Drzewa czasem się przewracają. Najczęściej dzieje się tak za sprawą gwałtownych, można powiedzieć huraganowych podmuchów wiatru towarzyszących nawałnicom. Nie muszą być to drzewa stare albo chore. Coś takiego przydarza się również najzdrowszym i najmocniejszym okazom, a czynnikiem decydującym jest po prostu siła wiatru. Czasem też jego kierunek, kiedy drzewo jest w naturalny sposób przechylone, a tym samym bardziej podatne na przewrócenie. Bywa, że nie obala się jednoznacznie i ostatecznie, ale dzieje się to niejako na raty, kiedy padając, zatrzymuje się na innym drzewie, albo jakiejkolwiek stabilniejszej strukturze i tkwi między pionem a poziomem, w konsekwencji stanowiąc niebywałe niebezpieczeństwo. Tamtego lata po raz pierwszy doświadczyłem wizji upadku, która, jak pokazał czas, zmaterializowała się w katastrofalnej decyzji o wycince drzew na działce. Mechanizm uruchomienia tej upiornej sekwencji był niezwykły – wydawało mi się, że cała ta skomplikowana machina do zadawania psychicznego bólu, tylko czeka na sygnał, jak pająk przycupnięty na skraju lepkiej sieci. Katalizatorem tej reakcji mogło być cokolwiek – kilka pozornie niewinnych słów, nawet jeden zasłyszany przypadkiem wyraz, czy tytuł w gazecie czytanej przez jakiegoś pasażera pociągu podmiejskiego. A potem ruszyła osobista turbina do wytwarzania lęku, mnożyły się najodleglejsze skojarzenia, pospolite przedmioty i zwyczajne gesty często obcych ludzi zamieniały się w upiorne symbole. A wszystko to prowadziło do piętrowych wizji ostatecznego upadku, który miał się stać moim udziałem. Wszędzie, dosłownie wszędzie dostrzegałem zagrożenie, pułapki, zamaskowane doły z dzidami na sztorc i ostatecznie popadłem w szaleństwo dziesięciokrotnego sprawdzania zamków w drzwiach, klamek, kranów, izb lekcyjnych po lekcjach, włączników, uchylonych okien, niedomkniętych sklepowych lodówek, planu lekcji… Zacząłem analizować rzeczywistość pod kątem moich ewentualnych uchybień i zaniedbań. Gdziekolwiek się ruszyłem, widziałem zalążki katastrofy.
Wszystko tak naprawdę zaczęło się od niepokojącej prognozy pogody, która wszak nie stanowiła niczego niezwykłego w sezonie letnim – po fali upałów zapowiedziano po prostu nadejście wyjątkowo gwałtownego frontu burzowego. Siedziałem wtedy na werandzie działkowego domku i patrzyłem na szczytowe partie dorodnych świerków, okalających tę moją pracowniczą parcelę, będącą tak naprawdę spłachetkiem ziemi z nieco nadgniłym domkiem pełnym książek i pajęczyn. Nic nie zapowiadało jeszcze zmiany w pogodzie: było upalne sierpniowe popołudnie, białe obłoki leniwie dryfowały po błękitnym niebie, a wśród gałęzi drzew buszowały dwie rude wiewiórki. Obserwowałem ich beztroskie harce, nie zdając sobie sprawy, iż były to ostatnie godziny mojego wewnętrznego spokoju i równowagi.
Senne popołudnie zaczęło płynnie przechodzić w cichy wieczór, kiedy temperatura nagle spadła i nad ogród działkowy napłynęły bezgłośnie szare chmury, które w mojej wyobraźni upodobniły się do złowieszczych sterowców.
– Chyba zanosi się na burzę! – krzyknął przez parkan sąsiad.– Syn dzwonił i mówił, że w Pruszkowie już nawałnica. Ponoć wiatr zwalił wieżę kościelną – dodał zupełnie zbytecznie, bo i bez tego czułem narastającą panikę.
– Może przejdzie bokiem – odpowiedziałem słabym głosem i od razu zdałem sobie sprawę z niedorzeczności tych słów. Z każdej strony nad ogród zaczynały napierać masy czerni wlokące ze sobą ściany deszczu, co doskonale widać było w oddali.
Kolejny raz trwożnie spojrzałem w niebo i na chwiejące się świerki, coraz gwałtowniej targane podmuchami wiatru.
– Żeby tylko jakiego nieszczęścia nie było! – powiedział na odchodne sąsiad.
