Pewnej wrześniowej niedzieli miałem odwiedzić Arletę w jej pięknym, porośniętym bluszczem domu, który odziedziczyła po rodzicach. Zaproszenie zostało wystosowane kilka dni wcześniej podczas długiej przerwy, co z początku nie wydało mi się sprzyjającą okolicznością. Arleta akurat wracała po lekcji z drugą gimnazjum i była roztrzęsiona.
– Czuję się, jakby w ciemnej ulicy napadła mnie szajka! – powiedziała słabym głosem i pełnym godności gestem przygładziła siwiejące włosy.
– Ci sami ludzie ograbili mnie dwie godziny temu – odpowiedziałem żartobliwym tonem.
Uśmiechnęła się nieznacznie, ale smutek w jej oczach zadomowił się już na dobre.
– Słuchaj, chciałam cię już wcześniej zaprosić… Przyjedź do mnie w niedzielę. Jest sprawa! – powiedziała z dziwną determinacją.
Popatrzyłem na nią bacznym wzrokiem. Miałem już dość sprecyzowane plany na weekend, ale ta bezkompromisowa natarczywość w jej głosie sprawiła, że zacząłem je rewidować…
Arletę poznałem dwa lata wcześniej, kiedy rozpocząłem pracę w zespole szkół na obrzeżach miasteczka. Pamiętam deprymujące wrażenie, jakie zrobił na mnie przytłaczający gmach szkoły i melancholię ciągnących się w nieskończoność korytarzy. W pokoju nauczycielskim powitały mnie wrogie spojrzenia i ściana milczenia. Mój ponury nastrój rozproszyło dopiero wkroczenie energicznej starszej pani, która rozpromieniła się na mój widok i entuzjastycznie wykrzyknęła:
– To pan!
Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć, więc tylko patrzyłem na nią z błąkającym się na ustach uśmiechem. Podeszła do mnie i wyciągnęła rękę na powitanie.
– Jestem Arleta.
Potem sprawy potoczyły się bardzo szybko i wkrótce mogłem nazywać ją moją serdeczną koleżanką. Tak to zwykle bywa, kiedy spotykamy bratnią duszę pośród morza podejrzanych szeptów, wymownych gestów i wrogiej obojętności. Arleta zdawała się być obok tego wszystkiego: nie należała do żadnej z nauczycielskich koterii, nie pełniła dodatkowych funkcji i rzadko wypowiadała się na kontrowersyjne tematy. Jednak w sprawach zasadniczych zawsze miała swoje zdanie, którego broniła, posługując się precyzyjną argumentacją, więc koleżanki raczej unikały polemizowania z nią. Do tego potrafiła obserwować i zdawało się, że wszystko dostrzega. Tacy baczni obserwatorzy nie cieszą się szczególną sympatią otoczenia i ludzie raczej schodzą im z drogi albo udają przyjaźń, żeby tylko uniknąć taksującego spojrzenia, co i tak im się nie udaje.
Jednak mimo nieco kostycznego poczucia humoru Arleta była jedną z najbardziej życzliwych osób, jakie znałem. Co prawda w uczniach wzbudzała absolutnie skrajne reakcje: była albo uwielbiana, albo znienawidzona, a wszystko za sprawą jej niebywałej szczerości w kontaktach z młodzieżą, która, jak wiadomo, najlepiej na świecie potrafi wyczuć fałsz i obłudę. Tak więc po zakończeniu roku szkolnego wracała z całymi naręczami kwiatów i stertami bombonierek, które to z trudem upychała do swojego czerwonego seicento. Niektóre z metod Arlety wzbudzały także u mnie pewne wątpliwości, ale wybaczałem jej, bo była po prostu wyjątkową, niebanalną osobą, a zdaje się, że takim ludziom po prostu więcej uchodzi na sucho.
Na przykład w zeszłym tygodniu chłopcy z 2c już na początku lekcji oświadczyli, że razem z rodzicami będą domagać się jej usunięcia, bo, jak się wyrazili, jest „niesprawiedliwa”.
– Rozumiem – powiedziała. – Ale pewnie wiecie, że zanim wyrzucicie nauczyciela, trzeba napisać podanie do dyrekcji. Osoby, które chcą mojego odejścia, mogą usiąść na końcu sali. Zaraz dam wam papier w kratkę i piszcie podanie.
Trzech chłopców poderwało się z buńczucznymi minami i usiadło w ostatniej ławce. Lekcja potoczyła się swoim torem – malarka dała krótki wykład o rozwoju pojęcia perspektywy i poleciła klasie narysowanie przykładów perspektywy linearnej. Uczniowie zabrali się za robotę i już po chwili pochylali się nad swoimi rysunkami. Wyjątkiem było trzech chłopców, którzy zawzięcie pisali podanie, co jakiś czas wymieniając szeptem gniewne uwagi. Kilka minut przed dzwonkiem na przerwę Arleta wstała zza biurka i głośno powiedziała:
– A teraz trzej chłopcy siedzący z tyłu pokażą mi swoje rysunki.
