Nim słońce wzeszło,
cała słoma zmieniła się
w szczere złoto.
Titelitury
Bracia Grimm
Sierpień‘80
— Mrówka! Mróweczka… — pomyślała Anielka i rozejrzała się szybciutko, czy nikt nie zauważył maleńkiego owada. Przystawiła paluszek do szyby, po której się wspinał, a potem schowała go do piąstki. Co chwila zerkała do środka, ale nie za często, żeby się nie zdradzić. Była w przedziale sama, lecz zaraz mieli dosiąść się dorośli. A sześć lat to już wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że dorosłym ufać nie można.
Czuła podekscytowanie, to miała być najdłuższa podróż w jej życiu i to zupełnie samodzielna. Już następnego dnia zobaczy morze, ale radość trochę psuła myśl o ciotce Jance. Właściwie żadna z ciotek nie była klawa, a wujkowie jeszcze gorsi…
Pociąg wciąż stał na stacji, gdy do przedziału weszła ciotka Jadźka wraz z konduktorem. Dziewczynka poczuła od razu mieszankę zapachów i żaden jej się nie spodobał. Zauważyła, że ciotka wsunęła jakiś papierek w dłoń mężczyzny.
— Będę pilnować, obywatelka nic się nie martwi! — zapewnił. — Adres i telefon na szyi? Wszystko jak trzeba, spokojna głowa!
Dziewczynka dotknęła sznurka, kartka obijała się o sweterek. Ciotka żegnając się nawet nie spojrzała na Anielkę.
Była pierwszą pasażerką. Pociąg stał pusty, lokomotywa mruczała i czekała, aż ktoś zechce wsiąść. Przemyśl jest początkową stacją, więc bywa, że skład długo stoi na torze. Było wcześnie rano, ale przez uchylone okno peron pachniał już kapustą z dworcowego baru, a w megafonie raz po raz trzaskały komunikaty, których Anielka nie zamierzała słuchać.
Zajęła miejsce przy oknie. Po chwili czyniąc znak krzyża weszły dwie zakonnice, które usiadły przy drzwiach. Anielka sądząc, że w ten sposób się witają, również się przeżegnała. Chwilę po nich do przedziału weszła dziewczyna, uśmiechnęła się i usiadła naprzeciw.
Następny był wąsacz, a zaraz za nim drugi, tak podobni do siebie, że mogliby być braćmi, chociaż zachowywali się, jakby się nie znali. Pojawił się też bardzo stary pan w kapeluszu wyglądającym na jeszcze starszy. Machając długą laską, obijał nią drzwi i siedzenia, aż zakonnice przeżegnały się ponownie, kiedy w czarnych okularach przeszedł obok nich.
Pociąg ruszył i już byli w Jarosławiu. Dziewczyna pochyliła się i zapytała:
— Pasażerka na gapę? — mrugnęła i wskazała palcem na zaciśniętą piąstkę Anielki.
Ta aż się przestraszyła, bo nie chciała, żeby konduktor zauważył, że wiezie mrówkę bez biletu. Szybko przyłożyła paluszek do ust, dając znak, że lepiej o tym nie mówić.
— Myślisz, że się nie boi? — nie dawała za wygraną. — Taka mała pewnie się nie boi!
— Mali też się boją… — odpowiedziała Anielka.
…Chociaż nie ja, bo jestem dzielną dziewczynką — pomyślała. Poczuła dumę, że wyruszyła w tak długą podróż zupełnie sama. Ciotka często wysyłała ją pociągiem, ale nigdy tak daleko. Tym razem miała zawieźć bardzo ważny skarb, o którym nie wolno nikomu mówić, aż do Gdańska. Ciotka pół wczorajszej nocy zaszywała go w rękawach sweterka.
W Krakowie, na korytarzu, pojawiła się elegancka pani z pieskiem białym jak chmurka, ale nie weszli do jej przedziału, choć zwierzątko uśmiechało się wesoło.
W Radomiu z kolei dosiadł się młody chłopak i usiadł pomiędzy Anielką a jednym z wąsaczy. Pachniał dziwnie, słodko, gorzko i kwaśno naraz. Na stacji pociąg stał długo, chociaż wydawało się, że wszyscy już wsiedli. Na korytarzu ktoś krzyczał, że po co stać w kolejce, skoro Wars i tak zamknięty.
— Wszystko teraz staje — mruknął ktoś. — W Lublinie kolejarze się postawili i tu stajemy. Dobrze, że nie jedziemy przez lubelskie…
— Element się kotłuje, to stoimy! — oburzył się wąsacz. — Pieski imperialistów… Kraj wykoleją! — uśmiechnął się, ucieszony z własnej elokwencji.
Dziewczynka zaczęła żywiołowo rozglądać się za wspomnianymi pieskami, ale żadnych innych poza białym na rękach eleganckiej pani nie zauważyła.
— Łobuzy! — dodał ktoś inny. — Polskę podpalają!
