+48 736-84-84-44

Po kilkunastu minutach jazdy leśnym duktem reflektory nieco sfatygowanej skody wydobyły z mroku zarysy parterowego budynku recepcji. Kornacki zatrzymał auto przy jedynym oświetlonym oknie i wysiadł, starając się nie narobić hałasu. Nie udało się. Trzask samochodowych drzwi upodobnił się do wystrzału. Ośrodek wczasowy zdawał się być całkowicie uśpiony i przemknęło mu przez myśl, że ta cisza w samym środku sezonu urlopowego jest jakaś dziwna. Jadąc smętną wstęgą szosy, z nudów rozmyślał o tym, co zastanie na miejscu. Spodziewał się odgłosów dancingu w restauracji, salw śmiechu dochodzących z werand domków i wtulonych w siebie parek, snujących się między drzewami. Nic z tego. Przystanął na moment, delektując się żywiczną wonią i zapachem jeziora. Za domkami wiatr szemrał wśród trzcin i marszczył czarną jak smoła toń. Chłodny powiew wdarł się pod kołnierz jego kurtki i wywołał lekki dreszcz. Kornacki zdecydowanym ruchem otworzył drzwi recepcji.

– Słucham pana? – odezwała się z przestrachem w głosie młoda dziewczyna.

Nie miała więcej niż dwadzieścia lat, ale na jej twarzy już rysowało się coś na kształt znużenia światem. Jakby wszystko przeżyła i do tego wyciągnęła z tego wnioski. Niewesołe. Obfity biust jak magnes przyciągał wzrok.

Kornacki milczał, lustrując wnętrze pokoju. Ciemna boazeria. Kalendarz z obowiązkowo roznegliżowanym kociakiem, dwa aparaty telefoniczne, absurdalnie wielka księga gości i wersalka. Na wersalce leżała jakaś książka. Zrobił krok do przodu, żeby odczytać tytuł. Pamiętniki Saint-Simona. Dysonans poznawczy.

– To szefa – pospieszyła z wyjaśnieniem dziewczyna.

– Fajnego macie szefa.

– Bardzo fajnego… To pana znajomy?

– Tak. Jakiś czas Irek studiował na moim wydziale…

– Pan w sprawie domku?

– Zgadza się. Zarezerwowałem telefonicznie. Kornacki.

Dziewczyna pochyliła się nad biurkiem i zaczęła wertować notes w szarej okładce.

– Jest! – powiedziała dziwnie rozpromieniona. – Domek numer 14. Już daję panu klucz.

Wstała i podeszła do drewnianej tablicy. Kornacki pospiesznie zlustrował jej zgrabną figurę. Dziewczyna instynktownie wyczuła natarczywe spojrzenie. Odwróciła się gwałtownie i popatrzyła mu głęboko w oczy. Przez chwilę stali w bezruchu. Na jej ustach pojawił się szelmowski uśmiech.

– Proszę! – wręczyła mu klucz z doczepioną drewnianą gruszką.

– Dziękuję.

– Niech pan minie parking i ścieżką prosto. Domek stoi na lewo od wejścia na pomost. Życzę przyjemnego pobytu – dodała i znowu się uśmiechnęła.

– Jeszcze jedno – przypomniał sobie. – Jutro rano chciałbym już wybrać się na ryby. Prosiłem o wystawienie zezwolenia…

– Zaraz sprawdzę.

Otworzyła szufladę biurka i przez chwilę szukała wzrokiem właściwego dokumentu.

– Mam! – podała mu zadrukowany kartonik ze stemplem. – Tu jest też numer pana łódki. Znajdzie ją pan przy pomoście.

– Dobranoc!

Wiatr ucichł, co dodatkowo spotęgowało ciszę. Kornacki wsiadł do auta i przejechał na pobliski parking. Drogę oświetlały latarnie. Wokół kloszy niestrudzenie uwijały się ćmy, co jakiś czas wpadając w sieci dorodnych krzyżaków. Z zarośli odezwał się pasikonik.

Domek okazał się całkiem przestronny i nieźle wyposażony. Był tam nawet kominek i telewizor, który jednak z niejakim trudem odbierał zaledwie dwa kanały. W kuchennej szafce znalazł małą lodówkę z zamrażalnikiem i natychmiast wstawił do niej butelkę ginu. Najpierw jednak, jak zwykle zresztą, przystawił flaszkę do oczu i popatrzył przez zielone szkło. Pokój zafalował, jakby stanowił dno magicznego turkusowego oceanu.

