Szumiące prysznice
Szpital Psychiatryczny w Gostyninie-Zalesiu ma długą historię. Długą, ale też trudną i kontrowersyjną za sprawą nazistowskich Niemiec. W czasie II wojny światowej stał się jednym z głównych ośrodków, dotkniętych nazistowską akcją T4. W szpitalu tym mordowano ludzi chorych i niepełnosprawnych, którzy w opinii oprawców, zaliczali się do grupy ,,nie zasługującej na życie”. Proceder ten dotyczył w dużej mierze także dzieci, bez względu na ich narodowość, wiek czy stadium choroby. Mordowano więc z zimną krwią dzieci: polskie, żydowskie i niemieckie.
Dziś to Wojewódzki Samodzielny Zespół Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej im. prof. Eugeniusza Wilczkowskiego, który udziela świadczeń zdrowotnych stacjonarnych i całodobowych dla dorosłych w zakresie: opieki psychiatrycznej i psychoterapeutycznej, leczenia uzależnień, rehabilitacji, a także świadczeń opiekuńczo-leczniczych dla dorosłych, młodzieży i dzieci.
Ośrodek położony jest na terenie kompleksu parkowo-leśnego, wśród zieleni i śpiewu ptaków, co sprzyja rekonwalescencji chorych. Zespół ma do dyspozycji 361 miejsc dla pacjentów na różnych oddziałach. Należą do nich oddziały: psychiatryczny, psychogeriatrii, rehabilitacji, leczenia uzależnień i inne. Wśród wielu z nich widzę także: Poradnię Psychologiczną dla Dzieci i Młodzieży oraz Poradnię Zdrowia Psychicznego dla Dzieci.
Szpital został uruchomiony w 1933 roku, choć budowę obiektu (finansowaną ze składek skarbu państwa i składek powiatowych związków komunalnych) rozpoczęto już w 1929 roku. Ówczesnym dyrektorem placówki został dr n. med. Eugeniusz Wilczkowski. Po dwóch latach odnotowano, że w szpitalu przebywało 240. pacjentów, natomiast pierwszy wyleczony pacjent został wypisany do domu w lutym 1934 roku. Szpital powiększano, powstawały nowe budynki, stanowiące nierozerwalną część obiektu, takie jak obora, chlewnia czy rzeźnia, wykorzystywane na potrzeby szpitala. Powstała także pracownia analityczna, gabinet fizjoterapii i pracownia psychologiczna. Założono sad. Szpital korzystał z własnej studni głębinowej oraz energii elektrycznej, szwalni, zakładu krawieckiego i szewskiego, w których to pracowali sami pacjenci, pokrywając w ten sposób koszty swojego leczenia.
Czas wojny to czas bestialstwa i mordowania pacjentów szpitala. Pierwszych dziesięciu chorych Niemcy wywieźli w lutym 1940 roku. Miesiąc później przejęli zarząd nad szpitalem. Rozpoczął się etap cichego wywożenia pacjentów. Pierwsza grupa liczyła 70 osób, które zostały wywiezione, pod opieką niczego niepodejrzewających pielęgniarzy, do Zakładu dla Ubogich w Śremie, a stamtąd 56. chorych wywieziono do lasu w okolicy Mosiny i tam zamordowano. Stało się codziennym zwyczajem, że małe grupki chorych rozpływały się jak kamfora, nie wiadomo gdzie, i ślad po nich ginął. Zaczęto domyślać się prawdy, lecz wszyscy mocno zastraszeni, milczeli jak grób.
Książka pani Kaliny Błażejowskiej „Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych”, okładką i tytułem od razu zwróciła moją uwagę. Autorka apeluje w niej o pamięć dla Pomordowanych, a jej krzyk dociera do mnie.
To wzruszająca historia Szpitala Psychiatrycznego w Gostyninie-Zalesiu i jego podopiecznych z czasów II wojny światowej, a więc czasu, kiedy szpital ten był pod jurysdykcją niemieckich okupantów.
Sądziłam, że na temat terroru, okrucieństwa i bestialstwa nazistów wiem dużo, jednak po przeczytaniu książki stwierdzam, że nie tak bardzo, skoro ciągle jestem zaskakiwana nowymi okropnościami. Książkę czytałam z przerwami na łzy, bo to o czym czytam, bardzo boli i porusza serce. Boli jak diabli.
