+48 736-84-84-44

Moje miasto

Nie wiem gdzie jestem, czy zostałem gdzie byłem? I dokąd poszedłem? Już nie pamiętam, którymi  ulicami przemierzałem moje życie. Nie wiem nawet, czy to byłem ja, czy może jakieś inne dziecko. Przed wojną biegało nas po ulicach wielu, przed wojną byliśmy sobą. A teraz? Nie rozpoznaję siebie, nie  rozpoznaję nikogo. Nie ma nikogo i mnie też nie ma. Zostałem zabity, leżę gdzieś przy krawężniku, zastrzelony jednym krótkim strzałem w potylicę, uduszony w zakamarku ciemnej speluny, obdarty z ubrań, nagi i pokopany do nieprzytomności. Leżę i nie wiem, czy żyję. Nie, ja przecież nie żyję…

            Wróciłem, to jednak ja. Wróciłem, chociaż nie czuję swojej twarzy, nie słyszę  bicia swojego serca. Nie oddycham. Wróciłem i nie odnalazłem nikogo. Nie odnalazłem swojej tożsamości.
I moje miasto nie jest już moim  miastem. Jest niczyje i wygląda inaczej. Nie poznaję ulic, po których  biegałem, nie widzę chłopaków ani piłki. I koni nie widać, co stały rzędem przy ulicy… Nie ma tej ulicy. Nie widzę domów z balkonami, pięknych kamienic i bram złoconych historią. Nie ma nic, bo to nie jest miasto. To ruiny, to szkielet ledwo stojący na nogach. Sypie się tynk, lecą cegłówki, uderzają w przechodniów… Nie ma mojego miasta…

            Moje miasto zginęło wraz z 14. tysiącami ludzi, z Żydami, których nie ma, bo jacyś ludzie tak chcieli. Niemcy tak chcieli, a inni dali na to przyzwolenie. Nie ma Żydów, nie ma mojego miasta, mojego domu. Nie ma mojego  kraju…

            Czy ja jestem tym chłopcem, który miał swoje dzieciństwo, i który stracił je bezpowrotnie? Czy można  odzyskać dzieciństwo? Chciałbym dorastać powoli przy rodzicach, z uśmiechem na twarzy, ze szklanką mleka i kromką ciepłego chleba w dłoni. Tak bym chciał. Czy można stać się znowu małym  chłopcem i żyć w swoim mieście? Stanąłem w kolejce po czas utracony, po godziny zmarnowane, po bicie zegara; ale nie ma już czasu. Skończył się w 1945 roku. Odszedł, zginął, ktoś wyrwał mi go z całej  siły, z korzeniami i nadzieją.  Nie zostawił nawet płaszcza…

            Moje życie stało się jak kotara teatralna. Ciągle opada. Podnoszę ją, bo wydaje mi się, że mam dużo siły, ale to nie prawda. Opada, opada, opada i ciężko  ją podnieść. Jestem jak aktor jednego spektaklu. Nie zdążyłem  wypowiedzieć słowa, a już kazano mi zejść ze sceny. Nie było braw, nie było aplauzu. Nienawidzę teatru. Nienawidzę aktorów, zbyt dobrze ich znam.

            Szedłem  moją ulicą, ale nie poznawałem, że  to ona. I domów nie  rozpoznawałem. Były nagie, bez okien, i menory stały w ciemności, bez świec. Zresztą menor też nie było, leżały w skrzyniach, zamknięte szczelnie na kłódkę. Dusiły się na strychach i w piwnicach.  Uduszone, ściśnięte i pogięte. Zabite jak psy.

            Jakieś oczy, czyjeś oczy śledziły każdy mój krok. To zabójcy mojego miasta, zabójcy  pewnego żydowskiego chłopca, który biegał po Szerokiej, grał w piłkę z kolegami i studiował Torę. Mordercy. Nie ma tych chłopców, synów matek, których  rozdarte serca krwawią do dziś. Nie ma tych matek. Nie ma dzieci. Żydowskich dzieci.

            Oto moja  ulica. Dom nie ten, visa vis sklep ze słodyczami. Nie raz we śnie wbiegałem po schodach, kładłem złotówkę na ladzie i wybiegałem z karmelkami w dłoniach. Ale to nie mój sen, został mi zabrany, wyrwany jak róża z ogrodu. Nie mój sen i sklep nie mój. Minęło tyle czasu. To nie ten sklep i dom też inny. Wszystko jakby znajome a takie dalekie.

            Pobiegłem do parku, by sprawdzić czy drzewa tam rosną jak dawniej, czy stare akacje
i jesiony szumią dumnie jak niegdyś. Rosną, ale są jakieś inne, i patrzą inaczej, odwracają głowy ode mnie, gubią spojrzenia i mówią: Nie znamy ciebie Aronie…

            Nie znają mnie, a przecież byłem tu prawie codziennie. Biegaliśmy z kolegami nad Zgłowiączkę, która jak dziś rwała żywo do przodu. Ona też była świadkiem historii. Pędzi nadal, jakby bała się, że o coś zapytam. Prawie ucieka, wartka i prędka. A ja nie potrafię już pytać, słowa utknęły mi głęboko w duszy i tylko czasem łkają wielkimi łzami. Nie potrafię pytać, zapadłem się w czeluściach ciszy…

            Powolnym krokiem wracałem. Dorosły, zmęczony, ale ciągle będący chłopcem. Opuszczałem moje- nie moje miasto. Słońce ścieliło mi drogę, zachęcało do spaceru. Nikt mnie nie poznał, nikogo nie spotkałem. Kogóż mogłem  spotkać w obcym mieście? Sami obcy ludzie. Usiadłem znużony na ławce, powieki same opadły jak skrzydła łabędzie, nie miałem  ochoty  szukać mojego miasta. Zasnąłem jak dziecko, jak kiedyś u mamy na tapczanie, gdy byłem zmęczony odpoczywaniem. Jakiś mężczyzna podszedł do mnie, potrząsnął za ramię i powiedział: Halo, czy pan żyje?!

A idąca z naprzeciwka kobieta  powiedziała do niego: Daj pan spokój, to pewno jakiś przybłęda albo pijak…

Przejdź do treści