Za oknem gęstniała ciemność. Kornacki zrobił kilka kanapek z mielonką i pokroił pomidora. Po kolacji nalał pół szklanki ginu, dopełnił tonikiem i zabrał się za kompletowanie sprzętu, bo nie chciał rankiem tracić cennych minut. Pół godziny później wszystko było gotowe. Zrobił sobie jeszcze jednego drinka i przeczytał kilka stron opowiadań Klausa Manna. Zasypiając, znowu zobaczył turkusowy, falujący świat…

Wstał bladym świtem i wyniósł sprzęt przed domek. Latarnie były ciągle włączone, ale ich światło przegrywało w rywalizacji z brzaskiem. Do pomostu było tylko kilka kroków. Wiatr ucichł. Kornacki stąpał ostrożnie, żeby nie narobić hałasu. Nagle usłyszał przytłumione krzyki. Głosy dochodziły od strony najbliższych domków. To była gwałtowna kłótnia między kobietą i mężczyzną. Po kilku chwilach wszystko ucichło. Pod jego stopami zaskrzypiały poczerniałe deski pomostu.

Bez trudu odnalazł właściwą łódkę, bo były tam zaledwie trzy. Zdjął buty i podwinął nogawki spodni. Muł był zaskakująco ciepły. Ostrożnie przeniósł wędziska, odepchnął łódź i wskoczył do środka. Jęknęły dulki i już po kilku chwilach mijał niewielką plażę, graniczącą z masywem trzcin. Pogoda poprawiała się z minuty na minutę. Słońce wyłoniło się zza drzew, jak ziejący ogniem potwór. Nie musiał płynąć bardzo daleko, bo tuż za trzcinami dostrzegł w wodzie, butwiejący pień drzewa. Idealne miejsce na krasnopióry! Zrzucił linki z ciężarami i ustabilizował łódź. Delikatnie zanęcił i wyrzucił pierwszy zestaw. Spławik najpierw omdlał w kontakcie z wodą, ale zaraz leniwie się podniósł. Natychmiast nastąpiło branie. Ryba okazała się bezkompromisowa i bez zbędnych wstępów mocno pociągnęła za żyłkę. Zaciął i poczuł luby opór. Z lekko sadystyczną przyjemnością powoli kręcił kołowrotkiem, żeby dłużej nacieszyć się tryumfem. Wreszcie wyciągnął okazałą krasnopiórkę. Usatysfakcjonowany stwierdził, że haczyk tkwił na samym brzegu pyszczka. Popatrzył w zdziwione oczy ryby, uwolnił ją i wrzucił z powrotem do jeziora. Do południa złapał czternaście sztuk, z których zostawił sobie trzy na kolację.

Słońce paliło na dobre. Kornacki złożył wędki i wysypał resztę zanęty do wody. Natychmiast pojawiły się chmary małych rybek i zaczęły łapczywie polować na drobiny pokarmu. Zrobiło się naprawdę gorąco. Skierował łódź w stronę plaży i delektował się słonecznym ciepłem. Przymknął oczy. Kiedy otworzył je ponownie w dali dostrzegł, leżącą na piasku kobietę. Na jego widok zaskoczona lekko uniosła głowę. Podpłynął bliżej. W rysach plażowiczki było coś znajomego. Usiadła na ręczniku i zaczęła bacznie obserwować przybysza. Dno łodzi zaszurało na płyciźnie. Kobieta wstała zaciekawiona. Teraz nie miał wątpliwości. Iza!

– Iza! – krzyknął.

Patrzył na jej ciągle zgrabną sylwetkę. Choć ich studenckie lata dawno minęły, czas obszedł się z nią wyjątkowo łagodnie.

– Robert! Co za spotkanie!

Wbiegła do wody z pluskiem spienionych kaskad. Jej opalona skóra skrzyła się tysiącami refleksów. Ten sam uśmiech i filuternie zmrużone oczy! Jakże mu ich brakowało przez te wszystkie lata! Teraz patrzyli na siebie bez słowa. Nagle wszystko wróciło. Uczelniany bufet, przerwy między zajęciami, kiedy szeptała mu, jak bardzo go podziwia, kupowane na spółkę wafle w czekoladzie… Jej telefon którejś sierpniowej nocy. Za oknami szalała burza, Iza kwiliła przerażona…

– Wcale się nie zmieniłaś! – powiedział i natychmiast pożałował.

