+48 736-84-84-44

Mijał je regularnie, ale przez dłuższy czas nie zdawał sobie sprawy, że to właśnie ich obecność ma zbawienny wpływ na jego rozjątrzone myśli. Każdego ranka uciekał z domu, który od dnia ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego stał się istnym piekłem. Po kilku tygodniach stałego przebywania z żoną i dwoma synami w betonowych klitkach nie mógł już na nich wszystkich patrzeć. Niemal codziennie odkrywał kolejne, nadzwyczaj przykre nawyki i upodobania małżonki, co z biegiem czasu skłaniało go do bolesnej rewizji podjętych wiele lat temu decyzji. Brak konkretnego zajęcia powodował, że dostrzegał i analizował dosłownie wszystko. Nieprzyjemne niespodzianki witały go już od rana. W brodziku wiły się jej włosy, na ławie zostawiała świeżo obcięte paznokcie, dywan bywał przysypany naskórkiem startym z jej stwardniałych pięt… Rozmowy, na które wcześniej nigdy nie było czasu, teraz regularnie ujawniały nadzwyczajną pospolitość i prostactwo żony. Uwięziona w domu, codziennie przetrząsała internet w poszukiwaniu coraz to głupszych i bardziej zabobonnych sposobów radzenia sobie z epidemią. Z przerażeniem patrzył na listę jej zakładek i historię połączeń ze stronami internetowymi.

Po kilku tygodniach przebywania na 38 metrach kwadratowych chłopcy po prostu zdziczeli. Dopiero teraz zdawał się doceniać trud nauczycielskiej pracy. Nie sposób było zagonić ich do komputera w celu zalogowania się na platformie edukacyjnej. Zaraz po śniadaniu rzucali się na siebie z pięściami, bo żaden nie chciał jako pierwszy doświadczać dobrodziejstw zdalnego nauczania. Potem następowały nieuniknione zmagania z zawieszającym się starym laptopem i grad pytań, na które czasem nie potrafił odpowiedzieć. Synowie patrzyli wtedy na niego z politowaniem i wymieniali znaczące spojrzenia. Żona odwracała się z obrzydzeniem, jakby dopiero co wyszedł z szamba, choć sama nie potrafiłaby nawet powiedzieć, ile nóg ma pająk.

Tak więc doprawdy trudno się dziwić, że z samego rana chętnie wychodził po pieczywo, choć czasem trzeba było stać w kolejce nawet kwadrans, bo wpuszczali pojedynczo, domagając się zakładania rękawiczek i dezynfekcji rąk. Zaraz po zrobieniu zakupów gnał na pobliskie osiedle i przechadzał się uliczkami w poszukiwaniu uprawianych pod oknami ogródków. Niezmiernie pociągała go ich rozczulająca naiwność. Czasem zdawały się reminiscencjami czyjegoś dawno minionego dzieciństwa, ale częściej przywodziły na myśl ogród jego dziadków z czasów, kiedy jeszcze wydawało mu się, że życie to beztroska przechadzka jasną polaną…

Na przykład w zeszłym tygodniu natknął się na stos desek zgromadzonych pod ścianą bloku. Zaraz przypomniał sobie podobną stertę, którą dziadek Piotr niestrudzenie przenosił z jednego kąta ogrodu w drugi, traktując to ze wszech miar bezsensowne zadanie nieledwie jak życiową misję. Staruszek wstawał jeszcze przed świtem, wypijał kubek kawy zbożowej i z metodycznym spokojem zabierał się za przenoszenie desek.

– Czyś ty zgłupiał?! – krzyczała na niego babcia.

Któregoś dnia zobaczył w jednym z ogródków kamionkowe naczynie do złudzenia przypominające to, w którym dziadkowie robili leguminy. Naczynie stało zwykle w ganku. Ów ganek był dziwnym miejscem – czymś należącym jednocześnie do dziedziny natury, jak i domostwa. Przyroda za wszelką cenę próbowała objąć go w posiadanie – harcowały tam myszy, w zakamarkach czaiły się wielkie kątniki, wszędobylskie mrówki często topiły się w nieco podejrzanych babcinych sokach i przecierach. Specyficzny zapaszek kazał myśleć raczej o wnętrzu nadgniłej komórki niż o przytulnych pokojach solidnego domu. Wczesną jesienią gankowe parapety zarzucone były suszącymi się orzechami włoskimi, które babcia sprzedawała w ilościach niemal hurtowych. A jednak ganek  stanowił część domu, bo już od progu czuł obecność dziadków i tylko dwa kroki dzieliły go od ich pokojów.

