+48 736-84-84-44

Tańczą na grobach…

dawnych autorytetów dzisiejsi idole.

            Wszystko, co strywializowane, zbanalizowane, przemielone, wypłuczynami wyzbyte z treści, wyłazi z kompostownika historii, jak zdeptany robak anachronizmu. I drąży w taśmie wspomnień, jak w jabłku, korytarze pamięci.

Nie ma już prawdy w byciu i trwaniu. Głowy są puste, wydrążone jak dynie, wydrylowane jak wiśnie. Gonią w somnambulicznym, zombim tańcu konsumpcjonizmu, poszukując poklasku i zasięgów. Zatracone zostało prawdziwe życie, nie ma w nim iskry, brak już życia w życiu. Wirtualny świat wchłonął nas, widocznie miał większą powierzchnię płuc.

O! wrażliwości mętna potęgo.

Można się poryczeć, bo na uderzenie w stół pięścią, a nawet nożycami, czas już (być może bezpowrotnie) minął.

Moje pokolenie, utetłane we wspólnym doświadczeniu jak placki w starej fryturze tłuszczu, tęskni za minionym stuleciem prawdy w sztuce i egzystencji.

            Mistrzowie Piwnicy pod Baranami śpiewali kiedyś bez mikrofonów, bo mieli głos, talent i potrzebę bliskości z odbiorcą. Wskażcie dziś idola, który to potrafi. Sprzedają się stadiony, ale nie przetrwały wczorajsze ideały.

Dziś panie, panowie nie tańczą na moście w Avinion, co najwyżej na moście  hańby  w Zaleszczykach.

            Demarczyk mówiła, że gdy pierwszy raz ktoś jej wspomniał o brykach, uznała to za żart, i nawet poszła to sprawdzić w księgarni. A przecież dziś to już nikogo nie tylko nie dziwi, ale tym bardziej nie gorszy, że poezję trzeba młodzieży streszczać w brykach. To się kiedyś nie mieściło w mądrych, wciąż poszukujących i głodnych rozwoju głowach.

            Teatr Demarczyk przegrał z ustrojem, prawem i pieniędzmi. Może nie ma już miejsca dla skansenów wrażliwości. Dziś w sali kolumnowej siedzą influanserzy. Świat mają u stóp i on teraz do nich należy.

            Nieruchome oko Demarczyk było jej znakiem rozpoznawczym, którym hipnotyzowała publiczność, a czym są wykute dłutem chirurgii plastycznej: skamieniałe, nieruchome, jednakowe twarze współczesnych idolek, tego nie wiem.

Woskowe gwiazdeczki jednego sezonu zyskują popularność już nie tylko dlatego, że tańczą, śpiewają, fikają koziołki i pokazują się w skąpym ubraniu lub bez. Dziś największą rozpoznawalność i pieniądze zyskują ci z yotubowych filmików, którzy jedzą, podróżują, komentują swoje śniadania, podpowiadają, jak świętować i co kupować. Wyznaczają trendy. Podsycają w ludziach potrzebę podglądania i komentowania. A ludzie, jak to ludzie, lubią mieć poczucie sprawczości, nawet jeśli tylko pozornej i chwilowej. Wierzą, że ich komentarze, subskrybcje i lajki stanowią istotę życia, jego głębię i sens.

Jestem jaki jestem-  zdają się mówić filmiki z nadmuchanego, landrynkowego celebryckiego życia. Kim są owe wydmuszki? To dzisiejsza baza internetowej elity ekonomicznej. Najlepiej zarabiający w tym kraju. Sprzedają mody, kosmetyki, porady, jedzenie, wygodę, podróże i hektolitry próżności.

Te bardziej ambitne produkcje, skłaniające do myślenia, są ledwie marginalne, niszowe. To nie są czasy, w których godzimy się na jakikolwiek wysiłek intelektualny.

            Kiedyś ludzie w ramach odreagowania kieratu codzienności, spotykali się, a w rozmowach, dobrach i wytworach kultury szukali głębi; teraz wystarczają im seriale i zakupy.