– Jak zwykle szarmancki – odparowała z promiennym uśmiechem.

– Co za spotkanie! Tu? Akurat tu?

– Każde miejsce jest dobre. To nie my decydujemy.

– Cała ty! Co słychać?

– Przyjechałam z mężem, ale jak widzisz opalam się sama.

– Mąż nie przepada za słońcem…

– Pokłóciliśmy się. Zresztą, nieustannie się kłócimy. To pomyłka. Nie pierwsza…

Na niebie pojawiła się ciemna chmura i mocniej powiało. Łódka nabrała ochoty na samotny rejs. Z trudem ją przytrzymał.

– Może wieczorem wpadniesz do mnie? – zapytał.

– A gdzie się zatrzymałeś?

– Domek 14.

– Ja jestem w piętnastce! Niesamowite!

– To nie my decydujemy.

– Nicpoń. Kotek…

Znów zobaczył siebie sprzed 20 lat, siedzącego przy stoliku w bufecie, i Izę wchodzącą po zajęciach. Wszyscy się oglądali…

– Dziś rano… to wy?

– Tak. Obudził mnie i wszczął awanturę. Już nie mogę…

Gwałtownie wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia. Zrobił krok do przodu. Popatrzył w jej turkusowe oczy i świat zawirował.

– Wieczorem…

– Przyjdę!

Odwróciła się na pięcie i brodząc poszła w kierunku plaży. Śledził każdy jej ruch. Znowu, jak przed laty, przyprawiała go o szaleństwo.

Wrócił do domku i zostawił wędkarskie klamoty w przedsionku. Poczuł głód, więc zdecydował się podjechać do miasteczka. Pamiętał, że jadąc przez rynek, widział restaurację. Po kilkunastu minutach już wchodził do lokalu. Nie pachniało jedzeniem. Jakaś panienka siedziała na plastikowym krzesełku obok lady i pisała SMS-a. Nawet nie podniosła głowy.

– Dzień dobry.

Dalej pisała zapamiętale.

– Przepraszam!

Oderwała wzrok od telefonu.

– Czy dostanę coś do jedzenia?

Dziewczę wyrecytowało:

– Mamy pizzę, frytki i zapiekanki.

– A coś bardziej obiadowego?

– Nie, proszę pana.  O tej porze w kuchni się nie pali.

– Przecież jest druga po południu.

Wzruszenie ramion.

– No to dziękuję.

Wrócił do auta, podjechał do sklepu mięsnego i kupił sześć serdelków. Po powrocie zagrzał trzy i zjadł je z przepyszną lokalną musztardą. Niepostrzeżenie zrobił się wieczór, więc mógł zaczerpnąć wody życia z turkusowego źródła. Już sięgał po książkę, kiedy rozległo się delikatne pukanie.

– Proszę!

Do pokoju weszła Iza. Zaplotła warkocze i wyglądała wprost zjawiskowo.

– Jestem zgodnie z obietnicą. I mam coś dla ciebie.

Sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby i wyciągnęła zieloną butelkę ginu.

– Już wtedy lubiłeś…

Podeszła do niego i delikatnie musnęła wargami jego policzek. Poczuł świeżą woń doskonałych perfum. Ostatnim wysiłkiem woli powstrzymał się przed wzięciem jej w ramiona. Iza usiadła przy stole i zaczęła okręcać warkocz wokół palców. Pamiętał ten gest. Znowu wszystko wróciło. Milczeli przez chwilę, przyglądając się sobie.

– Jesteś jeszcze przystojniejszy… – odezwała się w końcu.

– Daj spokój.

– Słuchaj, ja już dłużej nie wytrzymam. On mnie terroryzuje. Znęca się nade mną psychicznie, szantażuje…

– Rozwiedź się.

– To nie takie proste. Powiedział, że mnie zrujnuje… Ma prawników.

Spojrzała w szary prostokąt okna. Wiatr szarpał gałęziami świerków. Nagle wstała, podeszła do niego i przylgnęła wargami do jego ust. Delikatnie ją odsunął.

– To chyba nie jest najlepszy pomysł…

– Smakujesz ginem jak wtedy na działce.

– O ile dobrze pamiętam, potem się na mnie obraziłaś.

– Bo zostawiłeś mnie na stacji, zamiast odwieźć do domu. Byłam wściekła, ale wcześniej przeżyliśmy coś cudownego.