Mówił takim tonem, jaki Anielka czasem słyszała, bawiąc się pod oknami pani Żyłowej, gdy ciotka chodziła do niej na telewizor. Dlatego nie słuchała dalej, bo wcale nie lubiła tego tonu.
— Pani słyszała? Mówią, że ten rok zapamiętamy…
— Każde lato jest do zapamiętania, byle nie takie zimne… — odparła inna pani. — Bo wtedy maliny kwaśne, a takich nie warto rozpamiętywać.
W końcu ruszyli, ale nie na długo, bo pociąg znów stanął w szczerym polu. W wagonie pachniało ludźmi i metalem.
— Masz wodę? — zapytała dziewczyna. — Weź kanapkę! — dodała, rozwijając papier i odsłaniając kiełbasę spod kromki.
Anielka najpierw pokręciła głową, ale po chwili, czując zapach, przełknęła ślinę i wyciągnęła tę dłoń, której nie trzymała zaciśniętej.
— Tylko uważaj, żebyś mróweczki nie zjadła!
Anielka aż podskoczyła, bo przez chwilę o niej zapomniała. Otworzyła dłoń, a mrówka na szczęście poruszyła czułkami.
— Ruszamy!
— Bilety do kontroli! — w drzwiach stanął konduktor.
Uśmiechnięta dziewczyna podała swój. Po niej bracia wąsacze, którzy dalej udawali, że się nie znają, zakonnice i niewidomy pan. Młody chłopak nerwowo grzebał w kieszeniach, a gdy znalazł bilet, mrugnął do Anielki. Spojrzał na nią też konduktor.
— Aż tak ci zimno w sierpniu, że ten sweterek?
— Ciocia mówiła, że na polu upał, a w pociągu wieje — odpowiedziała. Tak naprawdę było jej duszno i gorąco, ale nie chciała nic zdejmować, bo bała się, że ktoś mógłby ukraść skarb, albo że ona gdzieś go zostawi i zgubi.
Noc nadeszła między Kutnem a Toruniem. W przedziale pachniało wciąż kiełbasą, zimnym metalem i snem. Anielka wyszła na chwilę na korytarz, żeby sprawdzić, w którym przedziale spał piesek, o którym myślała, odkąd go zobaczyła.
Pociąg znowu tkwił w miejscu, a chłopak z jej przedziału stojąc przy delikatnie uchylonym oknie, wydmuchiwał dym papierosa.
— Wiesz, pewnie nie wyglądam, ale jestem wojownikiem!
— A z kim walczysz? — zapytała zdziwiona.
Zamyślił się.
— Z Titeliturym. Znasz tę bajkę? Jest niemiecka.
Po czym dodał ciszej: — Żeby dzieciom całej Polski było lepiej, żebyśmy wszyscy byli wolni!
Anielka spuściła oczy. Nie znała tej bajki, ale nie chciała się przyznać.
— A jak walczysz?
— Postulatami i ulotką…
Wrócili do przedziału, gdzie po chwili zjawił się konduktor. Zatrzymał wzrok na chłopaku. W dłoni trzymał fotografię osoby bardzo do niego podobnej. Po chwili zniknął, a ten prędko wskoczył na fotel, porwał torbę i pociągnąwszy za klamkę okna, rozsunął je i wyskoczył.
Wąsacze poderwali się z miejsc. Chłopak zdążył jeszcze kiwnąć głową w stronę Anielki i pokazać dwa złączone palce w kształcie litery V. Wykonał ten sam znak, który widziała już wcześniej, choć nikt jeszcze jej nie wyjaśnił, co oznacza.
Wtedy konduktor, zasapany, wpadł do przedziału razem z milicjantami.
— Gdzie ten?! — krzyknął.
Jeden z wąsaczy powiedział, że wyskoczył przez okno, a zakonnice po raz kolejny się przeżegnały.
Anielka nagle pomyślała, że skoro on walczy o dobro dzieci tego kraju, to musi mu pomóc i wskazała ręką na korytarz po przeciwnej stronie, z której przybiegli panowie w mundurach.
Milicjanci spojrzeli na wąsacza, potem na nią i uwierzyli Anielce. Żyli już zbyt długo na tym świecie, aby nie wiedzieć, że dorosłym nie ma co ufać. Zmyleni co do kierunku ucieczki chłopaka, najpewniej go nie złapali, a przez całą dalszą podróż nikt się już nie odezwał. Do przedziału także ani razu nie zajrzał konduktor .
Kiedy wjechali do Gdańska, niebo było jeszcze blade. Dziewczynka wstała, poprawiła sweterek, wzięła torbę i delikatnie przeniosła mrówkę z dłoni do kieszeni. Na końcu peronu ktoś do niej machał.
— Moja mróweczka! — powiedziała ciotka ochrypłym głosem i przytuliła Anielkę, równocześnie szukając po sweterku skarbu. — Gdzie ciotka to zaszyła?
Rozejrzała się dookoła i dodała:
— Dobrze, że wujek Włodek, łamaga jeden, potrafi jeszcze złoto przewozić zza miedzy od Sowietów!