W pracowni zapanowała pełna napięcia cisza.
– Ale… – niepewnie zaczął jeden z nich. – Pani kazała pisać podanie.
– Niczego nie kazałam. To był wasz wybór. A teraz poproszę o wasze rysunki z użyciem perspektywy linearnej.
Oczywiście wszyscy trzej dostali jedynki, co tylko utwierdziło ich w przekonaniu, że nauczycielka przedmiotów artystycznych jest podła i jak najszybciej należy się jej pozbyć.
Choć nie byłem zwolennikiem tak radykalnych metod, to jednak muszę przyznać, że wiele się od niej nauczyłem. Największe wrażenie robiła na mnie jej odporność na przykrości, których nie szczędzili jej szkolni chuligani. Znosiła to wszystko ze stoickim spokojem i filozoficzną zadumą nad kondycją ludzką. Zawsze starała się dostrzegać jasne strony życia, choć przecież codzienne zmagania na szkolnym polu walki musiały ją dużo kosztować. Ratowały ją, jak mi kiedyś powiedziała, trzy rzeczy: ogród, sztuka i pies. Odziedziczona po rodzicach willa wprost tonęła w kwiatach, a w zacienionej części ogrodu rósł tak zwany „lasek” – brzezinka z zawieszonym na jednym z drzew wiklinowym fotelem. Ów „lasek” stanowił azyl Arlety i właśnie tam wypowiedziała zdanie, które na zawsze utkwiło mi w pamięci. To było podczas mojej pierwszej wizyty. Raczyliśmy się wtedy wyborną, aromatyczną kawą, a z rosnącej w pobliżu kępy bzów dochodził zniewalający zapach. Rozmowa zaczęła się od spraw szkolnych, ale meandrycznym torem popłynęła w kierunku ogólnych refleksji na temat tego, co w życiu najważniejsze.
– Skąd bierze się ten twój optymizm? – zapytałem, choć nie spodziewałem się konkretnej odpowiedzi.
Popatrzyła na mnie uważnie, potem przeniosła wzrok na szpaler zieleni oddzielający jej posesję od sąsiadów.
– Każdy jest nieszczęśliwy w takim stopniu, w jakim siebie za nieszczęśliwego uważa – odpowiedziała po chwili zadumy.
– Sama to wymyśliłaś?
– Nie, Seneka – roześmiała się serdecznie.
Dokładnie w tej samej chwili poczłapał do nas jej sędziwy labrador. Oparł głowę na moim kolanie w zadziwiającym geście bezgranicznego oddania i głęboko westchnął. Pogłaskałem go delikatnie. Pies uniósł wzrok i mógłbym przysiąc, że dostrzegłem w jego oczach łagodną rezygnację, jakby już od dawna rozumiał, czym jest życie…
– Rex, daj spokój! – Arleta podniosła głos, udając srogą panią.
– Nie przeszkadza mi – powiedziałem. – Właściwie to nawet sprawił mi przyjemność. Tęsknię za psem…
– Przyznam, że zadziwił mnie swoim zachowaniem. Zwykle jest nieufny w stosunku do obcych. Chowa się pod schodami, czasem warczy. A tu, dziś… Sam podszedł, dał się pogłaskać… Niebywałe!
Od tamtej majowej soboty minęło wiele czasu. Bywałem u Arlety dość często, a każda wizyta wzbogacała moją wiedzę na jej temat. Pamiętam, że pewnego razu rozmowa zeszła na naszych rodziców. Opowiadałem jej o swoim ojcu.
–To był człowiek wielu talentów – mówiłem. – Jednak wszystkie one pozostały czysto teoretycznymi możliwościami. Marniały już w zarodku… Niewiele w życiu osiągnął, ale zdaje się, że na własne życzenie… Jakby był przesiąknięty ideą daremności wszelkich działań…
– Mój wprost przeciwnie – ożywiła się Arleta. – Ciągle do przodu, nowe wyzwania… Wykłady, tłumaczenia, książki, konferencje naukowe.
– W czym się specjalizował?
– Literatura angielska.
– O!
– Chodź! – niemal wykrzyknęła i poderwała się z fotela. – Coś ci pokażę!
Pociągnęła mnie w stronę tarasu. Przeszliśmy przez przestronny salon i po chwili znalazłem się przed solidnymi drzwiami ozdobionymi żółtymi luksferami.
– Nikogo tu nie wpuszczam – powiedziała i nacisnęła klamkę. – Wejdź, proszę.
Pokój był całkowicie wypełniony książkami, które nie dość, że zapełniały wszystkie półki masywnych regałów, to jeszcze zdawały się wysypywać na podłogę, tworząc w niektórych miejscach pokaźne sterty. Pod oknem stało wielkie, zawalone papierami biurko.
