+48 736-84-84-44

Sierota /drabble/

Sierota /drabble/

   Popchnęłam wózek w alejkę z nabiałem. Znalazłam się naprzeciwko kobiety, która właśnie odsuwała telefon od ucha. Uśmiechnęła się, jednocześnie robiąc mi miejsce. Jej twarz promieniała łagodnością, w błękitnych oczach zobaczyłam życzliwość i pokorę. Odwzajemniłam uśmiech.

– Dzwoniłam do mamy – zagadnęła nieśmiało. – Chciała, żebym kupiła śmietanę dwunastkę, a jest tylko osiemnastka. Musiałam się upewnić. – Zerknęła niepewnie, jakby oczekując akceptacji.

– Oczywiście – przytaknęłam – lepiej się upewnić.

– Powiedziała: kup osiemnastkę. I teraz już wiem. – Nie kryła zadowolenia. – Kto pyta, nie błądzi, prawda?

Skinęłam głową i szybko odwróciłam wzrok. Kobieta-dziecko sprawiła, że zapragnęłam zadzwonić do mamy, usłyszeć jej głos nie tylko we wspomnieniach.

Kupiłam śmietanę. Osiemnastkę.

 

Gwiazda wieczorna

    Z bramy, tuż przy ruchliwej ulicy, wspierając się na lasce, wyszła kobieta. W tym samym momencie czerwone światło zatrzymało kilka samochodów. Z jednego z nich wydobywała się głośna, dudniąca muzyka. Nagle jeden z pasażerów spojrzał na kobietę i krzyknął:

– Jebać stare baby, kurwy pierdolone!

   Śmiech gruchnął z otwartych okien samochodu i spadł na kobietę jak niespodziewana ulewa. Wzdrygnęła się, ale nie odeszła. Nie była zdolna zrobić kroku. Spojrzenie chłopaka skrzyżowało się z jej spojrzeniem. Powinna otrząsnąć się z ordynarnych słów i z szyderczego śmiechu, jak pies z nadmiaru wody. Nie potrafiła. Twarz patrzącego na nią młodego człowieka, który nazwał ją kurwą, spoważniała. Wtedy zapaliło się zielone światło i samochód ruszył z piskiem opon. Kobieta stała nadal w tym samym miejscu. Stara baba, kurwa pierdolona. Jebać ją. Niech stoi.

   Samochody zatrzymywały się i ruszały. Czerwone światło, zielone, czerwone, zielone, ale wsparta na lasce kobieta już ich nie widziała. Patrzyła w górę, na ciemniejące między kamienicami niebo. Pomyślała, że jest piękne. Czekała na gwiazdy.

 

Uzależnienie od wyobraźni

   Lubiłem wyobrażać sobie, że ojciec wyszedł po papierosy i nigdy nie wrócił. Nie to, żeby zaraz miało mu się stać coś złego, ale po prostu miał nas dość i zaaranżował sobie nowe życie.

   Ojciec jednak nie chciał innego życia. Upajał się naszym strachem i śmiał z naszych łez, błagań… Poza tym nigdy nie palił. Gardził używkami, nawet kawą. Tego, co nam robił, nie można wytłumaczyć upojeniem alkoholowym. Matka natomiast była ciągle pijana. Chciała, żebym ją zrozumiał. Starałem się, ale średnio mi to wychodziło. Raz nawet z tego starania dotrzymałem jej kroku w –  jak to nazywała – uśmierzaniu bólu. Nie powiem, na początku było nawet wesoło i dobrze, później trochę mniej, a gdy wróciłem do rzeczywistości, całkiem źle. Rzeczywistość stała się jakby wyraźniejsza i bardziej dopiekała.

– Najlepiej nie trzeźwieć – powiedziała któregoś dnia matka.

   Coś w tym jest – pomyślałem i spojrzałem na jej bladą twarz, która wyglądała tak, jakby była rozciągana w przeciwne kierunki. Góra – dół, lewo – prawo, prawo – lewo, dół – góra, na skos… Chciałem podtrzymać spływające usta, złapać oko, nos, ale nim się ruszyłem, wszystko wróciło do normy. Na chwilę. Musiałem coś zrobić, żeby nie rozleciała się na dobre. Wizja matki bez twarzy przeraziła mnie. Zacząłem ściskać jej czaszkę aż do bólu rąk, aż do zgrzytania zębów, aż do smaku krwi, aż do kropli potu zrodzonych z wysiłku. Ocknąłem się, gdy zaczęły spadać na dłonie. A może to były łzy? Tak. Jedno i drugie słone. Moje czy jej? Nasze cierpienie.

   Lubię sobie wyobrażać, że matka i ojciec obejmując się czule, wychodzą do pobliskiej restauracji albo do parku. Słyszę ich śmiech, słyszę, jak mówią o miłości. Czekam na ich powrót, ale wyobraźnia nagle się buntuje. Wraca tylko ojciec. Patrzy na mnie okrągłymi ze zdziwienia  i przerażenia oczami. Upajam się jego strachem, czuję zapach nikotyny. Wiem, że ojciec nie pali, ale wiem też, że zaraz wyjdzie po papierosy i nigdy nie wróci. Nie to, że chcę, aby przytrafiło mu się coś złego…

Przejdź do treści