Powietrze było jeszcze mroźne po nocy, ale ostre słońce szybko je ogrzewało, przy okazji zamieniając las po obu stronach drogi w istny skarbiec skrzący się tysiącami kropelek. Szli, trzymając się za ręce, jakby byli nastolatkami. Szczebiotali, co chwila całując się i przytulając. Rozglądali się, desperacko szukając miejsc znanych sprzed trzydziestu lat, kiedy to jako licealiści przyjechali do tej górskiej miejscowości po raz pierwszy. I po raz pierwszy w pełni doświadczyli tu rozkoszy bycia razem, co wytworzyło między nimi więź tak silną, iż nawet wieloletnia rozłąka nie była w stanie jej zaszkodzić. Wprost przeciwnie – teraz mieli wrażenie, ba, pewność, że ich uczucie jest po stokroć silniejsze i dojrzalsze.
Doszli do wartkiego strumyka i przystanęli, jak urzeczeni wpatrując się w mknącą po kamieniach, krystalicznie czystą wodę.
– To jest ten pamiętny strumyk! – powiedziała Hanka.
– Ten sam, w którym się kąpałaś i to pozostawiło niezatarte wrażenie… – dodał, patrząc na nią z pojaśniałą twarzą.
– …niczym syrena w morskiej pianie! – roześmiała się. – O, Boże! Bez przesady.
Minęli mostek i po chwili doszli do miejsca, z którego widać było zapierającą dech panoramę gór. Przystanęli i patrzyli w milczeniu.
– Kotku! – Hanka przerwała w końcu ciszę i mocniej ścisnęła jego rękę.
– Jesteśmy tu!
– Mamy to!!! Jezu, jak mi jest dobrze! – spojrzała na niego roześmianymi oczami. – Mam ochotę po prostu krzyczeć!
Pocałowała go w policzek, odbiegła rozradowana jak mała dziewczynka i stanęła bez ruchu, zwróciwszy twarz ku słońcu. Przymknęła oczy, a on patrząc na nią pomyślał wtedy, że ma przed sobą najszczęśliwszego człowieka na świecie. Chciał jej zrobić zdjęcie, ale zdecydował się na filmik, który potem latami oglądał w nieskończoność, bełkocząc w pijackim stuporze sobie tylko zrozumiałe słowa. Znał każde ujęcie, każdą klatkę. Powiększał kadry, wpatrywał się zamglonym od ginu wzrokiem w iskry szczęścia i rozbawienia, zastygłe w jej oczach na wieczność. Setny, tysięczny raz wyobrażał sobie ten jej pocałunek, niemal czuł na skórze muśnięcie jej ust i delikatny zapach kremu.
Stali tak przez kilka minut, radując się swoim szczęściem, potem przeszli szosą do pnącej się w górę ścieżki, gdzie zaczynał się tak zwany Szlak Wspomnień wiodący do Krzyża Zakochanych, który obrali sobie za pierwszy cel swojej górskiej wędrówki. Poranne mgły powoli rozpływały się w krystalicznym powietrzu, a wszędobylskie promienie słońca złociły kobierce z opadłych liści. Wszystko dookoła skrzyło się tysiącami refleksów. Smukłe pnie drzew miały dziwną szarą barwę i rzucały długie cienie, których rytm zdawał się współgrać w kontrapunkcie z zalewającym las światłem. Nieco już zmęczeni zatrzymali się na niewielkiej polance. Hanka położyła kurtkę na jakiejś kłodzie i usiadła.
– Ale tu pięknie! – powiedziała, rozglądając się dookoła z zachwytem.
Przysiadł koło niej i spojrzał w górę na korony drzew odcinające się od ciemnobłękitnego nieba, na którym próżno było szukać jakichkolwiek chmur.
– Najlepsza pogoda, jaką można sobie wyobrazić… – mruknął i oparł głowę na jej ramieniu.
– Kochasz mnie? – spytała nagle w tak dobrze znany mu sposób.
– Bardzo, kotku.
Siedzieli jeszcze kilka minut w milczeniu.
– Chyba tak wygląda raj… – zaczęła szeptem, ale zaraz ucichła.
Zamyślił się, wsłuchany w nieprzeniknioną ciszę lasu. Poszybował myślami ku ich pierwszej wizycie w tej górskiej mieścinie przed trzydziestoma laty. Byli wtedy tacy inni! Po dziecinnemu bezrefleksyjni, odurzeni wolnością po długich miesiącach rodzicielskiej kontroli, kiedy to, tuląc się w jego blokowej klitce, musieli odskakiwać od siebie jak oparzeni na dźwięk kroków w przedpokoju. Pamiętał, że pierwszego dnia w górskiej chatce Hanka była przygnębiona, tęskniła za domem i zdawała się zupełnie nieprzystępna. Czuł się bardzo rozczarowany, bo Bóg wie, co sobie wyobrażał przed wyjazdem. Pierwszej nocy po prostu powiedziała dobranoc i odwróciła się do niego plecami. Jednak już następnego ranka kochali się namiętnie, po raz pierwszy tak naprawdę poznając mapy swoich ciał. Potem, dopiero koło południa, wyszli na spacer i właśnie wtedy przyplątał się do nich łaciaty kundelek, który tak wytrwale wędrował z nimi przez kolejne dni…
– O czym myślisz? – głos Hanki wyrwał go z zamyślenia.
– O nas. O naszym pierwszym wyjeździe.
– Ja też czasami wracam do tego pamięcią… – przyznała szeptem. – Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi.
