Codziennie po powrocie do domu, tuż za progiem, rzucała torby i wołała: jestem! Na to magiczne hasło otwierały się drzwi pokoju i zaraz przy niej stał. Pomagał zdjąć kurtkę, zbierał rzeczy z podłogi. Dopytywał, jak było. Otaczał słowami i dotknięciami, jakby chciał nadrobić całą osobność ich bytów. Potem zapraszał do nakrytego stołu i podawał na obiad jej ulubioną polędwicę po królewsku. Brzękały sztućce, kieliszki dopełniały się czerwienią. Łykała gorące jedzenie ledwo gryząc, chociaż nigdzie się nie śpieszyła, wtedy on marszczył brwi na widok obgryzionej do krwi skóry wokół kciuka. A kiedy odchylała się na oparcie z kieliszkiem wina w ręku i zamykała oczy, muskał jej włosy.
Tak mogło być.
To może jeszcze raz, tym razem naprawdę: codziennie po powrocie do domu, tuż za progiem, rzucała torby na podłogę i wołała: jestem! Za zamkniętymi drzwiami mąż odpowiadał kiwnięciem głowy, nie odrywając wzroku od komputera. Cisza była niemym kotem, który ocierał się o jej nogi patrząc wyczekująco.