+48 736-84-84-44

Propaganda szeptana

W latach pięćdziesiątych panował terror stalinowski, a w sześćdziesiątych zamordyzm. Ja, będący wtedy małym chłopcem, doskonale pamiętam tamte czasy. Komuna kwitła i miała się coraz lepiej. Gomułka rządził, krzyczał o równości społecznej i o tym, że trzeba wyrzucić Żydów z Polski. Jego telewizyjne wystąpienia głosiły, że tylko socjalistyczna Polska i przyjaźń polsko-radziecka mogą dać nam szczęście i całkowitą niezależność od imperialistycznego wroga. Były przesiąknięte soczystym propagandowym złem i nietolerancją.

            Szeregi Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej systematycznie i miarowo się rozrastały, tylko mój tata nie chciał do niej wstąpić.

Praca była dla wszystkich, dług narodowy rósł, ale w ogólnym społecznym przekonaniu za socjalizmu żyło się dobrze i dostatnio – tak powiadali najczęściej ci, którzy na polityce się nie znali.

Całe rodziny jeździły na wczasy, by kolektywnie czerpać radość ze wspólnego wypoczynku. Na tych co pracować nie chcieli, czekały Żuławy, bo obiboków należy tępić, gdyż są wrogami partii i narodu – tak głosiły komunistyczne hasła.

            Mój tata, który walczył z Niemcem za wolność Polski, nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie za taką wolność rozlewał krew, nie o taką ojczyznę walczył.

Na ogół jednak siedział cicho, pracował, by zarobić na chleb dla rodziny, ale czasem po pracy dla rozluźnienia kości szedł do osiedlowego baru na piwo i wdawał się, całkiem niepotrzebnie, w rozmowy o polityce. A wiadomo, przy piwku i papierosie język się rozkręca. Tata negatywnie wypowiadał się o Polsce socjalistycznej, z żalem mówił, że komunizm, jaki chcą zakorzenić w Polsce, to samo zło i niesprawiedliwość. Jedni mu przytakiwali, inni kładli palec na ustach, pokazując, żeby się nie rozgadywał, bo nie wiadomo, kto słucha i co z tym zrobi.

 Cicho sza, wróg nie śpi. I rzeczywiście tak było, ludzie donosili na siebie, sąsiad na sąsiada, wszędzie pełno tajniaków.

            Następnego dnia pod blok podjechała ciężarówka. Szara i wielka. Wyskoczyło z niej trzech osiłków w płaszczach z podniesionymi kołnierzami. Już dobrze było wiadomo, kim są. Jeden, ten największy, zwalisty jak dąb, walił do drzwi naszego mieszkania. Tata mył się w łazience, brat jeszcze spał, a ja jadłem śniadanie, bo miałem pójść z mamą na zakupy.

– Kto to taki nerwowy od rana – dziwiła się mama podchodząc do drzwi.

Gdy je otworzyła, od razu zorientowała się kto to taki. Wystraszyła się na dobre, a intruzi bez zaproszenia wtłoczyli się do środka. Mama nerwowo i głośno reagowała, że nachodzą od samego rana uczciwych obywateli, na co oni pokazali jakiś papier. Tata wynurzył się z łazienki i już go mieli.

            Nasze mieszkanie składało się z dwóch pokoi. Jeden zajmowałem ja z bratem, drugi należał do rodziców. Tata często siadał do stołu tuż przy oknie, gdzie było najwięcej światła i czytał gazetę. Tego dnia miał przed sobą swoje klasery ze znaczkami, które namiętnie zbierał od kilku lat i z których był bardzo dumny. Kosztowały go dużo zachodu i pieniędzy. Przyglądał im się długo, jakby chciał je zapamiętać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, dlaczego. Pomyślałem tylko, że też chciałbym mieć takie.

            UB osiągnęło swój cel. Przestraszyli go, może nawet złamali, w każdym razie sprawili, że siedział cicho jak mysz pod miotłą. Kiedy go wreszcie wypuścili na wolność, wrócił do domu w zakrwawionej koszuli, a mama płakała. Nigdy nie opowiadał, co mu robili, jakimi sposobami zmuszali do mówienia, ale ja po tej zakrwawionej odzieży już wszystko wiedziałem.

            Taty nie było w domu trzy miesiące. Mama ciągle gdzieś wychodziła i wracała zapłakana. Naradzała się ze swoją siostrą po cichu, tak byśmy niczego nie słyszeli. Kiedy pytałem, gdzie jest tata, mówiła szeptem, że wyjechał w delegację. Nie drążyłem tematu, jak w delegację to w delegację. Tęskniłem za nim.

            A potem nagle mama zabrała mnie i brata do sądu. Brat miał się mną opiekować, gdy ona znikała gdzieś na trzecim piętrze wielkiego gmachu. Jednak pobiegłem za nią. W pewnej sali, do której drzwi były otwarte na oścież, ujrzałem tatę siedzącego na ławce przy ścianie między dwoma milicjantami. Był blady, wystraszony, jak nie mój tata. Spojrzał na mnie smutno, a ja zatrzymałem się kilka kroków przed nim i patrzyłem jak na święty obraz. Po chwili tata wyciągnął z kieszeni trzy orzechy włoskie i podał mi je. Nic nie mówiąc zbiegłem po schodach na dół, gdzie czekał na mnie mój starszy brat.

            Tego dnia tata wyszedł z domu i przepadł na pół dnia. Pod pachą niósł klasery. Wrócił bez znaczków. Na stole położył kilka banknotów, po czym nic nie mówiąc, podszedł do mamy i pocałował ją w czoło. Widziałem w ich oczach wielki smutek i żal, tak jakby tracili kawałek swojego życia. Po latach dowiedziałem się, że mieliśmy długi. Mama zaciągała pożyczki na adwokatów, by ratować męża. Była dzielną kobietą. To dzięki jej zaradności i determinacji występek taty uznano za czyn mało szkodliwy i po trzech miesiącach przebywania w areszcie śledczym, wypuszczono winowajcę na wolność.

            W niedziele chodziłem z tatą do parku. Mama przeważnie gotowała wtedy rosół, a brat był zajęty składaniem modeli. Byłem dumny z taty-bohatera, bo takim go widziałem, który trzymał mnie za rękę i wypowiadał nazwy drzew rosnących w naszym parku. Którejś jesiennej niedzieli znowu spacerowaliśmy, tym razem nasłuchując śpiewu ptaków. Żegnały się z nami, przed odlotem za ocean. W oddali zobaczyliśmy idącego w naszym kierunku mężczyznę w długim skórzanym płaszczu, z kapeluszem na głowie. Im bardziej zbliżaliśmy się do niego, tym bardziej tata go rozpoznawał. Minąwszy owego człowieka, powiedział: To ten co mnie bił, ubek jeden. A ja jeszcze mocniej przycisnąłem dłoń taty, dając mu do zrozumienia, jak bardzo go kocham.

            Dziś oglądam moje znaczki. Pierwszy znaczek z całej wielkiej serii Wodzowie datuje się na rok 1945… Mam też kilkaset z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Przejdź do treści