
Wywiad z Andrzejem Debrinem
ukraińskim aktorem teatralnym i filmowym oraz byłym żołnierzem rozmawia Natalia Czintaljan
– Bardzo miło jest mi spotkać Pana wreszcie na żywo.
Wczoraj obchodziliśmy Dzień Wojsk Łączności[1]. Czy mogę złożyć Panu życzenia, wiedząc, że Pan również służył w armii?
– Tak, okazuje się, że teraz jest to także moje święto zawodowe. W pierwszych tygodniach wojny trafiłem do brygady łączności i odtąd również jestem „łącznościowcem”. W wieku pięćdziesięciu lat to doświadczenie okazało się bardzo przydatne – zresztą, jak wiadomo nie tylko mnie.
– Dziękuję za służbę i za to, że bronił Pan naszego kraju – choćby nawet informacyjnie. To również bardzo cenne.
Chciałabym zapytać o Pańską drogę artystyczną. Rodzice nie byli związani z aktorstwem, prawda? Ojciec był wojskowym. A mama?
– Rzeczywiście, moja rodzina nie miała bezpośrednich związków z teatrem czy kinem. Ale ze strony ojca wszyscy byli muzykalni. Ojciec pisał wiersze, grał na akordeonie. Później powołano go do wojska – podobnie jak mnie, do wojsk łączności. Mama natomiast ukończyła szkołę gastronomiczną i podczas wydarzeń na Węgrzech skierowano ją do jednostki wojskowej, gdzie prowadziła stołówkę oficerską. Tam właśnie się poznali. To mama zaszczepiła we mnie miłość do domowej kuchni – tak silną, że w dzieciństwie nie byłem w stanie jeść w stołówkach czy obozach pionierskich.
– Rodzice nigdy nie kierowali mnie w stronę sztuki, więc ich szok był ogromny, gdy postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Nie miałem pojęcia, co mnie tam czeka.
Rodzina i strata
– Chciałabym zapytać o Pańską siostrę Marinę, która niestety nie żyje. Czy zechciałby Pan powiedzieć, jakie były okoliczności Jej śmierci oraz jakie towarzyszą Panu wspomnienia?
– To trudne… Teraz zostałem jedyną osobą z rodziny. Marina zmarła w 2009 roku, dwa lata później odeszła mama, a w zeszłym roku ojciec. Zostają mi jedynie wizyty na cmentarzu. A przecież gdy wracałem do rodzinnego domu, miałem ochotę krzyknąć: „Jestem w domu!”. Z Mariną byliśmy bardzo blisko, zwłaszcza w dzieciństwie i młodości. Miała ognisty charakter, często kryliśmy nawzajem swoje dziecięce występki.
Rodzice nie mówili mi całej prawdy o jej chorobie. O tym, że cierpiała na stwardnienie rozsiane, dowiedziałem się dopiero z telewizyjnego reportażu. Wtedy zrozumiałem, że jest to niezwykle groźne i natychmiast zadzwoniłem do rodziny, by szukali lekarzy. Niestety, wcześniej stracono czas na „uzdrowicieli” i znachorów. Gdy zaczęto leczenie, było już za późno.
Pamiętam, że po pogrzebie przyśniła mi się w pięknej białej sukni i powiedziała: „Andriusza, mnie jest teraz bardzo dobrze”.
Teatr i kino
– Co spowodowało, że wybrał Pan kino, a nie teatr?
– Nawet kiedy już studiowałem aktorstwo, nie byłem pewien, czy to moja droga. Pewność przychodziła stopniowo, z każdym egzaminem i kolejną rolą. Choć w dyplomie wpisują „aktor teatru i kina”, nikt tak naprawdę nie uczy nas gry przed kamerą – to trzeba odkrywać samemu.
Pod koniec studiów aż siedem teatrów chciało mnie zatrudnić. Pierwszą rolą, jaką zagrałem, był… sześcioletni chłopiec ormiański. Pracowałem wówczas w Teatrze Dramatycznym i Komedii, później w Teatrze Rosyjskim (dziś Narodowy Akademicki Teatr im. Łesi Ukrainki). Tam obsadzano mnie głównie w masowych scenach. Był też czas, że prawie pożegnałem się z aktorstwem i pracowałem w serwisie samochodowym.
I wie Pani – może gdyby nie to, nigdy nie spotkałbym swojej żony ani nie doczekałbym się synów.
O aktorstwie i telewizji
– Dziś w kinie często widzimy celebrytów zamiast zawodowych aktorów. Jak Pan to ocenia?