– Dlaczego to wszystko musiało się skończyć? – zapytał, patrząc przed siebie, jakby oczekiwał odpowiedzi od rzędów pni.
– Kotku, daj spokój. W jej głosie słychać było znużenie. – Tyle razy była o tym mowa. Nie udźwignęliśmy choroby twojego ojca. Zamknąłeś się w sobie, otuliłeś swoim bólem, a ja musiałam zostać na zewnątrz. Poczułam się odepchnięta…
– Tak… – westchnął. – To była moja wina.
– Nie było w tym niczyjej winy. Po prostu fatalny zbieg okoliczności. To nas przerosło.
Zamilkli oboje, przypatrując się dzięciołowi, który zupełnie blisko wczepił się pazurkami w konar i zaczął miarowo uderzać w niego dziobem. Hanka wstała i energicznie otrzepała spodnie.
– Idziemy! – zarządziła.
Po pół godzinie doszli do otoczonej drewnianym płotkiem kapliczki z umęczonym Chrystusem, bolejącą Maryją i Świętym Janem Ewangelistą. Popatrzył w półprzymknięte oczy konającego na krzyżu. Hanka czytała historię kapliczki na tablicy informacyjnej.
– Wiesz, że postawiła tę kapliczkę dziewczyna z Bielska, która tu wypoczywała. Poznała w Brennej chłopca, ale rodzice go nie akceptowali. Właśnie tu spotkali się po raz ostatni… – relacjonowała mu przeczytane rewelacje.
– Wzruszające – mruknął i spojrzał na dziesiątki zawieszonych pod tablicą kłódek. – Ludzie to wszędzie muszą te kłódki wieszać! – warknął zirytowany.
– Kotku…
Niespiesznie poszli dalej. Nagle usłyszeli gwałtowny szelest w zaroślach. Hanka natychmiast przywarła do niego i wpatrywała się z niepokojem w krzaki. Przygarnął ją mocniej.
– Nie bój się. To pewnie dzik. Zaraz sobie pójdzie – uspokajał. Przypomniał sobie, że tak samo tuliła się do niego przed trzydziestoma laty, kiedy podczas wędrówki dotarli do ponurej szopy i w żartach zagroził, że ją tam zamknie. Zawsze miewał sadystyczne inklinacje, ale obracał to w żart.
Przytuliła się.
– Przy tobie czuję się taka bezpieczna – wyszeptała. – Powiedz, że już zawsze będziemy razem.
– A jak sobie to inaczej wyobrażasz? – zapytał z uśmiechem. – Przecież ja żyć bez ciebie nie mogę.
– Ale ja odejdę z tego świata pierwsza, dobrze? Nie umiałabym być bez ciebie.
– Co za pierdoły!
– Albo razem…
– Przestań, proszę!
Uśmiechnęła się i przywarła do niego całym ciałem. Poczuł zapach jej włosów, który zawsze przyprawiał go o zawrót głowy.
– Kocham cię – wyszeptała.
Przygarnął ją mocniej. Potem nagle wyswobodziła się z jego uścisku i popatrzyła dookoła.
– Która godzina? – zapytała nieco trwożnie. – Chyba już robi się ciemno…
– Dochodzi czwarta.
– Kotku, chodźmy, bo zmrok nas dopadnie.
Poszli najpierw wśród drzew, między którymi migało miodowe światło powoli zachodzącego słońca. Po pewnym czasie wyszli na niewielką polanę i stanęli bez ruchu, urzeczeni nieziemskim widokiem morza mgły, pełzającej w dolinach po obu stronach wzniesienia.
– Boże, jakie to piękne! – wykrzyknęła Hanka.
– Nieziemskie!
Przeszli jeszcze kawałek i dostrzegli w oddali wieżę widokową. Słońce zdawało się tonąć w białych oparach. Wszystko dookoła pływało w oceanie rozświetlonej mgły. Hanka przyspieszyła kroku.
– To będzie widok! – powiedziała zdyszana.
Wieża była bardzo wysoka. Popatrzył na ostatni podest i lekko zadrżał.
– Jesteś pewna, że chcesz tam wejść? – zapytał niepewnym głosem.
– Kotku! Co to będą za zdjęcia!
Zaczęli mozolną wspinaczkę. Schodki były wąskie i bardzo śliskie. Zawsze miał lęk wysokości i starał się nie patrzeć pod nogi. Hanka wspinała się jak w transie. W końcu stanęli pod samym dachem i rozejrzeli się z zapartym tchem.
– Bajka! – powiedział i zrobił zdjęcie doliny zasłanej mgłą. Hanka w milczeniu, nieco sztywnym krokiem odeszła w kierunku przeciwległej barierki.
– Patrz! – wskazała na coś za jego plecami. – Musisz to sfotografować!
Odwrócił się i zaczął uważnie patrzeć na panoramę gór.
– Ale co? – zapytał i odwrócił się w jej kierunku.
Zamarł.
Kobieta stała na poręczy, wpatrując się jak zahipnotyzowana w rubinowe słońce.
– Boże, jaka jestem szczęśliwa! – wykrzyknęła.
– Zejdź! – ryknął i poczuł rozlewającą się po całym ciele panikę.
– Chcę zatrzymać tę chwilę na zawsze! – ostatnie słowa Hanki poszybowały w dolinę.
Pochyliła się do przodu i skoczyła w gęstniejącą mgłę.
– Nie!!! – jego głos był jak skowyt śmiertelnie zranionego zwierzęcia. Wrzask odbił się echem od ściany lasu, ale zaraz potem zapanowała cisza. Mgła otuliła już wszystko.