Ile jeszcze było takich stodół w Polsce? Stodół skrywających pod warstwą słomy i siana niezliczone ludzkie dramaty, łzy, zdeptaną godność, walkę o przetrwanie i miłość. A w każdej z nich zaklęte pospołu: strach i nadzieja.
Zresztą czasem to były piwnice takie jak te, w których znaleźli schronie: Szewach Weiss czy Kuba Morgenstern, czasem bunkry jak ten Poldka i Dolka Kleinmanów, a niekiedy, jak w przypadku Saszy Bardiniego, była to szpara za wieszadłem.
Ale pozostańmy jeszcze przy tej stodole…
***
To była sobota, lutowa sobota. Gdyby udało nam się przenieść o jakieś co najmniej 86 lub 87 lat wstecz, pewnie zobaczyłybyśmy jeszcze w niektórych oknach blask umieszczonych na stołach w dwóch osobnych lichtarzach, białych wysokich szabatowych świec zapalanych na znak błogosławieństwa.
Weszłyśmy do teatru. Znacznie przed czasem, bo przybywając z daleka trudno przecież złapać obie wskazówki na czas i trafić nimi w punkt 17.00, a jednak ani przez chwilę nie poczułyśmy się tam intruzami. Przemiła, czarowna Pani (jak się później okazało [dużo później] była to Pani Marta Andrzejczyk – pełniąca funkcję kierowniczki zespołu komunikacji z widzami, dodatkowo, a może przede wszystkim: animatorka, performerka i pieśniarka). Dawno nie spotkałyśmy kogoś, kto (w najlepszym słów tych znaczeniu) tak dalece byłby kompatybilny z pełnioną przez siebie funkcją. Zdaje się nawet, że od tamtej soboty splamione banalnością powiedzenie właściwy człowiek na właściwym miejscu, ożyło nową energią. Wskazując nam miejsce na kanapach foyer, z jasnym, promiennym uśmiechem, wypływającym z prawdy i potrzeby wnętrza, nie zawodowego obowiązku (co naprawdę łatwo da się rozróżnić), poprosiła byśmy się rozgościły i poczuły jak u siebie. Ujęła nas ta olsztyńska gościnność, zwłaszcza, że obie z koleżanką byłyśmy w tym Teatrze po raz pierwszy.
Pani Marta wychodziła jeszcze kilkukrotnie, by z nami porozmawiać i wreszcie tuż przed wejściem na widownię raz jeszcze nas, jak i pozostałych widzów, przywitać.
To równie miły, co przyznajmy uczciwie, raczej rzadki zwyczaj. Tak zaczął się nam olsztyński wieczór pełen magii i łez.
Ale pozostańmy przy, a może już właściwie w… tej stodole…
Scena zamieniona na klepisko stodoły ujmuje nas prostotą, oszczędnością i minimalizmem. Zresztą prostymi, nielicznymi środkami wyrazu można czasem przekazać najwięcej głębokich treści, nie rozpraszając przy tym nadmiernie widza skupionego na fabule.
To nasuwa mi natychmiast skojarzenie ze spektaklami Tadeusza Słobodzianka, zwłaszcza ,,Naszą klasą” wyreżyserowaną przez Ondreja Spišaka, w której skądinąd równie dramatyczne zdarzenia także rozgrywają się częściowo w stodole i podobnie jak tam minimalizm scenograficzno-rekwizytorski i tu odgrywa niebagatelną rolę, raz jeszcze przekonując widza, że czasem mniej znaczy więcej.
U Słobodzianka zmieniające się tło historyczno-polityczno-religijne podkreślane jest wyłącznie zmianą symboli, czyli ruchomych elementów scenografii: ze swastyki na sierp i młot, z krzyża na portret Stalina.
W Olsztynie są to minimalistyczne drewniane figurki, do których jeszcze wrócimy.
W Stodole Słobodzianka ginie w pożarze Żydówka Dora ze swoim dzieckiem, a w sztuce wyreżyserowanej przez Andrzeja Bartnikowskiego Żydówka Sara ukrywająca się z dzieckiem w stodole również nie może czuć się tam bezpiecznie, bowiem miejsce to nie stanowi ani dla niej, ani dla jej dziecka właściwego schronienia.
U Słobodzianka żydowsko – polska para to Rachelka, przechrzczona później na Mariankę i Władek. Ich dziecko zostało zaduszone poduszką, gdy się ukrywali.
U Bartnikowskiego taka para z dzieckiem to Salcia i Stach, u których także nie do końca wiadomo, co się stało i czy aby na pewno nikt się do śmierci ich dziecka nie przyczynił. Hipotezy wysuwano zresztą różne.
Obie pary istniały naprawdę, co oczywiście potęguje nasze dojmujące poczucie żalu, krzywdy, smutku i niesprawiedliwości.
Pierwowzorem ukazanego w sztuce Słobodzianka małżeństwa Rachelki i Włodka jest autentyczna historia małżeństwa Marianny i Stanisława Ramotowskich. Bartnikowski natomiast opiera się na historii małżeństwa opisanego w reportażu swego imiennika Andrzeja Mularczyka pod tym samym tytułem, czyli ,,Pięć i pół człowieka”, zamieszczonym w zbiorze: ,,Co się komu śni i inne historie”. Reżyser pozostaje wierny kartom życia i literatury, więc jedyne, co zmienia czy raczej dodaje, to imię głównego bohatera. W książce występuje on jako Stary lub syn komisarza, natomiast Bartnikowski go uczłowiecza, być może jakbyśmy to dziś określili ociepla jego wizerunek poprzez nadanie mu imienia- Stach.
