Kapitan Paper wpatrywał się w duży, owalny ekran systemu wizualizacji czołowej. Statek minął już Marsa, ale do tunelu czasoprzestrzennego znajdującego się na peryferiach układu, z wyrzutnika ziemskiej bazy orbitalnej, miał lecieć ponad dwa tygodnie. Zostało więc jeszcze sporo czasu. Chociaż w teorii osiągnięto już dwie setne prędkości światła, to w rzeczywistości tylko połowa z tego była w ludzkim zasięgu, Neptun pozostawał więc wciąż daleki. Paper westchnął tęsknie, upił trochę ginu, dzwoniąc zębami o brzeg szklanki, odstawił gwałtownie alkohol i ciężko opadł na fotel. Zerwał się jednak zaraz, czując coś twardego: to ta cholerna, plastikowa gwiazdka na szczęście, której już nie potrzebował. Szczęście zależy przecież od człowieka, a nie od przedmiotu! Odrzucił talizman, który potoczył się hałaśliwie po klawiaturze głównego hologramu, po czym usiadł ponownie. Przymknął oczy. Epsilon Eridani niekiedy wydawała mu się tylko snem, albo hipokryzją ludzi nazywających siebie naukowcami. A przecież udało im się zbudować kilka naprawdę szybkich statków, a potem ,,Kolonistę’’ i przekonać wielu do tej dalekiej wyprawy! Do pochwycenia Ran, pomarańczowego karła, wokół którego krążył przede wszystkim Aegir, gazowy olbrzym, przypominający Jowisza. Lecz celem wyprawy stał się księżyc planety, ziemia pełna wody. To ona miała być nowym światem ludzi, od dawna chodzących po ziemskim śmietniku…Paper sam nie wiedział, kiedy zaczął mocno w to wierzyć. No tak, ale pokonanie dziesięciu lat świetlnych nie byłoby możliwe bez tunelu, który pojawił się podobno pod koniec ubiegłego wieku, dobrych parę lat temu. Tak więc nowe, dwudzieste drugie stulecie rozpoczęto z przytupem.
Kapitan wstał nagle, poruszony narastającym hałasem, dobiegającym od strony głównego korytarza statku. Na wszelki wypadek drzwi mostka pozostawił otwarte, a czas przygotowań kolonistów do skoku nadciągał nieubłaganie. Jajogłowi twierdzili, że jeszcze przed tą przełomową chwilą należy uśpić wszystkich, zaczynając od przedziałów pasażerskich. Hibernacja miała trwać przez kilka miesięcy, głównie w gwiazdozbiorze Erydanu, gdyż wylot tunelu znajdował się daleko za zewnętrznym pasem planetoid układu, w którym był docelowy księżyc. Ponadto statek miał wtedy coraz mocniej hamować. Biegano więc coraz szybciej, aby sprostać specyficznym procedurom. Patrząc na narastający chaos, Paper zmarszczył brwi. Jakiś fizyk zderzył się z lekarzem z ekipy KRIO. Obaj upadli i spojrzeli oszołomieni. Widząc, że nikt właściwie nie zwraca na niego uwagi, fizyk chwycił protezę zębową, która upadła na podłogę, oczyścił ją pocierając o spodnie, potem włożył pospiesznie do ust, zerwał się i ruszył przed siebie. Lekarz potarł czerwone czoło, skrzywił się rzucając inwektywami i wreszcie wstał, ale znacznie wolniej od fizyka. Nie rozglądając się, chwiejnym krokiem poszedł do ambulatorium.
Kapitan Paper pokręcił głową z politowaniem.
* * *
Blaszany goniec co chwila kłaniał się nieznacznie, relacjonując ostatnie wydarzenia. Metalicznie brzmiące słowa kierował głównie do Papera, chociaż obok szefa misji zgromadziło się kilka osób z załogi szkieletowej. Robot mówił:
– …Tak więc, panie kapitanie, wszystkie systemy statku pracują bez zarzutu, a dwa tysiące kolonistów śpi już grzecznie, śniąc o pięknym, dalekim księżycu. O Błękicie. Nawet nie poczują mocy skoku! Nasza niezmordowana ekipa dogląda poszczególnych sekcji, szczególnie może tych farmerskich, bo wiadomo, że ludziska tęsknią już do świeżych, księżycowych pól i czystej wody…
– Dobra, dobra – przerwał mu Paper, niecierpliwie machając ręką. – Najważniejsze, że hibernacja przebiega właściwie i nikt nie będzie przeszkadzał innym na korytarzach. O wszelkich zaburzeniach w sektorach KRIO proszę meldować natychmiast!
