Siadam za nauczycielskim biurkiem i przez dłuższą chwilę patrzę na twarze uczniów. W głowie niepokojąca pustka, właściwie to nie wiem, co mam teraz robić, przed oczami wirują mi dziwne ruchliwe punkciki, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa – zawsze, kiedy się pojawiały, chciałem je zatrzymać w polu widzenia, ale one pierzchały na wszystkie strony. Uczniowie ciągle siedzą w cierpliwym bezruchu, ale wiem, że za chwilę zaczną się niespokojnie wiercić, bo takie zawieszenie klasowej rutyny, nie może przecież trwać zbyt długo. Należy niezwłocznie uruchomić lekcyjny mechanizm i niech wreszcie ruszy ten podajnik taśmowy z wiedzą. Przecież już kilka minut temu powinienem był sprawdzić listę obecności, zapytać o pracę domową, zaznaczyć w dzienniku nieprzygotowania, zapisać na tablicy datę i temat… Żaden z tych punktów nie został zrealizowany, bo w głowie mam dziwną pustkę.
Przekręcam się w prawo i zerkam przez okno pracowni na kołysane wiatrem szczyty świerków. W oddali wznosi się strzelista wieża kościoła parafialnego, dalej po lewej stronie widać ogromną górę powstałą w miejscu wysypiska śmieci. Za oknem wszystko po staremu: białe obłoki szybują bezgłośnie jak tysiąc lat wcześniej, pnie drzew obrastają w słoje późnego drewna, słońce świeci, ale wraz z nastaniem jesieni, jego promienie zdają się tracić ciepło…
– Czy pan się dobrze czuje? – słyszę nagle głos Zuzi, która siedzi w pierwszej ławce i zawsze zadaje dociekliwe pytania, na które lubię odpowiadać. Dziewczynka przygląda mi się bacznie z lekko przekrzywioną głową, jakby obserwowała przebieg jakiegoś eksperymentu z udziałem żywego stworzenia. Zawsze odpowiadam na jej pytania, więc i teraz próbuję, ale najpierw muszę wejrzeć w siebie, ocenić swoje samopoczucie. Robię to i z przerażeniem stwierdzam, że wcale nie czuję się dobrze – coś ciemnego zaczyna mnie przytłaczać od środka, narasta w szybkim tempie, wypełnia mnie napierając na organy wewnętrzne w szczególności na serce, które bije z coraz większym mozołem. Otwieram usta, żeby jej odpowiedzieć, ale zamiast wypluć z siebie grupę fonemów, łapczywie nabieram powietrza, bo zaczyna mi go dramatycznie brakować. Krew odpływa mi z twarzy, w rękach i stopach czuję mrowienie, jakby zalęgły się w nich kolonie malutkich owadów. Okno! Natychmiast otworzyć okno! Wstaję gwałtownie i zataczam się jak pijany. Przed oczami znowu wirują plamki, ale teraz są czarne i przez moment wyobrażam sobie, że to wypłoszone ze starej szopy stada nietoperzy. Opieram się plecami o zimną ścianę i ciężko dyszę. Pot spływa mi po czole i szyi, zaraz potem wije się na plecach jak zimny, wilgotny robak. Wstrząsa mną dreszcz i osuwam się na podłogę.
– Co panu jest?! – słyszę czyjś głos, ale już nie jestem w stanie go zidentyfikować.
Dochodzę do siebie na kozetce w gabinecie szkolnej pielęgniarki. Unoszę stukilogramowe powieki i widzę nad sobą wielką brodawkę przyozdobioną kępką włosków. Potem mozolnie umiejscawiam ją w kontekście twarzy, którą w końcu identyfikuję, jako należącą do pani Stefy.
– Wreszcie! – mówi pielęgniarka. – Ależ nam pan napędził strachu. Pogotowie zaraz tu będzie.
Chcę powiedzieć – nie trzeba – ale dźwięki wczepiły się w gardło od środka i za nic nie chcą wyjść. Unoszę głowę. Czoło mam zroszone potem.
– Proszę się nie ruszać. Miał pan bardzo wysokie ciśnienie: 190/110. Pewnie czeka pana szpital.