            Przed wojną panna Andzia stworzona przez Szlengla, to ta, która miała wychodne raz w tygodniu; a dziś to pannica paradująca na ściankach z torebkami za kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Pokazuje się męża, dziecko, matkę, teściową, psa, garnki, świece i buty. Z filmików można żyć dostatniej niż z kręcenia pełnometrażowej fabuły.

O! kinematografii upadły aniele.

Mieszkają sobie ci domorośli filmowcy w wili z basenem, dziecko w księżniczkowym pokoju zatopionym w różu, w którym od króliczków i kokardeczek aż się roi, i ani jednej książeczki w całej tej posiadłości. Ale kto by tam dziś zaprzątał dziecku umysł książkami, chyba tylko taki anachroniczny mól… jak ja.

Normalność przybrała postać archeologicznej ciekawostki, a zwyczajny dom skansenu. Ucieleśnianiu idei, brak wzniosłego ducha.

            Kilka lat temu były Zosie i Gosie, które próbowały: śpiewać, tańczyć, gotować, jeździć na łyżwach, pokazywać, odsłaniać, zaistnieć, a dziś nagrywają filmiki i stand upy.

            Ludzie tęsknią za podglądaniem swoich idoli, lecz dość szybko przechodzą od podziwu i wiary w ich zaklęte potencjały nadzwyczajności do zazdrości o życie w poklasku i luksusie. Jedno i drugie, zwykle prędzej niż później, denerwuje obserwatorów, którzy zaczynają dostrzegać pasożytniczy tryb życia swoich idoli, co od uwielbienia prowadzi do hejtu. I rozpoczęcia całego procesu na nowo z innym idolem.

Degradacja ludzkości postępuje szybciej niż globalizacja.

            Nauczyciel, który musiał skończyć studia, wziąć na barki brzemię odpowiedzialności za młodzieży chowanie, za egzaminy, matury, który po nocach ślęczy nad testami, zeszytami, rewalidacjami, zarabia miesięcznie średnio 4 tys. zł, podczas gdy youtuber za kilkuminutowy filmik o walorach umieszczonych w tezie: im głupszy tym  lepszy, zgarnia zań kilka milionów.

O! Aktywnie subskrybowana niesprawiedliwości.

            Gdzie są ci, którym kultura leży na sercu, nie na wątrobie, ani tym bardziej niżej?

O! retoryki upadły duchu.

            Demarczyk nie dożyła chwili odzyskania swojego teatru w Krakowie, a Justyna Sieńczyłło walczy w Warszawie o Teatr Kamienica już 12. rok, bo choć wraz z mężem Emilianem Kamińskim stworzyli  to miejsce od podstaw z zaszczurzonych magazynów, nic tam nie należy do nich, ani metr nie jest ich własnością. A w 2015 r. podstawiony cwaniakowaty słup próbował dokonać przejęcia budynku kamienicy przy al. Solidarności 93.

Odebrano uczciwym, ciężko pracującym ludziom kawał życia, zdrowie i spokój. Na szczęście duet Kamiński-Sieńczyłło nigdy się nie poddał.

            Demarczyk straciła trzy krakowskie siedziby teatrów: przy ul. Floriańskiej (na rzecz księży misjonarzy), przy Królowej Jadwigi (na rzecz McDonalda) i przy ul. Gazowej na Kazimierzu, gdzie najechała teatr grupa pseudoochroniarska, nasłana przez pełnomocnika- słupa, którego zleceniodawcy zaczęli uzurpować sobie prawa do budynku dopiero po jego remoncie, na podstawie przypadkowej zbieżności nazwisk słupa z właścicielem rzeczonej lokalizacji.

            Decydentem w sprawie istnienia teatrów powinna być publiczność i póki ona chce w nich bywać, póty one winny tam istnieć.

Teatr prowadzony przez panią Ewę Demarczyk był państwowy, pieniądze (w tym również te na remont) dał urząd wojewódzki, miasto nic, czy zatem Małopolsce nie powinno zależeć na jego istnieniu i rozkwicie instytucji, którą wsparli finansowo?

O! Pytanie rzucone w próżnię.

            Ludzie zawsze mieli tendencje do podglądania, jeszcze przed wojną zdarzało się, że chodzili do teatru z lornetkami, by podglądać czy pocałunek Ordonki z Osterwą jest prawdziwy, jednak mimo wszystko dawniej trzeba było coś umieć, wiedzieć, osiągnąć, zdobyć, żeby móc pretendować do bycia autorytetem.

