+48 736-84-84-44

Po południu przyjechali gospodarze i przywieźli nam gorącą babkę ziemniaczaną – tradycyjny podlaski specjał. Za te babki dostali jakąś nagrodę w konkursie kulinarnym, o czym zaświadczała wisząca w kuchni wygrawerowana patelnia. Kuba miał robić obiad, ale w tej sytuacji zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i zjedliśmy ową przepyszną babkę z chrzanem i piklami.

Ogień buzował w kominku, wnętrze chaty wydawało się najspokojniejszym i najbezpieczniejszym miejscem we wszechświecie. Po jedzeniu wybraliśmy zajęcia w podgrupach, czyli każdy zaangażował się w coś innego – Hanka zaczęła pruć sweter, który robiła od trzech dni, Kuba wrócił do sklejania diabelnie skomplikowanego modelu Porsche, a dziewczyny zaczęły grać na telefonach. Ja wróciłem do lektury powieści Krasznahorkai, którą to nabyłem dwa dni wcześniej specjalnie z myślą o wycieczce na Podlasie. Po niespełna dwóch godzinach opuściłem pokój na piętrze i zszedłem wiedziony jakimś tajemnym impulsem, którego za żadne skarby nie chciałem nazwać znużeniem. Poza tym zatęskniłem już za towarzystwem. Okazało się, że nie ja jeden poczułem zew wspólnoty – pozostali siedzieli już dokoła stołu, jakby czekali tylko na mnie.

 – Zagrajmy w Scrabble! – zaproponowała Olga.

Uradowała mnie jej propozycja, bo przepadałem za tą grą.

– Tylko bez tych twoich skomplikowanych, nie wiadomo skąd wziętych, słów! – powiedziała Hanka, odwracając głowę w moim kierunku.

– Mam bogate słownictwo. W odróżnieniu od …

 – Przestańcie się znowu sprzeczać! – Olga podniosła głos i zaczęła rozkładać planszę.

– Po ile tych literek bierzemy? – zapytała Hanka.

– Chyba po siedem.

– Sprawdźmy w instrukcji – zaproponowałem.

– A po co komu instrukcje!

– Na przykład po to, żeby grać zgodnie z zasadami.

– Oj, przestań, sztywniaku – Hanka pierwsza sięgnęła do woreczka i wybrała sobie literki.

Nie obraziłem się, bo byłem przyzwyczajony do tego określenia. Używała go zawsze, kiedy nie chciałem brać udziału w jakichś towarzyskich rozrywkach i wolałem zająć się sam sobą, co, prawdę mówiąc, lubiłem najbardziej.

– Sztywniak, sztywniak! – zawtórowała jej Kaja. Zawsze papugowała zachowania matki i ku mojemu ubolewaniu, nigdy nie wiedziała, kiedy kończy się zabawa. Prowadziło to do niesnasek, irytowało mnie i miałem do Hanki pretensję, że zezwalając jej na kpiny ze mnie, odziera mnie w jej oczach z mozolnie kleconego autorytetu. Kaja nie była moją córką, a do tego bywała dość krnąbrnym dzieckiem, więc, jak można sobie wyobrazić, nasze relacje od początku nie należały do najłatwiejszych.

Teraz postanowiłem to zignorować. To był najskuteczniejszy sposób na przywrócenie spokoju, ale jednocześnie najmniej skuteczny wychowawczo. Prawdę mówiąc, coraz częściej rezygnowałem z pouczania jej, tylko po to, żeby uniknąć awantury. Rozdałem kafelki z literkami.

 – To ja zacznę – powiedziała Olga i ułożyła jakiś wyraz z boku planszy.

 – Trzeba kłaść od środka – mruknąłem.

 – A kto mi zabroni zacząć stąd?

 – Instrukcja. Przeczytaj sobie. Pierwszy wyraz musi obejmować centralny punkt planszy.

 W moim głosie znowu pojawiała się irytacja i pierwsze nuty znużenia.

– Trzeba mieć trochę fantazji – nie dawała za wygraną Olga.

– Właśnie, sztywniaku – Kaja dorzuciła swoje trzy grosze.

– Olga, on ma rację – przyszła mi w sukurs Hania. – Układaj od środka.

Dziewczyna zrobiła naburmuszoną minę, ale przesunęła kafelki w centralny punkt. Potem przez kilka minut graliśmy normalnie, aż w pewnej chwili Hanka ułożyła wyraz  R o c h.

– A co według ciebie znaczy to słowo? – zapytałem niewinnie.

– Przecież to imię.

– No to nie możemy tego uznać. W grze nie wolno używać nazw własnych.

Olga natychmiast pokazała pazurki:

 – A kto nam zabroni?! To tylko gra.

 – Ale ma swoje zasady. Nie można jej psuć, naginając je, bo komuś to akurat pasuje – odpowiedziałem.

 – Sztywniak – powiedziała, co wiedziała Kaja.

 – Dobra, Olga. Niech będzie po jego myśli.

Hanka próbowała uspokoić sytuację.

 – Nie „po mojej myśli” – zaprotestowałem. – Tak jest w instrukcji.