Znowu muszę jej coś powiedzieć: nie mogę iść do szpitala, bo z 5c zacząłem czas Past Simple i koniecznie trzeba im to wytłumaczyć do końca, zrobić ćwiczenia… Za oknem rozlega się dźwięk syreny, przypominający jęk rannego zwierzęcia. Opadam na kozetkę bez sił. Po chwili do gabinetu wchodzi niemłody już lekarz z sanitariuszem taszczącym nosze. Od razu dostrzegam tłustą plamę na fartuchu doktora i ta plama zaczyna zaprzątać moją uwagę. Może w ten sposób organizm broni się przed konfrontacją z przykrymi faktami?
– I co my tu mamy? – mruczy lekarz i zaczyna mnie badać. Wyczuwam delikatny zapach jego wody po goleniu. Znowu mierzy ciśnienie, które nadal jest wysokie. Osłuchując mnie, marszczy czoło.
– Nie podoba mi się to… – mówi bardziej do siebie niż do pozostałych osób. Nie pocieszają mnie jego słowa. Czuję, że ucisk w piersi jeszcze się wzmaga.
– Zabieramy pana do Kolejowego – mówi w końcu zdecydowanym głosem.
Dobrze, że trwają lekcje – przemyka mi przez myśl. – Nie będzie sensacji…
Kładą mnie na noszach i znoszą na parter. Potem szybki transfer do karetki. Zaciekawione spojrzenia woźnych i już mkniemy na sygnale. W szpitalu nie czekam – od razu zabierają mnie do gabinetu na badania. Młoda kobieta przypina mi elektrody EKG.
– Czy ktoś w pana rodzinie miał zawał? – pyta, nie przerywając swoich profesjonalnych czynności. Czuję zimny pot na plecach.
– Tak, ojciec – odpowiadam drżącym głosem. Jedną nogą już jestem w grobie.
Po badaniu dają mi leki i wiozą na kardiologię. Okazuje się, że w sali będę tylko ze starszym facetem o smutnych oczach i ziemistej cerze. Od razu dostrzegam jakieś papierowe teczki i dokumenty rozłożone na jego stoliku i częściowo na łóżku. Mężczyzna wita się ze mną i po chwili wraca do czytania i notatek. Po pewnym czasie telefonuje do jakiegoś urzędu, potem chyba do komisu samochodowego. Kładę się na chłodnej pościeli i spoglądam przez nieco przybrudzoną szybę. Całkiem blisko, niemal pod samym oknem przemykają przechodnie, co jakiś czas słychać przytłumiony odgłos przejeżdżających samochodów. Późne popołudnie niepostrzeżenie przechodzi w wieczór. Ożywają uliczne latarnie. Nie chce mi się czytać, zresztą nic nie mam. Mogę tylko patrzeć przez okno na pustoszejącą powoli ulicę. Zaczyna mżyć, szyba zachodzi kropelkami. O osiemnastej przynoszą skromną kolację: dwie kromki chleba, plasterek wędliny, pół pomidora i grudkę twarogu. Jemy w milczeniu, mój towarzysz w zasadzie tylko skubie, odstawia talerz i wraca do swojej roboty, która zdaje się całkowicie go pochłaniać. Znowu patrzę przez okno. W odrapanej kamienicy naprzeciwko zapalają światła. Widzę wnętrze pokoju z kolorowymi plakatami na ścianach i piętrowym łóżkiem. Na dolnym posłaniu siedzą dwie dziewczynki i grają w jakąś grę planszową. Widzę ich żywiołowe reakcje, spontaniczne gesty. Zaśmiewają się z czegoś bezgłośnie, cała scena przypomina kadry z niemego filmu. Inny świat – myślę. – Jestem w domenie cierpienia, a one w sferach śmiechu i radości… Po chwili do rozświetlonego pokoju wchodzi jakaś kobieta i częstuje dziewczynki pączkami.
– Starczy na dziś! – słyszę głos mojego towarzysza szpitalnej niedoli. – Za ciemno.
Odwracam głowę od okna. Starszy pan skrupulatnie pakuje dokumenty do papierowych teczek i foliowych koszulek.