Udałem, że nie słyszę. Już zaczynało kropić. Po chwili rozszalała się burza i dosłownie w ostatniej chwili zdążyłem schować się do wnętrza domku. Usiadłem w starym fotelu, który pamiętał jeszcze ojca, i zacząłem z niepokojem patrzeć przez przybrudzoną szybę na szarpane wichurą drzewa. Wicher zdawał się jeszcze wzmagać – niemal czułem, jak napiera na drewniane ściany chałupki, które zaczynały niepokojąco trzeszczeć. Nagle rozległ się trzask i na trawnik upadł wielki konar mojego jedynego modrzewia. Tuż po tym nastąpił ostatni, jak się okazało, atak burzy. Nawałnica uderzyła z taką siłą, że jeden ze świerków złamał się w połowie i jego górna część uderzyła z całym impetem w dach domku. Dwa inne pozostały pochylone pod dziwnym kątem.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki deszcz zelżał, przechodząc w leniwie siąpiącą mżawkę. Wiatr zupełnie ucichł i w ciągu kilku minut niebo się przetarło. Z wahaniem wyszedłem przed domek, żeby ocenić rozmiar zniszczeń. Obalone drzewo uszkodziło dach, ale, szczęście w nieszczęściu, uderzyło w część nad werandą, więc tak naprawdę nic nie groziło wnętrzu chałupki. Znacznie gorzej przedstawiała się sprawa pochylonych świerków. Obszedłem je z każdej strony i nie miałem wątpliwości, że stanowią zagrożenie. Niebezpiecznie pochylały się nad ścieżką, którą przechodziły codziennie dziesiątki działkowców, a nieco dalej parkowały też auta, będąc tym samym w zasięgu potencjalnej destrukcji. Każda kolejna burza mogła skończyć się prawdziwą tragedią, a jej realistyczny obraz już miałem przed oczami. Dokładnie, ze wszystkimi upiornymi szczegółami, widziałem małego chłopczyka przygniecionego drzewem. Nachylał się nad nim pobladły ojciec i próbował przesunąć ciężki pień, ale było to daremne, bo dziecko już wydawało ostatnie tchnienie, a spod pnia wypływała krew, tworząc szybko powiększającą się kałużę…
Nie mogłem już patrzeć na moje świerki i postanowiłem natychmiast pojechać do domu. W drodze powrotnej odwracałem wzrok na widok drzew, ze szczególnym uwzględnieniem tych pochylonych. Postanowiłem, że przez kilka dni nie będę oglądał prognozy pogody, żeby nieco odzyskać równowagę. Niestety, mój plan spalił na panewce, bo matka zdawała mi regularne raporty ze wszystkiego, co obejrzała w telewizji.
– Zapowiadają s t r a s z n e burze! – oznajmiła kilka dni później przy śniadaniu. Poczułem, jak kawałek rogala z makiem pęcznieje mi w ustach i nie byłem w stanie go połknąć.
– Zaraz jadę na działkę! – powiedziałem nagle i gwałtownie odsunąłem od siebie talerz.
–W taki upał?! – zdziwiła się. – Może po południu?
– Muszę coś sprawdzić – uciąłem i pospiesznie zszedłem do samochodu.
Po drodze wszędzie dostrzegałem pochylone drzewa, które w każdej chwili mogły się przewrócić – raniąc albo zabijając ludzi i doszczętnie niszcząc zaparkowane w ich pobliżu samochody. Miałem wrażenie, że już nic oprócz drzew nie istnieje na świecie, bo gdzie tylko spojrzałem, tam stały: już nie tylko pojedynczo, ale całymi grupami, napierając na szosę i niebezpiecznie pochylając swoje korony.
Spocony jak mysz, wjechałem na teren działek, do samego końca unikając patrzenia na moje świerki. W końcu spojrzałem w ich kierunku i wydały mi się jeszcze b a r d z i e j pochylone, stwarzające jeszcze p o w a ż n i e j s z e zagrożenie dla jeszcze w i ę k s z e j ilości przechodzących tamtędy ludzi. Sąsiedzi z naprzeciwka też już przyjechali. Przywitałem się z nimi uprzejmie, a potem przez cały czas dyskretnie ich obserwowałem. Szeptali coś między sobą, wskazując to na mnie, to na moje pochylone świerki. Potem doszedł do nich gospodarz działek i we trójkę dalej konferowali, nie spuszczając wzroku z mojego ogródka. Nie mogłem dłużej tego znieść i schowałem się w domku, z którego wyszedłem dopiero po kilku godzinach. Jak na złość, sąsiad głośno słuchał radia i trafiłem akurat na prognozę pogody: „Po fali upałów synoptycy zapowiadają nadejście gwałtownych burz. Istnieje poważne ryzyko trąb powietrznych…” – usłyszałem.
Nie było na co czekać! Podjąłem decyzję! Szybko wyszukałem numer ludzi zajmujących się wycinką i zadzwoniłem.
– Halo! – zacząłem niecierpliwie. – Mam do wycięcia kilka drzew, tu niedaleko… Natychmiast, jak najszybciej… Nie, nie mam zezwolenia, to na działce… Jutro? Koło 7 rano? Dobrze!
Rozłączyłem się i natychmiast poczułem ulgę rozlewającą się po całym ciele. „Więc jutro będzie po kłopocie!” – myślałem uradowany. Odjeżdżając z działki, rzuciłem ostatnie spojrzenie na pochylone świerki i nie doznałem żadnego nieprzyjemnego odczucia. Ot, kilka drzew do wycięcia. Zwykła rzecz.