– To katastrofa. Kino i teatr istnieją po to, by widz przeżył emocję, zobaczył prawdziwą energię. Jeśli ktoś sprzedaje tylko medialną twarz – niech powie to wprost. Ale to nie jest sztuka.
– A jak Pan patrzy na aktorów bez wykształcenia?
– W teatrze bardzo trudno jest grać bez znajomości podstawowych praw sceny. W kinie jest inaczej: kamera od razu demaskuje fałsz. Tam stawia się na naturalność.
Ale zdarzają się wśród amatorów prawdziwe talenty.
– Prowadził Pan program „Realna mistyka”. Nie obawiał się Pan, że zostanie „aktorem jednej roli”?
– Cały czas się tego bałem. W pewnym momencie policzyłem, że w ciągu roku zagrałem 28 bandytów! Często byłem więźniem własnego wizerunku. Dlatego brałem udział nawet w studenckich produkcjach – bez honorarium – żeby wyrwać się ze schematu. Teraz częściej gram oligarchów (śmiech).
Wojna
– Jak wyglądał Pana dzień jako żołnierza?
– W brygadzie łączności zajmowałem się m.inn. mediami: prowadziłem wywiady, obsługiwałem media społecznościowe, przygotowywałem materiały tak, by nie pokazywać twarzy żołnierzy. Dzięki kontaktom zaprosiliśmy znanych artystów – m.in. Adę Rohowcewą, Oksanę Sumską, Pawła Zibrowa – by nagrali życzenia dla naszych chłopaków.
Po dwóch operacjach – serca i kolana – zostałem zwolniony ze służby. Teraz znów jestem cywilem.
– Czy i jak zmienił się Pański stosunek do języka rosyjskiego?
– Radykalnie. Wcześniej w domu rozmawialiśmy po rosyjsku. Po 2022 roku – już tylko po ukraińsku. Nawet synowi było przykro słyszeć rosyjski. I nie jest to kwestia podziału ludzi – po prostu nie możemy dawać wrogowi pretekstu, by manipulował językiem.
Rodzina
– Jak poznał Pan swoją żonę, Olesię?
– Poznaliśmy się dzień po premierze spektaklu „Mandragora”. Ona akurat zerwała się z zajęć w Instytucie, a ja zostałem na noc w teatrze. Rano otwieram oczy – a nade mną stoi dziewczyna… I tak jesteśmy razem do dziś.
– Czy to prawda, że oświadczył się Pan w… McDonaldzie?
– Tak! Pokłóciliśmy się wtedy, ale zrozumiałem, że bez niej będzie mi gorzej niż z jej wadami. Pojechałem za nią do miejscowości, w której mieszkali jej rodzice, spotkaliśmy się na dworcu i tam – w McDonaldzie – uklęknąłem. Pierścionek zaręczynowy był później, bo wtedy byliśmy biednymi studentami.
– Co Pan najbardziej ceni w żonie?
– To, że zawsze była obok – niezależnie od tego, czy spadałem nisko, czy wspinałem się wysoko.
Dzieci
– Ma Pan trzech synów: Romana, Ilję i Dmytra. Czy mogę zapytać, czym się zajmują?
– Dmytro interesuje się naukami ścisłymi, marzy o Nagrodzie Nobla, poszedł w stronę IT. Ilja lubi rysować – planujemy zapisać go na kółko plastyczne. Roman wybrał muzykę, gra na saksofonie. Każdy z nich idzie własną drogą – jedni doceniają wolność wyboru, inni – że ich pokierowaliśmy.
– Co przede wszystkim stara się Pan wpoić synom?
– Godność i poczucie, co znaczy być mężczyzną, a także zdrowy egoizm i szacunek do siebie.
Pasje i działalność społeczna
– Skąd u Pana praktyka qigongu?
– Zacząłem w 2006 roku. To, co dla jednych jest jogą, dla mnie było qigongiem. Trafiłem na książkę, później na ludzi, którzy mnie zainspirowali. To bardzo pomaga zdrowiu i rozwojowi.
– Czy mógłby Pan opowiedzieć nieco o współpracy z Fundacją Rinata Achmetowa przy projekcie „Twoja Supermoc”?
– Jeździliśmy do dzieci mieszkających w domach dziecka. Każdy uczestnik miał opowiedzieć o swojej „supermocy”. Ja także dzieliłem się swoją historią, by pokazać dzieciom, że warto wierzyć w siebie i swoje marzenia. To wszystko odbywało się na zasadzie wolontariatu.
– Panie Andrzeju, bardzo dziękuję za to szczere i poruszające spotkanie.
– A ja dziękuję za ciekawe pytania.
[1] Dzień Wojsk Łączności obchodzony jest 8 sierpnia