fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

Nad synagogą latały bociany

Chasyd znaczy pobożny. Sprawiedliwy to cadyk, a cadyk to przywódca chasydów. Tak tłumaczył mi tata, kiedy byłem mały, a potem gdy uczyłem się w chederze, też to słyszałem. Zastanawiałem się nieraz, kiedy byłem jeszcze chłopcem, czy mój tata był cadykiem? Bardzo szybko jednak doszedłem do wniosku, że mój nie, ale Izraela tak. Rebe był wzorem pobożności, sprawiedliwości i pokory. Dlatego ludzie obdarzali go zaufaniem. Można powiedzieć, że szanowali i czcili go też ze względu na zdolności, jakie posiadał. Mój tata mówił, że Rebe czynił cuda, potrafił  nawet uzdrawiać.

Gdy moja mama uskarżała się na bóle w plecach, tata wysłał ją do Rebe. Ten najpierw jej wysłuchał, a potem czynił nad nią modlitwy. Dostała też od niego mazidło w plastikowym pudełku, które sam wytwarzał. Kazał jej przyjść, gdy maść się skończy. Ponoć było to lud-lekarstwo. Pomagało. 

Mama w podziękowaniu zaniosła Rebe piękny serwis porcelanowy, który tata przywiózł z Anglii. 

Tata się nie gniewał, że mama wyprowadza takie piękne rzeczy z domu, bo mieliśmy dwa takie zestawy. Rebe ucieszył się, zaraz też zawołał swoją żonę i poprosił, żeby zaparzyła mu w nim dobrej, angielskiej herbaty. 

Moja siostra Czesia co wieczór smarowała mamine plecy. I jak mówiła mama, z dnia na dzień było lepiej. Twierdziła, że Rebe jest cudotwórcą i że nie żałuje tego porcelanowego kompletu. – Dała bym mu więcej, gdybym miała – mówiła wtedy, a tata odpowiadał, żeby się tak nie rozpędzała.

Mieliśmy gosposię, Polkę. Dobra z niej była kobieta, choć może niezbyt ładna i nieco otyła, ale pracowita i porządna. Niemłoda już wtedy i zniszczona. Opiekowała się całą naszą trójką. Wołaliśmy na nią Mania. Ponieważ byłem najmłodszy, mną zajmowała się najwięcej. Kiedy rodziców nie było albo byli bardzo zajęci, chodziła ze mną i siostrami do synagogi. W piątek po zachodzie słońca. Mijaliśmy Ogród Saski [Nowy Rynek], odpowiadaliśmy: Szalom – sąsiadom i znajomym Żydom oraz Dzień dobry – Polakom. Nie byliśmy ortodoksyjni, tata nie był jak Rebe, nie był chasydem, ale w tej nowej synagodze modliliśmy się razem z innymi Żydami, którzy podobnie jak my, nie byli szczególnie wierni ścisłej doktrynie, dogmatowi religijnemu. Domeną naszej wiary było bowiem nie – myślenie a mniemanie, jak uważał Sokrates. My więc mniemaliśmy. 

Nasza Mania opowiadała nam różne historie. Że miasto kiedyś wyglądało inaczej. Że nie było tak wielu dróg jak teraz, a te, które istniały, były piaszczystymi traktami. Że więcej pól i ogrodów rozciągało się wokół, a nad terenem, gdzie stoją teraz obie synagogi, latały bociany. 

– Nad synagogą latały bociany? – zapytałem niedowierzając.

– Może i nad synagogą, ale nad polami na pewno – odpowiedziała Mania. – Bo jak wiecie bocianów u nas nie brakuje – dodała.

Innym razem Mania zabrała nas do kinoteatru, który mieścił się przy ulicy Karnkowskiego 13 [najpierw była to ul. Gęsia, obecnie Wojska Polskiego]. Nosił nazwę Słońce. Oglądaliśmy tam polskie i zagraniczne filmy. Często goszczono na deskach teatru gwiazdy żydowskiej sceny. Przyjeżdżali nawet z zagranicy. Raz czy dwa byliśmy też w Kinie Apollo mieszczącym się przy ulicy Cyganka 27. Frajdy przy tym było co niemiara. Bo jak to dzieci lubiliśmy i kino i teatr. A kiedy tata usłyszał, że we Włocławku, w kinoteatrze Corso przy ul. Cyganka 16 odbędzie się film z odziałem sławnej Hanki Ordonówny, musiał zdobyć bilety. I zdobył. Miałem wówczas 9 lat (był rok 1934) i poszedłem na ten film z rodzicami. Dla sióstr biletów zabrakło. Cóż to był za film. Tytułu nie pamiętam, ale możliwe, że był to ,,Szpieg w masce”. Pamiętam natomiast dokładnie, jak wszyscy klaskali. Klaskali i klaskali. Prawdziwe owacje. To było wydarzenie na dużą skalę. Całe miasto o tym mówiło. No i wiadomo, w kinie tyle ludzi, że szpilki by nie wetknął, taki był ścisk.

W dni targowe chodziłem z Manią na targ, który znajdował się na placu łączącym Stary Rynek z Bulwarami i tę ulicę nazywano Szeroką [obecnie to Maślana]. Handlowano tam nabiałem i masłem. A Mania zakupowała spore ilości tych produktów, bo mama uważała, że lepiej mieć zapas, niż miałoby zabraknąć. Z ciekawością spoglądałem na żywy i martwy drób: na kury i kaczki, które kobiety macały, sprawdzając czy są tłuste. Żal mi było tych zwierzątek, bo przecież wiedziałem, że kury idą na rosół: i u Polaków i u Żydów, a kaczki na czerninę, którą chętnie jedzą goje…

A kiedy wyjeżdżaliśmy gdzieś poza miasto, szliśmy najpierw ulicą Żelazną [wcześniej Alejkami, po wojnie Kościuszki] prowadzącą do stacji. Wiąże się to z historią powstania linii kolejowej z Łowicza do Aleksandrowa Kujawskiego, gdzie mieszkał kuzyn taty. Wuj był szewcem, jego rodzina żyła ubogo, ale uczciwie. Przez jakiś czas dojeżdżał nawet do naszego miasta, gdzie pracował w Spółdzielni Botfin, która wyrabiała obuwie. Potem zaprzestał, bo założył swój własny mały warsztat szewski. 

Ale najchętniej biegałem z koleżkami z podwórza na ulicę Żabią, gdzie znajdowały się małe stawy. Słychać było rechot żab, który zapewne sprawił, że ich imieniem nazwano tę ulicę. Czasem widziałem też fruwające bociany, które zapewne leciały w kierunku synagogi. Tak podejrzewam…

ale myśląc o przeszłości mam na uwadze dobre, spokojne życie w moim mieście. 

Za 5 lat to się zmieni. Tak bardzo, że zostanę sam na tym świecie, ale to już odrębna historia. Tragiczna… a nie wiem, czy takie lubicie…

Skip to content