– Tak jest! – krzyknął robot i ukłonił się głęboko po raz ostatni. Wtedy kilka nitów z jego złocistego zadu wystrzeliło w różnych kierunkach. Jeden z nich odbił się od ściany i uderzył w czoło astronawigatora Inka! Rosły mężczyzna poderwał się z fotela, lecz opadł zaraz, a potem zsunął się na podłogę, nie wydając najmniejszego dźwięku.
– Co to, do stu diabłów? – ryknął Paper, zrywając się jak oparzony.
Nim zorientował się, co naprawdę zaszło, kilka robotów z ekipy medycznej zajęło się już poszkodowanym. Ink na szczęście otworzył oczy i zapytał, czy na pewno znajduje się na pokładzie ,,Kolonisty’’. Jeden z androidów uśmiechnął się z ulgą.
W tym czasie na mostku pojawił się inny robot. Odczekał, aż Paper uspokoi się trochę, odchrząknął po swojemu i zameldował:
– Szefie, kilku kolonistów wystudziło się już tak bardzo, że musieliśmy popukać w nich trochę twardymi paluchami, a potem pozamiatać lód i szron…
– Co?!
Paper usłyszał głuche uderzenie w podłogę. To asystent lekarski, niejaki Julian Strzyk, bardzo wrażliwa dusza, stracił nagle przytomność. Kolejne roboty medyczne rzuciły się do pracy, migając barwnymi lampkami.
– …ale oni żyją, szefie! – dokończył przybyły robot. – Chociaż karton w miejscu komór wybrzuszył się tu i tam…
– Dobra, dobra! – przerwał mu Paper. – Dzięki niebiosom nikt jeszcze nie umarł i mam nadzieję, że nie umrze.
– Dajcie mi coś zimnego – powiedziała Wiera Santos, główna lekarka misji, rozglądając się bezradnie po twarzach zgromadzonych. Guz na głowie Juliana rósł w oczach!
Jeden z robotów wartowniczych, który wcześniej prężył się jak struna przed mostkiem, wyszarpnął z pochwy nóż bojowy, ostrze zanurzył w lodzie, pływającym w ginie kapitana i po chwili podał broń lekarce.
* * *
Neptun, Neptun!.. Załoga szkieletowa ,,Kolonisty’’ zdawała się wołać z radości, kiedy cylindryczny statek zbliżył się wreszcie do masywnej, szaroniebieskiej planety. W czarnej przestrzeni wypełnionej cekinami gwiazd błysnęła już srebrzyście brama do osobliwego tunelu. Wtedy jednak, zupełnie niespodziewanie, świat zawirował, a tuż przed dziobem ,,Kolonisty’’ pojawiła się…biała przestrzeń! Była owalna, chociaż po dłuższej chwili gdzieś u góry, zauważono biały narożnik czegoś, co stało się jasne nieco później. Tymczasem przestrzeń przed szkieletową załogą statku zadrżała tak, jak on. Zupełnie jakby jakaś wielka siła uderzyła z zewnątrz! Przestrzeń zmieniła się: była teraz całkiem zielona, wręcz lepka i trochę rozmazana. Lecz wciąż czytelna. Wypełniona została letnią łąką, na której zauważono mężczyznę i kobietę.
– Kochani, ciągle żyjemy, ale możemy trafić do innego komiksu! – krzyknął zrozpaczony kapitan Paper. Jego ból spotęgowany był przede wszystkim widokiem ręki Wiery, która puściła farbę i odbiła się w trawach z innej historii…
* * *
Twórca zmarszczył brwi, gdy zorientował się, że wsunął mokrą wciąż planszę z ,,Letnią Przygodą’’ pod zbyt szybko odwróconą kartę z przygodami ludzi w kosmosie. Na dodatek przygniótł obie dłonią!
– Niech to szlag! Tyle roboty na marne…Teraz nie tylko żywot Papera i załogi trzeba będzie reaktywować…