– Było… minęło…

– Skąd! Nawet sobie nie wyobrażasz, jak często o tobie myślałam.

– Szkoda, że na myśleniu się skończyło…

Powoli wróciła na krzesło i spojrzała na niego bacznie.

– Ale jeszcze nic straconego – powiedziała zdecydowanym tonem.

– Co masz na myśli?

Kolejny już raz zerknęła w kierunku okna, jakby obawiała się, że z mroku wyłoni się twarz męża.

– Dziś po powrocie z plaży długo myślałam.

– To chwalebne…

– Nie żartuj. Myślałam o nas.

– Nie ma nas. Jesteś ty i jestem ja. Plus twój mąż.

Gwałtownie wstała i odwróciła się w kierunku drzwi.

– Czekaj! – krzyknął. – Przepraszam.

Usiadła nadąsana. Podniósł się z wersalki i przyklęknął przed nią. Delikatnie dotknął warkoczy. Zareagowała natychmiast.

– Przytul mnie!

Przygarnął ją do siebie. Po chwili popatrzyła na niego zaszklonymi oczami.

– Przecież wiesz, co do ciebie czuję…

Wrócił na swoje miejsce.

– I cóż takiego wymyśliłaś?

– Chcę być z tobą.

– A skąd wiesz, że nie mam rodziny, dzieci? Że nie jestem szczęśliwy?

– Po prostu to wiem. Mylę się?

Uciekł wzrokiem.

– Nie.

– Pozbędziemy się go – powiedziała po chwili.

Zdrętwiał.

– Co ty opowiadasz?!

Podskoczyła do wersalki, przykucnęła i złapała go za rękę.

– Słuchaj! Wszystko przemyślałam! Michał nie umie pływać, ja zresztą też nie, ale on upiera się, żebyśmy codziennie wypływali łódką na jezioro. Umieram wtedy ze strachu, a ten potwór tylko się śmieje…

Umilkła.

– Zrób mi drinka – poprosiła. – Sobie też.

Wyciągnął z zamrażalnika butelkę, nalał do szklanek ginu i dopełnił sokiem. Od razu pociągnęła tęgi łyk.

– Jutro też chce popłynąć – wróciła do przerwanego wątku. – Wyruszysz za nami. Na łodzi powiem mu, że chcę się z nim kochać. Uwierzy, bo ten argument zawsze działa… Zdejmiemy kapoki, nagle krzyknę przerażona i wskażę na coś ręką. Odwróci się, a ja wepchnę go do wody. Potem sama wskoczę, ale ty nadpłyniesz i mnie wyciągniesz. Chciałabym obserwować, jak się topi… jak bezskutecznie łapie powietrze.

Spojrzał na nią przerażony.

– Chyba żartujesz.

– Nie! To jedyne wyjście.

Poczuł strużkę potu, torującą sobie drogę między kręgami. Iza wstała od stołu i powolnym krokiem podeszła do niego. Usiadła na wersalce i przyciągnęła go ku sobie. Zapach perfum pozbawił go woli. Kiedy znowu poczuł smak jej ust, wiedział, że zwyciężyła. Zapamiętał jeszcze tylko niecierpliwe palce rozpinające guziki jego koszuli…

– Zgadzasz się?! – usłyszał pół godziny później.

Z trudem wrócił do rzeczywistości.

– Tak! – odpowiedział, choć nie bardzo wiedział, na co się zgadza.

– Wypłyniemy koło dziewiątej, po śniadaniu. Będziesz w zatoczce między trzcinami.

Zapięła bluzkę i wygładziła obcisłe dżinsy.

– Do jutra! – rzuciła i wyszła.

Kornacki przez kilka minut pozostawał w bezruchu. Powoli zaczynał powątpiewać, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę… Wstał z wersalki i nalał do szklanki ciepławego ginu. Wypił duszkiem. Całym jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Nagle wyczuł za sobą czyjąś obecność. Odwrócił się gwałtownie. W drzwiach do pokoju stał jakiś szczupły szpakowaty mężczyzna.

– Michał jestem – powiedział ponurym tonem. – Mąż Izy.

– Dobry wieczór.

– Nie jest pan zaskoczony?

– Trochę jestem…

– Przyszedłem pana ostrzec.

– Ostrzec?

– Rozmawiał pan z nią rano, potem tu przyszła… Dawno się znacie?

– Studiowaliśmy razem.

– I nic pan nie zauważył?

