+48 736-84-84-44

Olam Haba (Niebo)

Niebo musi być bardzo zaludnione. W niebie są miliony ludzi, miliony ofiar  niemieckich zbrodni i morderstw. W niebie jest na pewno Rachmil, Pola i Abramek. Są  też inni: Chana, Andzia, Mietek, Rachela, Rebeka, Ariel, Samuel, Bajla i miliony tych, których nie sposób wymienić.
W  Olam Haba są aniołowie.  I o jednym z nich chcę dziś opowiedzieć.

            Urodził się  we Włocławku, w 1908 roku. Gdy miał 4 lata stracił ojca, którego nawet nie pamięta, a gdy skończył  6 lat- matkę. Po jej śmierci ojczym nie poczuwał się do opieki  nad  pasierbem. Mały Rachmil musiał  natychmiast  dorosnąć. Stał się dzieckiem ulicy, nieważnym dla nikogo. Nikt na niego nie czekał, nikt nie przytulał, nie wycierał nosa, gdy miał katar. Chodził opuszczony, zaniedbany i głodny.

            Nie wiadomo dlaczego,  małego  Rachmilka nie umieszczono w miejskim Sierocińcu, dlaczego nie zaopiekowała się nim żadna instytucja opiekuńcza. Małe  dziecko dobrze już wiedziało, że  bez jedzenia nie przeżyje, więc  chłopiec  udał się na wieś,  gdzie łatwiej przeżyć,
i tam prosił ludzi o kawałek suchego chleba. Wykonywał w zamian różne prace w gospodarstwach rolnych. Od jednego z gospodarzy, który był rzeźnikiem, nauczył się,  jak należy kroić mięso. Niestety ów  chłop przegnał zdolnego Rachmila, gdzie pieprz  rośnie, gdy dostrzegł w nim konkurenta.
Tułał się więc znowu Rachmilek od chaty do chaty, sypiał w stodołach. Pracował ciężko, a zapłatę otrzymywał  w postaci żywności. Gdy miał 10 lat, przemycał między rosyjskimi
 i niemieckimi żołnierzami,  herbatę i kawę. Już wtedy uczył się handlu, bo wiedział, że  to pozwoli mu przeżyć. Nie miał rodziny, więc musiał jakoś sam o siebie zadbać. Ludzie we wsi mieli go za nic. Popychali, smagali batem, i wysyłali do ciężkiej pracy od świtu do nocy.
W mieście  też nie było lepiej. Zobaczył, jak traktowani są Żydzi. Dochodziło  do zamieszek i bijatyk. Żydów wyrzucano z własnych domostw, wybijając szyby w ich mieszkaniach i sklepach. Prowokowano do awantur i bujek. To był zły czas. Antysemityzm rósł. Młody chłopak nie rozumiał, dlaczego ludzie niszczą ludzi. Mając 15 lat, zaczął zajmować się handlem. Jeździł po wsiach i skupował od gospodarzy bydło. Zaczął od jednej sztuki, którą  zarżnął, rozparcelował na kawałki i sprzedał mięso. Za zarobione pieniądze  kupował następne sztuki bydła, znowu dzielił na kawałki  i sprzedawał. Interes  kwitł. Nauki rzeźnickie jakie zdobył przed kilkoma laty na wsi, znów się przydały.

            Mając 19 lat ożenił  się z Bajlą, która  była  piękna i dobra. Urodziło się im czworo dzieci. Żona zajmowała się domem, dziećmi i ukochanym. W domu pachniało  świeżą strawą, jabłkami i czystością. Dbała  o wygląd  nie tylko dzieci, ale także  swojego męża Rachmila. Zawsze widywano go w sklepie, jaki otworzył przy ulicy  Szerokiej, w białej, pachnącej  koszuli. Idąc  ulicą, nosił kapelusz jak każdy elegancki pan.

            Był powszechnie szanowanym mieszczaninem i  sąsiadem oraz dobrym kolegą. A przede wszystkim kochanym mężem i ojcem. Potrafił zadbać o wszystko,  starał się, by niczego im nie zabrakło. Rachmil był nareszcie szczęśliwy. Czuł, że szczęście wreszcie się do niego uśmiechnęło, a  Niebo patrzy na jego poczynania z podziwem. Niestety nie trwało to długo…

            Niemcy weszli do Polski, jak do siebie. Butni, z trupimi czaszkami na czapkach, w czarnych oficerkach na nogach, uzbrojeni po zęby. Zaczęły się nagonki na Żydów. Konfiskowano im sklepy, wypędzano z domów.

Rachmil wraz z innymi został aresztowany i służył  jako darmowa siła robocza. Robili wszystko, co im nakazywano. Sprzeciw był karany śmiercią. Pracowali ponad ludzkie siły przy nabrzeżu Wisły, sprzątali koszary i  czyścili ulice. Panował strach, a zakazy i represje powodowały, że ludzie poddali się oprawcom i żyli w wielkim przygnębieniu.

Rodzina Rachmila znalazła  się w getcie, które  Niemcy założyli  jesienią 1940 roku. Teren otoczony drutami, gdzie przetrzymywano włocławskich Żydów, był piekłem  na ziemi, mordownią. W kwietniu 1942 roku zaczęto przewozić ludzi samochodami z getta do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, na pewną śmierć. Wśród  tysięcy niewinnie pomordowanych, znalazła się tam także żona i 4 dzieci Rachmila. Nic złego nikomu nie zrobili, chcieli tylko żyć, nic więcej…

            Rachmil w tym czasie został przetransportowany: najpierw do obozu pracy we Wrześni, potem do Poznania, aż w końcu do Auschwitz …

            Auschwitz było piekłem, które stworzyli Niemcy. Uwięzieni, dla oprawców, nie byli ludźmi, a jedynie marnymi ludzikami, nie wartymi więcej niż szczury czy kukiełki.