Pensjonariusze szpitala szli na rzeź, cicho, nieporadnie, nie zdając sobie sprawy z tego, co ich czeka ani dokąd idą. Potulni, przestraszeni, bezbronni. Niektórzy jakby przeczuwając, że ten spacer skończy się źle, wyrywali się, wierzgali, krzyczeli i zapierali się nogami. Ale wszyscy oni trafiali ostatecznie tam, skąd powrotu nie było. Jedni do rzekomej kąpieli pod szumiące prysznice, z których wydobywał się gaz, drugim aplikowano zastrzyki rzekomo na uspokojenie, a ostatecznie i tak – jedni i drudzy- trafiali do pieców krematoryjnych firmy Kori z Berlina, która po zakończeniu II wojny światowej nadal produkowała swoje piece, z tą różnicą, że nie palono już w nich ludzi.
Z dziećmi obchodzono się nieco inaczej. Zachowywano pozory ich rzeczywistej choroby, chociaż wśród zamordowanych tylko pięć procent stanowiły dzieci autentycznie chore psychicznie. Ta śmierć pozornie wydawała się humanitarna, bo przecież dzieci poddawane były różnym medycznym doświadczeniom, zmierzającym do ich rzekomego wyleczenia, ale i tak pomoc lekarzy okazywała się złudna.
Jak naprawdę wyglądało owo leczenie dzieci?
Z rdzenia szyjnego pobierano płyn, a wpuszczano powietrze. Faszerowano dzieci dużymi pastylkami i wstrzykiwano im w uda zastrzyki z luminalu. Efekty były prawie natychmiastowe. Dzieci dostawały wysokiej gorączki, wymiotowały, dostawały drgawek i konwulsji, traciły siły i powoli umierały. Te wycieńczone i wychudzone istotki były jak podeptane kwiaty w ogrodzie, ogołocone z dzieciństwa, radości, miłości i bezpieczeństwa. Nie dostawały szansy na wyleczenie, na opiekę ani rekonwalescencję. Nie dostawały najmniejszej szansy na dalsze życie, nie pozwolono im żyć. Zostały przeznaczone do eksterminacji.
Trzeba zaznaczyć, że wśród pacjentów gostynińskiego szpitala w czasach niemieckiej okupacji i niemieckich rządów, były także dzieci sieroty, poniewierające się po ulicach, żebrzące z głodu, odrzucone z powodu upośledzenia umysłowego, epilepsji albo niezgrabności fizycznej, te które były balastem dla rodziny, niechciane. Ginęły wszystkie.
Czy ktoś przeżył? Tak, ale skutki doświadczeń, jakie przeprowadzano na pewnym chłopcu, były obecne w całym jego powojennym życiu. Bóle głowy i kości męczyły go każdego dnia, a trauma pourazowa zadomowiła się na stałe. Ten dorosły dziś człowiek ma dzieci, mówi, że są całkiem zdrowe, zatem jego dolegliwości nie są genetyczne ani dziedziczne. On sam przeżył tylko dlatego, że w owym szpitalu pracowała jego daleka kuzynka, która nie podawała mu tabletek i nie robiła zastrzyków. Czasami podrzuciła mu też coś do jedzenia, bo w szpitalu tym również głodzono dzieci.
Niemiecka doktor Hecker kochała swoją pracę aż nadto. Była posłuszna Hitlerowi. A akcja T4 – polegająca na fizycznej eliminacji ,,życia niewartego życia” – należała do jej wewnętrznych przekonań. Z szaloną i sumienną starannością wykonywała rozkazy, jakie przychodziły z samego Berlina. Wiadomo, jakie to były rozkazy, ale ona wierzyła głęboko, że rasę aryjską należy oczyścić z jednostek podejrzanych, słabych, kalekich i kruchych. Chwytała się różnych sposobów, by dzieci nie wychodziły wyleczone ze szpitala, by przeciągać w nieskończoność ich pobyt w jednostce, tym bardziej, że zainteresowanie tymi dziećmi ze strony rodzin nie było duże. Prowadząc korespondencję z rodzicami, którym los ich dzieci nie był obojętny i wymuszając na nich różnego rodzaju zezwolenia na dodatkowe badania (doświadczenia) w celu rzekomego poprawienia stanu zdrowia, doprowadzała do ich śmierci, najczęściej zaraz po fakcie oporu i determinacji niektórych rodziców chcących zabrać dzieci do domu.
Po śmierci małego pensjonariusza spisywano akt zgonu z podaniem przyczyny śmierci, która była jednym wielkim fałszerstwem. Była tam wpisywana grypa albo zapalenie płuc, obok takich przyczyn jak: schizofrenia, otępienie, niepoczytalność czy pląsawica Huntingtona. Dzieci rzekomo chowano na cmentarzu zakładowym, ale w rzeczywistości były to doły, w których umieszczano po kilkadziesiąt ciałek. Z czasem roznosił się po okolicy smród, a leśne zwierzęta roznosiły fragmenty zwłok. Wówczas postanowiono palić ciała w piecach.