Różnica polega jednak na tym, że o ile bohaterowie spektaklu ,,Pięć i pół człowieka” – Salcia i Stach naprawdę się kochali i mimo wielu przeciwności chcieli być razem, o tyle Rachelka- Marianka była z Władkiem do końca swych dni jedynie z wdzięczności za ocalenie jej życia.
Stach był prostym, ale dobrym człowiekiem, dbał o Salcię na miarę własnych możliwości i czasu wojennej pożogi, podczas gdy Władek upokarzał Rachelkę przy każdej nadarzającej się sposobności, musiała nawet dziękować za prezenty ślubne, wśród których bez trudu rozpoznała srebrne przedmioty (świecznik, cukiernicę i tacę) pochodzące (a zrabowane) z jej własnego domu rodzinnego oraz domów znajomych, którzy zginęli w pogromie.
Na szczególną uwagę zasługują w przypadku spektaklu ,,Pięć i pół człowieka” niektóre zabiegi i rozwiązania scenograficzne Anity Piotrowskiej.
Żona Stacha, która niejako zespolona jest z tłem scenograficznych trocin, do końca nie ujawnia spod drewnianej maski swojej twarzy, to genialny zabieg podkreślający drugoplanowość postaci, jej unieważnienie, jej wtapialność, rozmycie się.
To także przenosi i oddaje uczucia, czy też w tym wypadku raczej ich brak, jakie naprawdę żywił Stach, który nigdy swej żony Anny nie pocałował, kiedy zachorowała heblował tylko deski na jej trumnę, a gdy odeszła nie uronił ani jednej łzy…Kochając inną.
I oczywiście istota rekwizytów.
Skórzany koń, którym aktor (w tej roli Marcin Młynarczyk) zręcznie manewruje, potrafi bardzo realistycznie oddać parskanie, jegoż narowistość, a wreszcie nawet strzyżenie uszami.
Dbałość o detale i niuanse zachwyca. Wszystkie niewielkie drewniane figurki (zarówno ludzi jak i samochodu) są nie tylko misternie i starannie wyrzeźbione (tu warto jednak zajmować bliższe rzędy, by mieć wgląd w ich strukturę, zwłaszcza, gdy ma się naturę szczególarską), ale też są one w przemyślany, nieprzypadkowy sposób umiejscowione i ukazane we właściwym, zaskakującym widza momencie. A zaskoczyć widza, to przecież tyle, co go sobie zaskarbić.
Okazuje się, że lalkami i figurkami można naprawdę wiarygodnie oddać scenę dramatyczną np. zakończoną śmiertelnym postrzałem. Wykorzystanie lalek nie ujmuje dramatyzmu ani też nie nadaje żadnej ze scen infantylności, czego przyznaję, nieco się obawiałam nabywając bilet na sztukę bądź co bądź dramatyczną, wystawianą w Teatrze Lalek.
Jesteśmy wraz z bohaterami dramatu głównie w tej słabo oświetlonej, przesyconej zapachem trocin ze świeżo heblowanego drewna, stodole i wierzymy swoim zmysłom.
Wierzymy, że drewniany drejdel (odpowiednik polskiego bączka, kręcącej się zabawki dla dzieci) może, trzymany w wymowny, przekonujący sposób, stać się nagle na naszych oczach, niemowlęciem.
I ten upiorny krzyk córki organisty Marysi zgwałconej przez Sołdatów, która przez 22 lata próbuje zastąpić nim słowa bólu i rozpaczy. Ten krzyk świdruje nasze uszy i mózgi tak, że wierzymy, iż nic więcej wykrzyczeć już nie podobna, i że jesteśmy z nią w tamtej chwili w symbiotycznej współrozpaczy, sięgając gałęziami empatii do samego dna jej bólu.
W obu sztukach podobnie też zostaje nakreślona figura księdza, jako tego niezbyt skorego do pomocy, nieprzejednanego, zachłannego, nieskłonnego do ustępstw nawet w obliczu wojennej zawieruchy.
W ,,Naszej klasie” proboszcz zostaje przekupiony trzema metrami żyta, choć początkowo żąda sześciu, za udzielenie katolickiego ślubu Polakowi z Żydówką, a w ,,Pięć i pół człowieka” wikary do końca nie ulega prośbom, a nawet błaganiom, by wyraził zgodę na dokonanie w przyszłości pochówku Stacha w ogrodzie, gdzie ten chce być po śmierci blisko Sabinki i dziecka.
Obaj reżyserzy zdają się nieść wspólne przesłanie, że choć zmieniają się czasy, władze i koniunktury, a historia wciąż się powtarza i chmurzy na równi ze wschodu i zachodu, niosąc swoje totalitaryzmy (tak niby różny ideologicznie, a jednak równie, zwłaszcza pospołu, niebezpieczne) i godzące w człowieka, jednostkę, w miłość, godność i bezpieczeństwo, to uczucia wciąż są jednym z motorów napędowych życia. Miłość potrafi zrodzić się także w czasach wojny i niebezpieczeństwa, silniejsza czasem od wiru historii staje się osią, wokół której kręci się życie, przynajmniej życie Stacha, głównego bohatera olszyńskiego spektaklu.
I groby. One też (ponadczasowo) stanowią ważny aspekt, jeśli nie istotę jego tragedii.
***
I wychodząc gniotły nas łzy, którym nie wiadomo, jaki dać upust. Co powiedzieć, jak wyrazić rozedrgania duszy. W drodze powrotnej dramat tkwił w krtani jak knebel, jak tama, bo…
człowiek opuszcza widownię, wychodzi z teatru, ale sztuka z niego jeszcze długo, długo nie…
Ile jeszcze takich stodół…