+48 736-84-84-44

Złamana ręka

Matka złamała rękę w piątek wieczorem, dokładniej mówiąc zaraz po dwudziestej, ale  – jak to ona – nikomu nic nie powiedziała i ów fakt przemilczenia przez nią tak poważnego wypadku po raz kolejny skłonił mnie do refleksji nad matczynym charakterem i tym jej długim, dobrym życiem, przez które szła z łagodnym uśmiechem. Często próbowałem dociekać, jak taka egzystencja może się w ogóle udać i co takiego robiła, żeby zachować pogodę ducha nie tylko w obliczu codziennych, prozaicznych problemów, ale również w konfrontacji z prawdziwymi tragediami, których życie jej nie szczędziło. Bo były w nim wielkie rozczarowania, zawody, upokorzenia i ciężkie choroby najbliższych. Jak wszędzie i u wszystkich.

Była w końcu śmierć męża poprzedzona bolesną, ciągnącą się tygodniami agonią, kiedy to zrozpaczona matka szukała wszelkich możliwych sposobów przechytrzenia okrutnego losu, do końca wierząc, że uda się wydobyć ciężko chorego z gęstniejącego mroku nieistnienia. Matka nigdy się nad sobą nie rozczulała, a jej wielka jak Mount Everest empatia nie pozostawiała wiele miejsca na własne potrzeby, których realizacja zawsze była odkładana na później tak, jak w nieskończoność odkładamy załatwienie jakiejś mało ważnej sprawy.

W sobotę zwyczajowo zadzwoniłem do niej o poranku ze standardowym: Co tam u ciebie? – na co odpowiedziała złowieszczo drżącym głosem: Nie za dobrze, Sławciu. Złamałam rękę. Z początku wcale nie zrozumiałem, co do mnie mówi, poprosiłem o powtórzenie, a potem natychmiast, niejako automatycznie zacząłem podważać kategoryczność tego komunikatu, sugerując, iż najprawdopodobniej ręka jest tylko mocno stłuczona, nie złamana. Matka słuchała spokojnie, co mnie zdeprymowało i przestałem gadać bzdury. Dobrze wiedziała, że to jest złamanie, bo cóż innego mogło by spowodować tak potężną opuchliznę i zasinienie z wyraźnym przesunięciem kości. Później, już po jej powrocie do domu, widziałem zdjęcie zrobione zaraz przed interwencją lekarską. Przedramię wyglądało, jak niechlujnie złożony model ręki do samodzielnego montażu.  Pospiesznie ją uspokoiłem i zadzwoniłem do lekarza czyli do mojego starszego brata. Wysłuchał ponurych wieści ze spokojem, czym zawsze mi imponował, bo w podobnych sytuacjach nagłych niedomagań nigdy nie wpadał w panikę. Już do niej jadę! – rzucił do słuchawki, czym od razu mnie uspokoił, ponieważ wiedziałem, że za chwilę uruchomi machinę pomocy medycznej i najprawdopodobniej zabierze matkę do swojego szpitala, gdzie natychmiast się nią zajmą.

Zadzwonił po kilkunastu minutach z informacją, że ręka najpewniej jest jednak złamana i jadą do szpitala. W międzyczasie zjawiłem się w mieszkaniu matki, które de facto jest moim mieszkaniem i natychmiast wszystkimi zmysłami zanotowałem obecność niezwykłej pustki. Zaglądałem do wszystkich pomieszczeń, jakbym bawił się z matką w chowanego, a im dłużej szukałem, tym bardziej jej w mieszkaniu nie było. W końcu usiadłem na kanapie i popukałem się w czoło. Pomyślałem wtedy, że w końcu musiał nadejść taki moment – nieunikniona awaria sprawnie działającego od kilkudziesięciu lat mechanizmu. Cisza w mieszkaniu była przytłaczająca i żeby jakoś ją znieść, zacząłem sobie wyobrażać, że staruszka po prostu przysnęła w swoim pokoiku i nie należy jej budzić. Osoby w podeszłym wieku często zasypiają i nie ma w tym nic dziwnego. Pewnie zaraz się ocknie i chwiejnym krokiem wejdzie do pokoju z nieodłącznym pytaniem: Zrobić ci coś do jedzenia?