Nic na to nie odpowiedziały. Chwilę później upatrzyłem sobie dogodną literkę m, do której mogłem dostawić swoje: ą i ż. W ten sposób zgarnąłbym dużo punktów, bo literki same w sobie były wartościowe, a dodatkowo była tam potrójna premia słowna. Mogłem teraz spokojnie czekać na swoją kolej, nawet odszedłem na kilka chwil, żeby wypić kieliszek wybornej nalewki z pigwy, którą sprezentowali nam gospodarze. Kiedy wróciłem, Hanka akurat kładła na planszy swoje kafelki. Ułożyła wyraz  c i o c i , który skutecznie przekreślił moje plany związane z wyrazem  m ą ż. Natychmiast zareagowałem:

– Nie możesz użyć tego wyrazu. Rzeczowniki powinny być w mianowniku.

–  A kto tak powiedział?

 Znowu wracaliśmy do punktu wyjścia.

– Taka jest zasada.

– Ale ja nic innego nie ułożę ze swoich liter.

 – Mamo, ja ci wymienię kilka na swoje – przyszła jej z pomocą Olga.

– Tak nie wolno! – zaprotestowałem. – To wbrew regułom!

 – Oj tam! – pierwszy raz odezwał się Kuba. – Nie gramy o złote kalesony! 

            Niewiele go obchodziła gra, chociaż w niej uczestniczył, bo wyraził taką chęć. Jednak przez większość czasu siedział przy stoliku pod oknem i ciągle sklejał swój model Porsche. Kiedy przychodziła jego kolej, doskakiwał na moment do planszy i kładł na niej cokolwiek, jakieś krótkie, bezwartościowe słowa, jakby wcale nie zależało mu na zebraniu dużej ilości punktów. W zasadzie gra go nie obchodziła.

 – Mamo, kładź  c i o c i  i już! – zachęcała Olga.

– To wbrew zasadom. Każdy mógłby wymyślić swoje reguły i grać według nich.

– I o to chodzi!

– Instrukcja! – powiedziałem i miałem już dosyć tej przepychanki.

– Sztywniak! – wykrzyknęła Kaja.

            Hanka jeszcze przez moment patrzyła na planszę, potem gwałtownie wstała z kanapy.

  – Grajcie sobie sami! – powiedziała gniewnym tonem i poszła do łazienki.

Przez chwilę zapanowała przy stole cisza.

– Grajmy dalej – ponagliła Kaja.

– Ja bez mamy nie chcę! – w głosie Olgi była stanowczość. Dziewczyna podeszła do drzwi łazienki.

 – Mamo, wymieniłam ci literki i zostawiamy  c i o c i. Chodź do nas.

– Nie!!! – dobiegło zza drzwi.

– To nie ma sensu – mruknąłem. – Jak ją znam, to za nic w świecie nie wróci do gry. Kwestie godnościowe…

– I widzisz, co narobiłeś?! – odezwała się Kaja. – Zepsujesz każdą zabawę.

Po kilku minutach wyczekiwania stało się jasne, że dziś nie dokończymy gry. Każdy zajął się czymś innym, a potem wszyscy zgromadziliśmy się przed telewizorem, żeby obejrzeć serial o potworach. Po kwadransie grzecznie podziękowałem i oddaliłem się na górę, żeby poczytać. Wyjrzałem przez okno. Ciągle śnieżyło, ale teraz płatki były znacznie większe i spadały tak szybko, jakby ktoś ciskał nimi z nieba. Światło lampy nad gankiem rozpraszało ciemność, ale tylko na krótkiej przestrzeni. Zabudowania gospodarskie już wiele godzin wcześniej pochłonął styczniowy mrok. Pomyślałem, że będąc w tym domostwie sam, czułbym się bardzo nieswojo. Poczytałem, popisałem i zszedłem na dół z piżamą w ręku. Całe towarzystwo ciągle oglądało mrożące krew przygody garstki nieszczęśników, zdanych na pastwę potworów. Po cichu nalałem sobie kieliszek nalewki, wypiłem jednym haustem i poszedłem się umyć. Potem wróciłem na górę i niemal natychmiast zasnąłem.

Rano przy śniadaniu Hanka z uwagą czytała coś w telefonie.

– A jednak mogłam użyć słowa  c i o c i! – wykrzyknęła nieoczekiwanie.

– Serio?

 – Tak. Można używać rzeczowników we wszystkich przypadkach.

– No cóż… –  powiedziałem bez emocji. – Być może się pomyliłem. Akurat tu nie miałem racji, ale w szerszej perspektywie ją miałem.

 – Jak to? – Hanka popatrzyła na mnie i zmarszczyła czoło.

– Można było łatwo wykazać, że się mylę. Wystarczyło zerknąć do instrukcji, moja droga! Nie miałem racji w jednym punkcie, ale to paradoksalnie pokazało, że cały czas była ona po mojej stronie.

Kaja podniosła głowę i patrzyła na mnie przez chwilę.

– Sztywniak! – podsumowała.

Przejdź do treści