Nikt nigdy nie odnalazł tam żadnego grobu. Za to popiół, jaki wysypywał się z pieców firmy Kori, zalegał w gostynińskich lasach i rzekach: Osetnicy i Skrwie Lewobrzeżnej.
W książce został jeszcze opisany Szpital Psychiatryczny w Lublińcu, który również skrupulatnie przestrzegał hitlerowskiej polityki ,,niszczenia życia niezdolnego do życia”, i w którym pracowali lekarze-oprawcy. Były w nim także „tante” (ciocie), które znęcały się nad niesfornymi dziećmi, długotrwale polewając je zimną wodą lub owijając ich ciała w mokre prześcieradła bądź koce. Wśród chorych dzieci były też zdrowe, ale niegrzeczne, nadpobudliwe, moczące łóżko, które należało zniszczyć, bo jak mniemano, nic dobrego z nich wyrosnąć nie może.
W lublinieckiej klinice rządził dr Buchalik, który po wojnie będzie prowadził dostatnie i wygodne życie, i nigdy nie zostanie osądzony za swoje zbrodnie.
Podobnie będzie z dr Hecker oraz innymi niemieckimi lekarzami czy pielęgniarkami. Niesamowite jest to, że po wojnie nadal będą pracować w szpitalach z chorymi dziećmi. Czy tam też będą podawać tabletki i zastrzyki z luminalem?
W szpitalu prowadzona była haniebna praktyka: wyjmowano zmarłym dzieciom mózgowie i rdzeń kręgowy, które następnie wysyłano do Breslau (do Wrocławia), gdzie doktor Scherer – młody, zdolny neuropatolog z Instytutu Neuropatologicznego badał je dla rozwoju i chwały nauki. Zresztą nie tylko on. Takich było wielu, w tym także dr Sandi. Z pasją kroili dziewczynki i chłopców dla własnego naukowego rozwoju, który nierzadko przynosił im rozgłos i pieniądze. Nie mogli przecież pozwolić, by taki materiał badawczy zmarnował się w ziemi…
Żeby wszystko przebiegało zgodnie z prawem, obok szpitala znajdowała się szpitalna kostnica, a trumny były otwierane w przypadkach, gdy rodzice zdawali się być roszczeniowi i mocno naciskali na dyrektora. Pozory zostały zachowane, a każda istota ludzka odnotowana w czarnym zeszycie, który będzie czekał przeszło 20 lat, by udowodnić, że mordowane dzieci skrupulatnie zaznaczano czarnym krzyżykiem przy nazwisku. Oczywiście wszystkie dane osobowe zostały zapisane zgodnie z niemieckim porządkiem. 293. dzieci, tyle samo imion i nazwisk. I to ciągle nic, za mało, by udowodnić winę mordercom.
Warto jeszcze nadmienić, że dzieci umieszczane były na oddziałach A i B. Oddział A – to oddział przejściowy, a B – likwidacyjny. Nie trzeba chyba tłumaczyć, który do czego służył.
Dziś w miejscu dawnego szpitala znajduje się Hotel Zamek, zapraszający w swoje progi wszystkich, którzy potrzebują odpoczynku i relaksu. Wokół rozwieszone są plakaty reklamujące miły pobyt wśród zieleni. Miły i spokojny. Niedaleko znajduje się cmentarz, a na nim jedna zbiorowa mogiła, ku pamięci pomordowanych dzieci. Jedna? Przecież dzieci chowano w pojedynczych grobach. Jak to możliwe? – Tak łatwiej było upamiętnić wszystkie zamordowane dzieci – mówi ktoś.
Na ogół mieszkańcy nie wiedzą, co wydarzyło się na zamku podczas wojny, może tak im wygodniej, w końcu nawet prospekt hotelowy nie wspomina o niecnej przeszłości tego miejsca podczas wojny.
Niewiedza? Głupota? Bezduszność? Jak to określić?
Niemcy prowadzili badania, by ustalić czy dzieci umieszczane w szpitalu psychiatrycznym chorują na imbecylizm dziedziczny, czy nabyty. I to było w porządku.
Nikt nie pofatygował się po wonie, by sprawdzić jaki imbecylizm reprezentowali niemieccy oprawcy, choć mogłyby to być imponujące wyniki badań dla całej ludzkości.
Uważa się, że w latach wojny, a więc od 1939 do 1945 ogółem zabito około 200 000 ludzi upośledzonych, niepełnosprawnych i niesamodzielnych, głównie poprzez rozstrzelanie, zagazowanie bądź otrucie. Dokładne dane nie są znane, ponieważ akcja miała charakter półoficjalny, a z czasem podlegała utajnieniu.
Reportaż Kaliny Błażejowskiej „Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych”, to dzisiejsze przypomnienie o nierozliczonej wczorajszej winie.