osoby. Złości, która przetaczała się przez jej obcą stronę.
Najbardziej słabo robiło mi się od tej niepewności. Huśtawki. Raz było dobrze, raz źle. Najpierw dobrze. Potem źle. Dobrze, źle, dobrze, źle…Na końcu było bardzo, bardzo źle. Bałam się. Tak po prostu. Tak nagle.
Minęło trochę czasu.
I nadal bywa, że swędzi. Swędzi i drapię. Rozdrapuję. Nadchodzi spięcie, które znam tak dobrze. Tamte chwile znajdują szczelinę, żeby o sobie przypomnieć. Prześlizgują się, ślizgają na kropelkach krwi (w chwilach, gdy drapię za mocno).
A potem włączam grę. Idę na uczelnię. Z powrotem do domu. Czytam książkę. Wychodzę na spacer. Słucham muzyki.
A w wolne dni spijam kawę. Delektuję się drożdżówką.
I znowu ten sam dżem. Porzeczkowy. Ten sam fiolet zostaje w tym samym kąciku ust.
Patrzę w lustro. Jednak dołeczki robią mi się po obu stronach! Choć po drugiej chyba ciut większy.
Umiem żyć z tym dotykiem. Z tym, co pamięta ciało.
Zjem ulubione frytki. Tak, te przesycone solą. Pozwolę sobie na to uczucie zalegania.
Pozwolę sobie podrapać się po swędzącym miejscu. Byle nie za często.
A w następny weekend znowu zjem drożdżówkę. Może wcześniej. Wchłonę codzienność. Wchłonę ją ze spokojem.