Następnego dnia rano pod moją bramkę podjechał samochód z podnośnikiem koszowym i wyskoczyło z niego dwóch ludzi w roboczych kombinezonach. Przywitali się ze mną i zapytali, o które drzewa chodzi. Wskazałem je bez słowa, kiwnęli głowami i zabrali się do roboty. Nawet się nie spodziewałem, że wszystko pójdzie tak sprawnie: najpierw odcięli większe konary, potem części szczytowe i w końcu fragmenty pni. Po godzinie odjechali, a ja zostałem z ogromną stertą gałęzi i sterczącymi, jak wyrzuty sumienia, pniakami. Usiadłem na leżaku i głęboko westchnąłem. Pozbyłem się zagrożenia i mogłem ze spokojem oczekiwać na zapowiadane nawałnice. Nagle w przedpołudniowej ciszy usłyszałem, jakby popiskiwanie. Z początku nie potrafiłem zlokalizować źródła tego dźwięku, więc podniosłem się i zrobiłem kilka kroków w kierunku sterty gałęzi i drewnianych kloców. Niewątpliwie kwilenie dochodziło stamtąd. Rozsunąłem gęstwinę igliwia i moim oczom ukazało się ranne pisklę, spazmatycznie otwierające dziobek. Najwyraźniej cierpiało, bo jedno ze skrzydełek było zmiażdżone i wygięte pod nienaturalnym kątem. Podczas wycinki musiało wypaść razem z gniazdem i zostało pogrzebane pod startami gałęzi. Wziąłem je w obie ręce. Było puchate i ciepłe. Taka skrzecząca kulka. Kwiliło coraz ciszej i było jasne, że nic z niego nie będzie. Przeniosłem je za domek i zostawiłem w zaroślach na pastwę losu. Do dziś nie wiem, dlaczego tak postąpiłem, dlaczego nie próbowałem ratować ptaszka za wszelką cenę. Odszedłem stamtąd jak najszybciej i wróciłem na leżak. Słońce zaczęło już prażyć i byłem pewien, że pisklę niedługo będzie martwe. Starałem się o tym nie myśleć.
Mój wzrok coraz częściej wędrował w kierunku sterczących przy parkanie pniaków. Dopiero wtedy zrozumiałem, że wycinając drzewa, dokonałem przestępstwa i mogę być za to surowo ukarany. Usłużny umysł natychmiast wyczarował wizję ruiny finansowej i powiązanych z nią innych nieszczęść. Poderwałem się z leżaka i podszedłem do pniaków. Zacząłem panicznie zakrywać je gałęziami, ale wyglądało to jeszcze gorzej. Co chwila zerkałem w kierunku zarośli, gdzie powoli dogorywało pisklę. W końcu nie mogłem tego wszystkiego znieść i pospiesznie odjechałem do domu. I znowu zaczęła się tortura. Każde mijane drzewo zdawało się oskarżać mnie o morderstwo ptaszka. Oczami wyobraźni widziałem krwawiące sokami pniaki i nijak nie potrafiłem pozbyć się z głowy tego obrazu. Z czasem drzewne soki zamieniły się w prawdziwą krew. Budziłem się i zasypiałem z obrazem pniaków stojących w kałużach ciemnoczerwonej mazi, w których powoli umierały kwilące pisklęta. Z początku jeździłem na działkę regularnie. Starałem się nie patrzeć w kierunku miejsca, gdzie jeszcze niedawno rosły świerki i skrzętnie omijałem wzrokiem zarośla z niewątpliwie martwym już ptaszkiem. Chowałem się do chałupki, kiedy ktoś nadchodził, nie chcąc wdawać się w jakiekolwiek rozmowy.
Z nadejściem jesieni całkiem zrezygnowałem z wizyt na działce i przesiadywałem głównie w domu, żeby do minimum ograniczać widok jakichkolwiek drzew. Z niepokojem sprawdzałem zawartość skrzynki pocztowej, każdego dnia spodziewając się nadejścia listu poleconego informującego, że wszczęto przeciwko mnie postępowanie. Codzienne życie stało się koszmarem, bo wszędzie czaiły się zagrożenia wynikające z moich zaniedbań i niedopatrzeń. W czerwcu następnego roku złożyłem wymówienie. Po prostu nie mogłem już dłużej znieść widoku świerków rosnących w pobliżu budynku szkoły, w której uczyłem. Potem było jeszcze gorzej. Nie wróciłem do pracy i utrzymywałem się tylko z matczynej renty. Z biegiem czasu przestałem wychodzić i unikałem wyglądania przez okno, żeby nie patrzeć na drzewo rosnące przy osiedlowym śmietniku. Najwygodniej było mi na stałe zostać w łóżku i tak też zrobiłem. Któregoś dnia zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie widziałem matki. Potem przyjechali i mnie zabrali. Tu, gdzie teraz jestem, też głównie leżę, nie patrzę w stronę okna, bo tam jest szpitalny park, a w parku są drzewa, które mają to do siebie, że czasem się przewracają. Dzieje się tak najczęściej za sprawą gwałtownych, można powiedzieć huraganowych podmuchów wiatru, towarzyszących nawałnicom. Nie muszą być to drzewa stare albo chore. Coś takiego przydarza się również najzdrowszym i najmocniejszym okazom…