Podszedłem do najbliższego regału i zacząłem wodzić wzrokiem po grzbietach książek. Okazało się, że to wspaniały zbiór dwudziestowiecznych powieści angielskich w oryginale: Kingsley Amis, Ivy Compton-Burnett, Arnold Bennett, E.M. Forster, Katherine Mansfield, Virginia Woolf … Delikatnie, niemal z namaszczeniem dotykałem grzbietów.
– To była jego pasja. Przywoził pełne walizki z wyjazdów do Wielkiej Brytanii, bo u nas takie rzeczy były nie do dostania.
– Wspaniałe!
Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem gabinet.
– Chodźmy już! – powiedziała Arleta nieco zniecierpliwionym tonem.
Odniosłem wrażenie, jakby zazdrośnie strzegła pokoju ojca i już zaczynała żałować, że w ogóle mnie tam wpuściła. Najwyraźniej traktowała ten gabinet jak mauzoleum albo przynajmniej jak izbę pamięci. Z pewnością przez lata niczego tam nie przestawiła i ograniczała się jedynie do pobieżnego starcia kurzu.
Była to moja jedyna wizyta w gabinecie jej ojca. Potem już nigdy mnie tam nie wpuściła i w ogóle nie wspominała o swoich rodzicach. Nasze rozmowy dotyczyły głównie sztuki, a ich tematyka uzależniona była w dużej mierze od tego, co aktualnie kopiowała. Miała mnóstwo zamówień i nie nadążała z ich realizacją, więc na własną twórczość nie starczało jej czasu. Musiała jednak zajmować się tym, jak to nazywała, „procederem”, bo utrzymanie domu i ogrodu pochłaniało sporą część jej skromnej nauczycielskiej pensji. Popyt na te skądinąd doskonałe kopie był odwrotnie proporcjonalny do zapotrzebowania na oryginalne obrazy Arlety. Starałem się zrozumieć ten paradoks, bo jej martwe natury z kwiatami i pejzaże zawsze wydawały mi się znakomite, zarówno kompozycyjnie, jak i kolorystycznie. Miała swój niepowtarzalny, dość oszczędny, styl, w którym ujawniała się niebywała wrażliwość połączona z techniczną wirtuozerią.
Tak więc po pracowitej sobocie wypełnionej głównie sprawdzaniem depresyjnych testów, nadeszła rozświetlona wrześniowym słońcem niedziela. Zaparkowałem auto przed furtką Arlety, dostrzegając na chodniku pierwsze opadłe liście – efekt wyjątkowo upalnego w tym roku lata. Bramka była otwarta, więc od razu podszedłem do drzwi wejściowych i nacisnąłem czarny bakelitowy przycisk dzwonka. Otworzyła natychmiast, jakby czekała na mój przyjazd w przedpokoju.
– Jesteś! – powiedziała i uśmiechnęła się. Jednak ten jej uśmiech był inny niż zwykle. Zdał mi się podobny do promyka słońca, który przebija się na moment przez ciemne masywy chmur, żeby dać złudną nadzieję na pogodny dzień.
– Możemy usiąść w ogrodzie, chyba nie będzie padać.
Jakby, upewniając się co do swojej prognozy, spojrzała w niebo.
Przeszliśmy do jej „lasku”.
– Siadaj i częstuj się – powiedziała, wskazując zastawiony smakołykami stolik. Były tam bombonierki, dwa pudełka ptasiego mleczka, szklana misa wypełniona cukierkami i pokrojony torcik wedlowski. Nieco niedorzeczna profuzja słodkości.
– A co to za przyjęcie?! – niemal wykrzyknąłem.
– Trzeba sobie osłodzić życie…
– Ale tyle?!
– Stare zapasy. Dowody wdzięczności… Korzyści materialne… – uśmiechnęła się smutno.
Zapanowała dziwna cisza. Gdzieś w pobliżu zaczął podśpiewywać kos. Zaczynałem czuć się nieswojo, bo zwykle Arlecie nie zamykały się usta… Chciałem zagaić rozmowę, ale jakoś nic mi nie przychodziło na myśl, więc tylko sięgnąłem po cukierka.
I siedzieliśmy tak w ciszy, kontemplując zmienne układy cętek słonecznego światła na trawniku. W końcu Arleta pochyliła się w moim kierunku i powiedziała zmienionym głosem:
– Proszę, żebyś sobie wybrał książki z biblioteki ojca. Bierz, co cię interesuje. Zaraz tam pójdziemy…
Popatrzyłem na nią zdumiony.
– I jeszcze wielka prośba, ale waham się… – zamilkła na moment. – Chciałabym, żebyś zaopiekował się Rexem.
Powiedziawszy to, usiadła wygodniej i przymknęła oczy. Wszędobylskie promienie dalej igrały na trawniku, ale kos zamilkł.