O! nieszczęsne zgliszcza pokory i skromności.

Ale może jakie czasy, takie autorytety…

            Czym zatem różni się autorytet od idola?

Autorytet idzie z merytoryczną przesłanką, by dzielić się tym, co umie i wie, by dzielić się sobą od momentu wyjścia do ludzi do momentu zejścia ze sceny.

Idol natomiast jest dla ludzi, gdy dzieli się swoimi farmazonami, całodobowo udając eksperta w każdej sprawie. Wynurza się z niebytu, by pokazać swój: talerz, toaletę, kota, dziecko, samochód, torebkę.

Autorytet żyje w imię swojego kodeksu, zaczynającego się od: Hola hola, nie wszystko jest na sprzedaż, podczas gdy idol wręcz przeciwnie, od: Wszystko jest na sprzedaż, to tylko kwestia dogadania ceny.

To dwie różne kasty.

Autorytety to inteligencja, artyści, którzy chcą rozmawiać o muzyce, malarstwie, literaturze, nie o tym gdzie, z kim i za ile zjedli właśnie śniadanie.

Autorytet zwykle jest też po szkole: muzycznej, plastycznej, aktorskiej, dziennikarskiej, generalnie zapewniającej pewien, oparty o wszechstronność, rozwój duchowy. Idol natomiast myśli, że nie musi, bo posiadł już wystarczającą wiedzę, umiejętności i rząd dusz.

Tylko co to za dusze: pstrokate i brokatem upstrzone, w których wiatr hula w pustych jak bębny czerepach. A i łaska pańska nie na wieczność dana i na równie pstrym koniu pędząca.

            O ile autorytet wierzy w swoją twórczość, swój repertuar, emocje będące nośnikiem prawdy; o tyle idol ufa w ilość polubień pod zdjęciem czy filmikiem.

Dzisiejsi idole to w dużej mierze celebryci znani z bycia znanymi.

Autorytet robi to, co umie, co kocha i w co wierzy, idol natomiast w to, co kalkuluje sam, co podpowiada mu algorytm bądź menager, co mu się opłaca.

Idol to sito dziurawej natury, artysta zaś to ubogacające sito dwupoziomowe, które z jednej strony wpuszcza emocje, by z drugiej wypuścić je, przefiltrowane przez swoją wrażliwość.

          Kazimierz Wyka i Miron Białoszewski byli przeciwni śpiewaniu wierszy i przekształcaniu ich w piosenki, mimo iż chodziło jedynie o dodanie muzyki, bez ingerencji w warstwę słowną. Jednak obaj usłyszawszy wykonanie Demarczyk w Sopocie, wycofali się ze swych zarzutów i wątpliwości, choć sama wykonawczyni bardzo się bała, że jeśli napiszą do Pagartu, do występu może nie dojść. Ale, jak widać, talent obronił się.

            Autorytety są utkane z rozedrgania, nadwrażliwości, wyjątkowości, ulotności deszczu i mgły zamkniętej w sztuce; podczas gdy idole, zwłaszcza ci z show-biznesu, są jak szalik zadzierzgnięty wokół kariery, zasięgów i pieniędzy.

Recenzje o artystach pisali dawniej: Słonimski, Sandauer, Kisielewski, a dziś jeśli idzie o idoli, opiniotwórczymi są portale typu: Pudelek czy Kozaczek.

            Andrzej Rosiewicz, pół żarem pół serio, podsumował kiedyś podium polskiej muzyki,  w której jego zdaniem na pierwszym miejscu była zawsze Ewa Demarczyk, potem Niemen i on sam, potem długo długo nikt, a wreszcie Maryla Rodowicz i znów już nikt. Idole, jak widać,  bywają rożni, ale pani Ewa niezmiennie na piedestale. Niedościgła w perfekcji, wyprzedzająca swoje czasy, niezrozumiana, w ostatnich latach wycofała się z życia publicznego, uwięziona w okowach swojego talentu i szacunku do muzyki, jak współcześni idole w nabożnym stosunku do pieniędzy.

Przejdź do treści