Uśmiecham się do niego przyjaźnie. W odpowiedzi on sięga do stojącej przy łóżku torby, wyjmuje paczkę delicji, otwiera i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką.
– Niech się pan częstuje! – mówi.
– Bardzo dziękuję.
– Położę na stoliku, proszę brać. Zaraz wrócę, pójdę tylko zapalić.
Patrzę na niego zdumionym wzrokiem.
– Mi już nic nie zaszkodzi… – odpowiada enigmatycznie z cieniem uśmiechu na wąskich, spieczonych ustach.
Sięgam po delicję i nie wiadomo dlaczego pamięć przywołuje obraz ojca sprzed dwudziestu pięciu lat. Widzę go, jak stoi w naszym blokowym przedpokoju w tej swojej ciężkiej jesionce, którą pamiętam dziś lepiej niż jego twarz i tryumfalnie pokazuje dwie paczki delicji, jakimś sposobem wydobyte z czeluści najgłębszego kryzysu ekonomicznego. Przypominam sobie te chwile ekstatycznego szczęścia i mimowolnie odwracam głowę w kierunku rozświetlonego jeszcze przed kilkoma minutami pokoju dziewczynek. Widzę tylko czarny kwadrat okna.
Starszy pan wraca i siada na swoim łóżku. Czuć od niego dym papierosowy. Siedzimy tak w milczeniu, bo nie wiem, co powiedzieć. W końcu cisza staje się nie do zniesienia.
– Długo pan tu jest? – zadaję pierwsze z brzegu pytanie. Chociaż wcale mnie to nie obchodzi.
– Kilka dni – odpowiada. – Drobny problem, już dali sobie z tym radę.
– No, ale mówił pan, że…
– Że nic mi już nie zaszkodzi… Bo to prawda. Umieram, zostało mi kilka tygodni. Rak prostaty z przerzutami. To końcówka, proszę szanownego pana.
W tej samej chwili hałaśliwie dzwoni jego telefon. Mężczyzna patrzy na ekran i odbiera.
– Tak, kochanie? Dzwoniłem i tu i tu. Tak… Jak jutro przyjdziesz, to dam ci to pismo. Przyjmą auto, trzydzieści tysięcy. Tak. Dobrze. To pa, do jutra.
Odkłada telefon na stolik i patrzy na mnie tymi swoimi smutnymi oczami.
– To żona. Przepisałem na nią mieszkanie i działkę, wstawiam auto do komisu… Chcę wszystko dopiąć na ostatni guzik. Takie ostateczne porządki.
Milknie i zerka na gęstniejący za oknem mrok. Kropelki na szybach zniekształcają obraz ulicy, zalanej zimnym światłem latarni i dzięki temu wszystko zdaje się rozkołysane – ludzie przelewają się po chodniku, auta zmieniają kształty. Siedzimy tak w ciszy, wsłuchując się we własne niewesołe myśli. Potem, jak na komendę, obaj kładziemy się w swoich łóżkach. W pokoju jest już całkiem ciemno z wyjątkiem wąskiego pasa światła wpadającego przez okno jak intruz. Wpatruję się niewidzącym wzrokiem w sufit i mógłbym przysiąc, że towarzysz mojej szpitalnej niedoli robi dokładnie to samo. I w tej samej chwili nachodzi mnie myśl, że ten pobyt tu ma głęboki sens. Tak naprawdę moje ciało działa teraz bez zarzutu i zupełnie nie martwię się o wyniki badań. Wszystko to zostało ukartowane przez mózg: zasłabnięcie w szkole, mroczna salka szpitalna, dziewczynki w oknie naprzeciwko, ten umierający facet… Nic nie dzieje się przypadkowo. Wrzucono mnie w domenę cierpienia, bo sam przed sobą nie chciałem przyznać, że moje życie obrało ostatnio zły tor i mknęło ku katastrofie. Tylko tu mogę zdobyć się na refleksję i podjęć decyzję…
Odwracam głowę w kierunku majaczącego w ciemności nieruchomego kształtu na sąsiednim łóżku. Mój towarzysz niedoli już zasnął. Ja jakoś nie mogę…