Swoistym szokiem było dla niego odkrycie w jednym z ogródków świeżo przeflancowanych pomidorów. Zaraz stanęły mu przed oczami plastikowe pojemniki po śmietanie, w których dziadek uprawiał sadzonki. Najpierw siał nasiona w zabezpieczonych folią inspektach. Potem z czułością przesadzał roślinki do plastikowych pojemniczków i ustawiał je dziesiątkami na każdej dostępnej płaszczyźnie poziomej. Ku utrapieniu babci anektował wszystkie parapety łącznie z blatami szafek w ganku. Kiedy podrosły, przesadzał je do ogrodu i pielęgnował, jakby to były jego własne dzieci. Z już dojrzałych wybierał te najdorodniejsze i wydzierał ich serca w celu pozyskania nasion…

– Podjąłem decyzję… – powiedział kiedyś córce  uroczystym tonem.

Zamarła na moment.

– Oddaję ci ten pusty kawałek ogrodu między domem a studnią – oświadczył z powagą w głosie.

Kilka dni później odkryła tam dziesiątki sadzonek pomidorów…

            Pewnego dość szarego kwietniowego poranka snuł się między blokami, chcąc opóźnić swój powrót do domu. Minął jakiś banalny ogródek z czerwonymi tulipanami i żonkilami. Nagle przystanął, bo coś zwróciło jego uwagę. Cofnął się o kilka kroków i jeszcze raz spojrzał na okolony barwnymi sztachetkami spłachetek ziemi. Pod balkonem stało wiaderko do złudzenia przypominające to używane przez babcię. Pamiętał identycznie wygięty pałąk i karbowany uchwyt. Podszedł bliżej i w tej samej chwili z bloku wyszła jakaś starsza kobieta w roboczym fartuchu. Spojrzała na niego nieufnie. Od początku epidemii ludzie zaczęli unikać się, jakby wszyscy wydzielali już odór rozkładu.

 – Patrzę na to wiadro – powiedział tytułem usprawiedliwienia. – Moja babcia miała takie samo.

– Aha… – kobieta nieco się uspokoiła. – To jest stare. Dostałam je od jednej miłej pani za pomoc.

–  Jaką pomoc? – zapytał i zrobił krok do przodu.

– Za blisko pan stoisz! Minister mówił, że dwa metry. A w ogóle to coś pan taki ciekawy?

 – To wiaderko przypomniało mi dawne czasy…

 – Ma już swoje lata… Jak mieszkałam na Obrońców Pokoju…

 – Na Obrońców?!

 – A tak. Pomagałam sąsiadce sprzedawać orzechy, bo mieli takie wielkie drzewo. Ale, panie, kiedy to było!

– Czy tam był biały parterowy domek z gankiem?

– Był.

 – Przed nim orzech i pełno rumianków…

–  Wszystko pan wiesz…

– Pomagała pani mojej babci.

Kobieta popatrzyła na niego przyjaźniej. Uśmiechnęła się.

– To ja pana zapraszam na szarlotkę – powiedziała i wygładziła opięty fartuch.

 – Z przyjemnością.    

Weszli do pachnącego świeżym ciastem mieszkania. Kobieta poprosiła go o zdjęcie butów i wskazała jedno z krzeseł w dość przestronnym pokoju. Oboje zapomnieli o szalejącej za oknami epidemii.

–  Napije się pan herbaty?

–  Chętnie.

            Zniknęła w kuchni. Rozejrzał się ciekawie, bo zawsze intrygowały go mieszkania obcych ludzi. Czytał je jak książki im poświęcone. Pomieszczenie robiło dość przygnębiające wrażenie. Stół, dwa krzesła, kredens i zapadnięta kanapa. Na ścianie wypłowiały talerz z podobizną Jana Pawła II.  Ogromny nowoczesny telewizor kontrastował z ascetycznym wystrojem pokoju. Z zakamarków wyzierał smutek samotnej egzystencji.

– Pan słodzi? – usłyszał z kuchni.

 – Tak! Dwie łyżeczki!

            Nagle coś przykuło jego uwagę. W głębi regału za szkłem dostrzegł czarną saszetkę z logo Warsu. W ułamku sekundy przypomniał sobie całą aferę. Po śmierci babci szukano dolarów, które przez lata skupowała i odkładała do saszetki podarowanej jej przez zatrudnionego na kolei syna. Po pogrzebie rodzice bezskutecznie przetrząsnęli cały dom. Istniało podejrzenie, że ktoś zaskarbił sobie zaufanie babci i wyłudził małą fortunkę w zielonych…

– I co tak pana ciekawi? – powiedziała kobieta, wnosząc tacę z filiżankami i talerzykami.

            Zatrzymała się wpół kroku, a jej spojrzenie powędrowało w kierunku regału. Zrozumiała.

 – A więc to pani…

– Proszę natychmiast wyjść z mojego mieszkania.

            Wstał bez słowa i założył buty. Miał ochotę trzasnąć drzwiami, ale tego nie zrobił. Wybiegł z klatki schodowej, jakby chodziło o jego życie. Przed blokiem oślepiło go słońce. Zapowiadał się kolejny piękny dzień. Ruszył ku  swojemu osiedlu, przysięgając w duchu, że już nigdy nie spojrzy w kierunku blokowych ogródków.

Przejdź do treści