Nasza wioska była niewielka i spokojna. Usytuowana w niecce, otoczona lasami. Żyło nas tu kilkanaście rodzin, z dala od siebie. Resztę – kawał ziemi zawłaszczyli potem Niemcy, by stworzyć na niej piekło na ziemi.
Każdy prowadził swoje gospodarstwo, spotykaliśmy się jedynie w niedziele na mszy. Ot, spokojna wieś, w której dało się żyć. Sielsko, z dala od hałasów i problemów, gdyby jeszcze nie ta wojna.
Nagle wszystko się zmieniło. Nasze dotąd ciche i spokojne życie już takim nie było. Drogą w tę i z powrotem przejeżdżały samochody i motory niemieckie, nawet ciężarówki zapełnione drutem kolczastym i innymi materiałami. Ruch i rejwach jak jasna cholera. Potem nagle zaczęła działać kolej. Gdy Niemcy ją uruchomili, mówiono, że zaczęły przyjeżdżać całe transporty ludzi, ale nikt nie dawał temu wiary.
Byłem ciekaw, co się tam naprawdę dzieje, ale ojciec dawał mi po nosie i mówił, żebym nie wścibiał go, gdzie nie trzeba.
Od jakiegoś czasu trawił nas niepokój. Czuć było swąd. Ludzie mówili, że czuć go już z daleka. I że pochodzi stamtąd – wskazywali rękę na miejsce oddalone od nas o 30 kilometrów, w którym Niemcy wyrabiają jakieś brewerie. Ale co dokładnie się tam wyrabia, tego nie wiedział nikt, choć byli tacy, co się domyślali.
– Przecież to smród spalonego ciała – mówił szeptem mój ojciec do matki a ona robiła wielkie oczy.
Gdy byłem małym chłopcem, babka przypalała mi kurzajki. Dobrze pamiętałem ten smród, był właśnie taki. Identyczny. Gdy zawiał wiatr albo robiło się mroźniej, wtedy swąd się nasilał. Wdzierał się w nozdrza, gardło i w oczy. Nie sposób było oddychać, a z oczu leciały łzy.
Próbowałem wstrzymywać oddech, nawet ćwiczyłem nocą wdechy i wydechy, ale gryzący dym wciskał się na siłę do krtani i dławił.
Najpierw zbierało mi się na wymioty, biegłem więc za szopę i puszczałem pawia. Z czasem jednak organizm przyzwyczaił się do smrodu.
Nawet ptaki, całymi chmarami, uciekały w chmury. Kryły się przed tym smrodem, a gdy i tam je dosięgał, leciały wyżej i wyżej, unosząc się nad chmurami w poszukiwaniu schronienia.
Nie było już słychać śpiewu skowronka z samego ranna, ani potem kosa czy dzięcioła. Wszystkie ptaki ucichły, jakby je ktoś wystrzelał albo jakby wszystkie nagle udusił odór.
Podobno kurzajki znikają raz na zawsze, gdy się je wypali. Obalam tę tezę, nie jest prawdziwa, na moich dłoniach pojawiły się znowu, gdy tylko poczułem ten smród w powietrzu. Nie mogłem na nie patrzeć.
Nieraz stojąc na środku szosy patrzyłem w kierunku miejsca, w którym urządzono obóz zagłady. Od taty słyszałem, że przetrzymują tam Żydów, ale także ludzi innych narodowości. Żydów jednak było najwięcej.
Ciągle snułem domysły, skąd bierze się ten niezidentyfikowany smród, który jest tak silny i niewiarygodnie mdły, że prowadzi aż do wymiotów.
Byłem 15-letnim chłopakiem, a ten obraz prześladował mnie przez wiele lat po wojnie, właściwie prześladuje nawet jeszcze do dziś. Ciągle stoi przed moimi oczami. Pojechaliśmy z ojcem zawieźć kartofle. Ojciec przykazał mi, abym się nie odzywał, tylko wykonywał jego polecenia.
Zobaczyłem ludzi w pasiastych ubraniach. Byli chudzi i wyglądali jak kościotrupy. Ich widok wstrząsnął mną tak bardzo, że zaparło mi dech i odebrało mowę. Patrzyłem i patrzyłem, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłem. Pomyślałem nawet, że to jakieś przewidzenie. Ojciec szturchnął mnie, abym ruszył się z miejsca i rozładował wóz. Dygałem z workiem na plecach w pośpiechu, ciągle nie wierząc, że to co ujrzałem, jest jawą. Spieszyłem się, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce.
Po chwili niemiecki oficer wyglądający bardzo groźnie, mocno wyprostowany z pejczem w ręce, wyciągnął banknoty i podał je mojemu ojcu, a ten szybko schował pieniądze do kieszeni, aby nikt tego nie zobaczył. Ukłonił się nisko, dziękując za zapłatę.
– Nie przeliczysz, żeby sprawdzić czy się zgadza, nein? – zapytał hardo Niemiec.
– Na pewno się zgadza, proszę pana – odpowiedział ojciec, lekko wystraszony.
– Porządek musi być Josef, przelicz jetzt – nalegał oficer.
Ojciec szybko przeliczył, chociaż wiem, że tak naprawdę nie liczył, tylko przekładał papierki. Ręce mu się trzęsły jak galareta. Powiedział:
– Tak, tak zgadza się. Bardzo dziękuję.
– To jetzt możecie już jechać. Raus – zrobił dłonią ruch mówiący, że mamy się czym prędzej wynosić.
Moja matka była prostą kobietą, ale ona także podejrzewała, że w obozie dzieje się coś złego. Kiedy pytała, czy coś widziałem albo słyszałem, odpowiadałem, jak kazał tata, że nic nie wiem, bo nie patrzyłem.
Wiedziałem jedno, wokół obozu nie było ani jednego ptaka. Rzuciło mi się to w oczy. Przecież tam zawsze były ich tysiące. Siadały na drzewach, latały nad polami, tańczyły na niebie. Cieszyły się pięknem naszych krajobrazów, wolnością i swobodą. Gdzie podziały się ptaki? Może ten smród, który przeszywał powietrze, sprawił, że padały jak grad. Niczym spopielone kule, ciężkie padały na mech w lesie, przesiąknięty ludzkim cierpieniem, ludzką krwią. Nie widziałem ptaków.