Nagle rozległ się przenikliwy sygnał archaicznego telefonu – dźwięk, który zawsze był dla mnie jak włamanie. Poderwałem się i gwałtownym ruchem wyjąłem słuchawkę z ładowarki. Dzwonił mój brat: – Wieloodłamowe złamanie kości promieniowej z przemieszczeniem – powiedział przyciszonym głosem. – Ręka już nastawiona. Jeszcze jedno prześwietlenie i wracamy. Odetchnąłem z ulgą, choć diagnoza brzmiała dość przerażająco i już od samego słuchania mogło człowieka coś rozboleć. Najważniejsze, że ominął matkę szpital, bo niczego tak się nie lękała jak pobytu w szpitalu. Pierwszy i ostatni raz była hospitalizowana jako nastolatka, a chodziło wtedy o banalne wycięcie wyrostka robaczkowego. W ogóle unikała lekarzy i tak się szczęśliwie złożyło, że w najbliższej rodzinie miała ich aż dwoje, więc zawsze mogła liczyć na natychmiastową pomoc. Nie nadużywała jednak tego przywileju, w czym była zupełnie niepodobna do niektórych starszych ludzi, którzy nierzadko traktują wizytę u lekarza jak remedium na nudę i rodzaj miłej dystrakcji. Przychodnia to dla nich park rozrywki z licznymi atrakcjami. U niej było odwrotnie – bagatelizowała potencjalnie niebezpieczne objawy i za nic w świecie nie chciała się zgodzić na żadne badania, a w czasie rozmów z innymi starszymi paniami, jak ognia unikała tematów szpitalnych. Choć Bogiem a prawdą nigdy na nic poważnego się nie skarżyła i przypuszczałem, że musi to mieć związek z jej wyjątkowo optymistycznym usposobieniem. Każdy dzień był dla niej upominkiem, po który z chęcią wyciągała ręce. Nie żyła przeszłością, rzadko kiedy wybiegała myślą w odległą przyszłość. Nie snuła dalekosiężnych planów, które zwykle z czasem marnieją, a im są początkowo wspanialsze, tym żałośniej wyglądają ich resztki na końcu. Jej żywiołem zawsze była teraźniejszość, osobistą religią codzienna krzątanina, a humor tarczą chroniącą przed horrorami egzystencji. Lubiła dom, targ i kościół. Spacer bez celu był dla niej niezrozumiałą abstrakcją, bo niespecjalnie  wiedziała, co zrobić z wolnym czasem.  Na wakacjach czuła się jak na zesłaniu.

Coś mnie podkusiło, żeby podejść do okna i w tej samej chwili zobaczyłem srebrną Toyotę brata parkującą przy altanie śmietnikowej. Chwilę później wyskoczyła z auta bratowa i pomogła matce wysiąść. Po kilku minutach już wchodzili do przedpokoju. Staruszka uśmiechała się nieznacznie i był to uśmiech, który zawsze wdziewała, kiedy nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. W końcu popatrzyła mi prosto w oczy i powiedziała: Widzisz, co się porobiło?!

Już po chwili odzyskała jednak rezon i próbowała się krzątać po swojemu, co natychmiast wywołało protest mojej bratowej. Kiedy wreszcie wszyscy siedzieliśmy przy herbacie, matka mogła wreszcie opowiedzieć, jak doszło do wypadku, a jej relacja kolejny raz pokazała, z jakiego rodzaju osobą mamy do czynienia. Przede wszystkim wyszło na jaw, że pechowy upadek zdarzył się nie w sobotę, ale w piątek wieczorem! Matka potknęła się o niewielki próg oddzielający przedpokój od kuchni i z całym impetem uderzyła ręką o szafkę. Nijak nie mogła się podnieść i kilka godzin przeleżała bezradna, aż w końcu nabrawszy sił, przeczołgała się do dużego pokoju, gdzie zamiast natychmiast zadzwonić po pomoc, obejrzała ostatnią debatę prezydencką, ciągle leżąc na podłodze! Kiwaliśmy z niedowierzaniem głowami. Po debacie zasnęła i dopiero w sobotę rano udało jej się jakoś spionizować, ale nawet wtedy nie zadzwoniła. Dlaczego? – zapytałem. Ze spokojem wyjaśniła, że wolała poczekać, aż brat z bratową zrobią cosobotnie zakupy w Lidlu, bo jej alarmistyczny telefon z pewnością pokrzyżowałby im plany. Wymieniliśmy z bratem znaczące spojrzenia, ale powstrzymaliśmy się od komentarza. Matka po prostu taka była. Wszystkim chciała ułatwiać życie i litowała się nawet nad przydrożnym kamieniem.

Popatrzyłem na nią, kiedy siedziała przycupnięta na kanapie z ręką na temblaku. Dopiero wtedy dostrzegłem, jak drobna i krucha zrobiła się w ostatnich latach. Siwe włosy miała ciągle w nieładzie po niedawnych dramatycznych wydarzeniach, a w zapadniętych oczach tlił się jeszcze lęk. Siedzieliśmy przez dłuższą chwilę w milczeniu, aż nagle na jej twarzy zagościł ów łagodny uśmiech, za którym już tęskniliśmy. Od razu przyszedł mi na myśl widok  słońca nieśmiało wyłaniającego się zza chmur. Zerknęła na nas z szelmowskim błyskiem w oczach i powiedziała: Muszę częściej coś sobie łamać, żeby widzieć was razem!

Przejdź do treści