Rachmil zobaczył, że  Auschwitz, to przedsiębiorstwo śmierci. Nawet niebo na to wskazywało. Ciemnożółte, z szarymi chmurami i mgłą. Trupie niebo… Straszyło kominami, szubienicami, doświadczeniami Mengele,  humorami hitlerowców…

Kim trzeba być, żeby z zimną krwią mordować ludzi, żeby patrzeć na to i nie grzmieć, żeby słuchać, jak krzyczą matki i  dzieci… kim trzeba być???

            Rachmil znowu został sam jak palec. Sam wśród  miliona osieroconych współbraci. Jego dotychczasowa silna wiara, została zachwiana. Nie lubił już Boga, który tak srogo karał naród wybrany, nie wiadomo za co i dlaczego. Nie rozumiał, jak Bóg może  na to,  co robią  Niemcy z Żydami, dawać przyzwolenie. Jak to możliwe???

            Rachmil miał 31 lat, gdy wybuchła wojna, Abramek – 14. Obaj pochodzili z tego samego miasta nad  Wisłą.  Rachmil znał rodziców Abrama. Spotkali się w 1942 roku  w obozie w Auschwitz. Starszy zaopiekował się młodszym. Był jego Aniołem  Stróżem, przyjacielem i dobrym człowiekiem. Nie raz narażał swoje życie, by pomóc dużo młodszemu Abramkowi, by zachować go przy życiu. Podrzucał mu jedzenie, pracując  w kuchni i mając  dostęp  do żywności. Niejednokrotnie dostał za to po twarzy od gestapowca, ale na to nie zważał. Przysposobił Abramka i jego celem było uratowanie tego chłopca.

            Przeżyli  obaj, bo jak mówił  Abramek, mieli po prostu szczęście.
Ważne było  także to, że  mieli siebie, mieli dla kogo żyć. Wspierali się i dodawali jeden drugiemu  otuchy i nadziei.  Przeżyli, stali  się ocalałymi z Holokaustu. Ale to ocalenie stało się zwyczajną farsą w obliczu wydarzeń, jakie miały miejsce po wojnie w Polsce. To kraj opuszczony przez Boga –  powiedział młody  chłopak, który po wojnie wrócił do swojego miasta i chciał w nim uczciwie żyć. Dla wielu nie było to możliwe…

            Los  rozdzielił tych dwóch przyjaciół, ocalałych z Marszów Śmierci, gdy Abramek postanowi ułożyć  sobie nowe życie poza granicami Polski. Zamierzał osiedlić się w Kanadzie…

            Po powrocie do Polski Rachmil dowiedział się, że jego rodzina została zgładzona w Chełmnie nad Nerem. Następny  cios, następna tragedia  i trauma. Ale życie szło  dalej, więc i on musiał żyć. Postanowił ułożyć sobie życie ponownie. Chociaż w komunistycznej Polsce nie było łatwo, robił co  było w jego mocy,  by razem z innymi ocalałymi wskrzesić życie włocławskich  Żydów. Poznał dobrą i mądrą żydowską dziewczynę – Polę, która  była  młodsza  od niego o 17 lat, ale widziała swoje życie u boku Rachmila.

            Rodziły im się dzieci. Czworo pięknych  dzieci.  Rachmil prowadził sklep rzeźnicki. Bywało różnie. Antysemityzm krążył wokół, a władza  robiła wszystko, by utrudnić życie Żydom.

            Pracowity Rachmil wstawał raniutko do pracy. W świeżej  koszuli przemierzał co rano drogę i otwierał sklep. Z  uśmiechem witał klientów. Pomagał swojej  żonie w domu. Otoczony miłością i radością  z posiadania rodziny, czuł się znowu szczęśliwy. Spoglądał w górę, patrzył w niebo i mówił szeptem, do tych, którzy  nie przeżyli  wojny, że jest mu ciężko bez nich, ale teraz musi zadbać o żywych.  Mówił, że dostał drugą szansę, że  dziękuje  losowi, już nie Bogu, i ma tu na ziemi jeszcze wiele do zrobienia…

            Po kilkunastu latach niestety zachorował. Mądra i dobra Pola chowała smutek w sercu tak, by nie widziały dzieci. Rachmil świadom tego, że  niebawem odejdzie z tego świata, poprosił najmłodszego syna Marka o dwie rzeczy. Po pierwsze o to, żeby  dbał o swoją mamę, najlepiej jak potrafi. Naznaczył go jej opiekunem. Po drugie prosił także, aby szukał po świecie  Abramka, bo on nigdzie go nie odnalazł, ani w Kanadzie, ani w Ameryce, ani nawet w Australii. Mark obiecał to ojcu i słowa dotrzymał.

            Wysoko w chmurach tańczyły ptaki. Śnieg leżał na drogach. Był luty 1972 roku.

            Rachmil  zmarł. Odszedł z tego świata Anioł, a na dworze trzymał silny mróz. Mark, pomyślał, że tata nie lubił zimy, ale mama mówiła, że był wytrzymały na zimno. – Przecież
w Auschwitz stał na dużym mrozie w cienkim pasiaku po kilka godzin – mówiła ze łzami w oczach.

            Minęło  sporo lat, aż kiedyś, całkiem  przypadkiem Mark odnalazł Abramka. Mieszkał z rodziną w Izraelu…

            Dziś niebo jest pogodne. Może  cieszy się, że same  Anioły w nim mieszkają. Że  jest im wszystkim tam dobrze. Tylko my za nimi tęsknimy. Olam Haba nie jest  jednak dla wszystkich. Na niebo trzeba  zasłużyć…

Przejdź do treści