– O co panu chodzi?

– To psychopatka. Dręczy mnie od pierwszego dnia naszej znajomości. Grozi, szantażuje…

– Chyba pan przesadza. Poza tym, ma pan przecież prawników.

– Jakich prawników?!

– Zdawało mi się, że z pana pozycją…

– Do tego to dobra aktorka. Pewnie już naopowiadała bajek.

– Ja nie jestem łatwowierny.

– Zaczynam się jej bać…

– Dlaczego?

– Czy pan wie, że ja jestem jej drugim mężem? Pierwszy zmarł nagle, na serce. Nie dostał w porę leku. Poznaliśmy się dwa tygodnie po jego śmierci. Z początku taki pośpiech wydawał mi się niestosowny, ale oszalałem na jej punkcie…

– Ludzie czasem umierają…

– W jej torebce znalazłem nitroglicerynę. Jestem pewien, że nie dała mu jej w porę.

– Co za pomysł! Może nosiła lek ze sobą na wypadek, gdyby on zapomniał.

– Niech pan jej nie broni. Nie jest wykluczone, że teraz i mnie chce się pozbyć…

Kornacki miał już dosyć tej wizyty. Czuł narastające mdłości.

– Czy ma pan jeszcze jakąś sprawę? – zapytał oschle.

– Tylko ostrzegam. Spędziła tu dość dużo czasu.

– Miło było pana poznać, ale jest już późno.

– Dobranoc.

– Dobranoc.

Zamknął drzwi za niespodziewanym gościem i usiadł na wersalce. W zamyśle miał to być przyjemny wędkarski wypad, a wplątał się w jakąś paskudną historię. Spojrzał na niemal pustą zieloną butelkę i przymknął oczy. Znowu zobaczył Izę w kostiumie kąpielowym. Kropelki wody błyszczały na jej skórze jak miriady brylantów. Rozplotła warkocze… Zasnął.

Obudził się kilka minut po czwartej. Spróbował poruszyć językiem, ale wnętrze jego ust przypominało bęben betoniarki z zaschniętą zawartością. Zrzucił z siebie wilgotną kołdrę i poszedł do łazienki. Umył twarz zimną wodą i wrócił na wersalkę. Wydarzenia poprzedniego wieczora mozolnie docierały do świadomości. Kiedy zdał sobie sprawę ze wszystkiego, czego był świadkiem i uczestnikiem, poderwał się gwałtownie i zaczął pakować swoje rzeczy do torby. Wyniósł sprzęt na werandę i zlustrował wnętrze domku. Na szczęście drewniak nie wymagał sprzątania, bo przebywał tam krótko. Zamknął drzwi na klucz i kilkakrotnie nacisnął klamkę. Wrzucił bagaże do auta i podjechał pod budynek recepcji. Pomimo ponurych okoliczności cieszył się, że jeszcze raz zobaczy tę znużoną życiem dziewczynę.

W pokoiku urzędował jakiś drab.

– Chciałbym oddać klucz. Domek numer czternaście.

Facet zerknął do księgi meldunkowej.

– Tak szybko pan wyjeżdża? Nie spodobało się u nas?

– Nie!

Wyszedł, trzaskając drzwiami. Wsiadł do samochodu i ruszył leśnym duktem w kierunku szosy. Miał nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych godzin nie napotka na swojej drodze patrolu drogówki z alkomatem.

Dwa dni później siedział wieczorem w swoim salonie. Zielona butelka opalizowała zachęcająco. Świat znowu stał się bezpieczny i przewidywalny. Nagle rozdzwonił się telefon. W takich momentach dzwonek aparatu był jak włamanie.

– Halo? – rzucił nieco rozdrażniony.

– To ja. Ireneusz.

– Cześć Irek!

– Co tak szybko uciekłeś?

– Nie gniewaj się. Dostałem telefon z biura. Pilne zlecenie.

– To w samą porę wyjechałeś…

– Nie rozumiem.

– Mieliśmy dwa trupy w ośrodku.

Poczuł, że wszystko w nim tężeje.

– Co ty mówisz?!

– Twoi sąsiedzi z piętnastki. Stróż wszystko widział. Wypłynęli łódką, była jakaś szamotanina, oboje wpadli do wody i utonęli.

Milczał.

– Robert, jesteś tam? Halo? Halo?

Przerwał połączenie i nieskończenie powolnym ruchem odłożył słuchawkę.

Przejdź do treści