+48 736-84-84-44

Od długich lat mieszkał sam, choć mamusia wciąż była obecna w ich mieszkaniu. Odchodziła bardzo powoli, najpierw przez kilka tygodni drzemała w bezruchu na fotelu, a on intensywnie myślał, co zrobić z ciałem, bo nikt nigdy go na to nie przygotował. Przez długie miesiące czuł jeszcze gryzący zapach jej perfum, zmieszany z wonią kul na mole.

Przez kolejne trzy lata listonosz przynosił również jej rentę, tego samego dnia miesiąca, więc wszystko zdawało się być jak wcześniej. Aż któregoś dnia przestał, jakby system dopiero wtedy się zaktualizował.

Gdy listonosz nie przynosił już pieniędzy dla mamusi, zaczął się obawiać, że ktoś przyjdzie po to, co niesłusznie mu zostawiano, a on odbierał, podpisując dokument w nie swoim imieniu. Podłoga przy drzwiach skrzypiała, więc wywiercił w ścianie mały otwór, by z lusterek i plastikowych rurek zbudować coś w rodzaju peryskopu, i sprawdzać, bez konieczności wstawania z głębokiego fotela, kto stoi na korytarzu.

Czuł satysfakcję, używając swojego przyrządu, ponieważ wiedział, że warto było przykładać się do zajęć praktyczno-technicznych — jedynego, do czego kiedykolwiek się przykładał. Patrzył na rzadko przychodzących ludzi, zanim jeszcze zapukali. Ulotkarzy, Świadków Jehowy, sprzedawców czy panów z gazowni — dla niego bez różnicy. Zawsze odchodzili, stwierdziwszy, że nie zastali nikogo w domu.

Po siedmiu latach wyrzucił ubrania mamusi, nadgryzione przez wilgoć i mole. Musiał zrobić miejsce na kolekcję kaset wideo. Prochy trzymał w blaszanej puszce po kawie, którą przypadkiem przewrócił, gdy układał kolejną partię kaset. Pył doczesny rozsypał się po podłodze, mieszając z kurzem. Z czasem pozostało po niej już tylko coś, czego nie było sposobu zamieść i czego nie rozgonił przeciąg.

Nie znosił wychodzić z domu. Nie chciał nawet podchodzić do okna, więc powiesił na szybach grube zasłony, a czas spędzał przy lampce o odsłoniętej żarówce. Nie potrzebował więcej światła, by zrobić prostą kanapkę z dżemem, która stanowiła podstawę jego wyżywienia, a rozkład mieszkania znał na pamięć, więc poruszał się w półmroku.

Jedynym, co sprawiało mu przyjemność, była jego kolekcja kaset wideo; gdy przestały być dostępne w kiosku, sprawił sobie odtwarzacz płyt. Żył ze skromnej renty, którą mamusia zorganizowała dla niego jeszcze za życia, choć sam nie pamiętał już za co mu dokładnie przysługiwała.

Z domu wychodził rzadko po słoiki z dżemem, częściej po chleb. Odkrył, że pieczywo zawijane w wiele worków nie wysychało, lecz przybierało gumiastą strukturę, było nawet łatwiejsze do pogryzienia, a słodki dżem i tak zasłaniał smak pleśni.

Na wyprawy do pobliskiego sklepu wychodził w takich godzinach, żeby nikogo nie spotkać. Zachodził też do kiosku, gdzie sprzedawca uśmiechał się dziwnie, wcale na niego nie patrząc, ale systematycznie odkładał dla niego kolejne numery pism, które lubił. Oprócz dżemu były jego jedyną przyjemnością.

Tak więc miał ich pełno. Z czasem znał niemal na pamięć te samotne studentki na stancji, pożądliwe zakonnice, wyuzdane recepcjonistki, rozpalone nauczycielki i cycate pokojówki.      Był coraz starszy, jego organizm nie pozwalał już na erekcję, więc tylko oglądał. W ciemności różowy blask ekranu odbijał barwę na jego twarzy. Odczuwał spokój, gdy w kółko powracał do tych samych historyjek.

Gdy usłyszał w telewizji, że wybuchła epidemia, nawet się ucieszył, choć nie bardzo rozumiał, co to znaczy. Oglądał jeden po drugim serwisy informacyjne i zaczynał pojmować, że to coś, co zatrzymuje oddech ludziom na całym świecie. Ekscytowały go kolejne śmierci, ciężarówki wiozące ciała do kostnic, niewydolny systemem służby zdrowia. Z wypiekami na twarzy słuchał o setkach tysięcy zgonów osób w każdym wieku.

Pewnego dnia, w trakcie epidemii, wrócił z wyjścia po chleb i dżem i kichnął. Zatrzymał się. Coś w nim zaskoczyło, czuł jakby to, o czym słyszał w telewizji, nagle było w jego środku. Później przyszła gorączka. Krople wystąpiły na czoło, ciało zapłonęło do samego rdzenia, kaszlał i kichał bez opamiętania. Wiedział już, że zachorował.

Wtedy wpadł na pewien plan. Wyszedł z mieszkania w środku dnia, pierwszy raz od dawna o tej porze. Stanął na skrzyżowaniu głównych ulic. Było mu zimno w dole brzucha, bo za małe ubrania odsłaniały ciało, które z wiekiem przestało do nich pasować.

Najpierw zakaszlał raz, jakby sprawdzał. Potem drugi, wciąż nieśmiało. Już bliżej kobiety. Trochę śmielej prosto w stronę twarzy chłopca w maseczce. Ludzie mijali go ostrożnie, każdy niósł swój oddech jak coś kruchego.

Po chwili kaszlał już w pełni i kichał szeroko. Gdy ktoś odbiegł, podbiegał do niego. Rozsiewał to dalej. Próbował wetknąć swojego wirusa w każdego, kto go mijał. Nie było tego widać, ale biegło przez powietrze, które nie należało do nikogo. Ludzie na przejściu widząc go, cofali krok.

— Nienormalny!

— Coś okropnego, co za obrzydliwiec.

— Rozsadnik epidemii!

Splunął, śmiejąc się krótko, bez radości. Ktoś krzyknął. Ktoś inny go odepchnął. Pierwsze uderzenie nadeszło niespodziewanie. Był to pewien dryblas, samozwańczy obrońca ulicy. Potem kolejne. Ręce, oddechy, twarze zbyt blisko siebie.

Nagle przybiegła urzędniczka, która nie chciała go zarejestrować w urzędzie dla bezrobotnych, bo spieszno jej było na przerwę. I ten, co go wyśmiewał w szkole, wraz z kolegą. A po chwili też wstrętny pan, który po dniu próbnym na zmywaku nie wypłacił mu dniówki. Potem ten młody i przystojny, który skrócił mu praktyki w fabryce, twierdząc, że jest niezdarą. Biła go też niemiła aptekarka, nauczycielka mówiąca, że nic z niego nie będzie i ta jedyna dziewczyna, której kiedyś wyznał, że ją lubi, a ona go wyśmiała. Oni go bili, a on ich wszystkich zarażał.

Później, gdy leżał podłączony do aparatury, bez kontroli nad własnym oddechem, pierwszy raz czuwał przy nim ktoś obcy, z dobroci serca.

Pielęgniarka poprawiła poduszkę. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz ktoś zrobił dla niego tak wiele. W szpitalu było czysto, jasno i przytulnie. Z całej siły zatęsknił do mamusi. Łza spłynęła po rozpalonym policzku, czysta jak perła.

Przejdź do treści