+48 736-84-84-44

Do woja marsz!

Miasteczko dyszało upalnym wrześniem, barwiło się owocami w sadach i na straganach ciągnących się kolorowym sznurem wzdłuż targowiska. Od Regi biegł rozprażonymi ulicami wilgotny powiew, rozpraszając między domami osłabiony odległością warkot maszyn czerpiących piasek z dna rzeki. Gmach gorzelni czerwonym monumentem wynosił się ponad bujną zieleń skweru oddzielającego go od drogi biegnącej do Drawska Pomorskiego. Oko biegło ku przeciwległemu brzegowi rzeki; nad jaśniejącą mieliznami wodą unosiła się nienazwana melodia szczęścia i radości; wibrowała pieśnią wygrywaną na akordeonie przez Edka Dulkę i śpiew dziewcząt i chłopców cieszących się swoją młodością. Gdzieś plusnęło opalone, brązowe ciało, gdzieś zabrzmiał okrzyk radosny czy przywołujący. Fale rzeki pluskały głucho o dna czerniejących smołą łodzi rybackich. Na prawo widoczny most okraczał swoim przęsłem dwie części miasta, leżące na dwóch przeciwległych brzegach rzeki. Miasto jaśniało w blaskach słonecznych promieni i strzelało w niebo ostrą, późnogotycką wieżą kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Skwer tonął w kwiatach i krzewach różnorakich, pogmatwanych wzajemnie gałęziami. Na ławce młoda mama wpatrzona w kolorowe pismo, poruszając rytmicznie nogą wprawiała wózek z dzieckiem w przyjemne kołyszące drgania. [1]

    Na innej ławce leżał Wojtek Mrówka, czytając z książki otwartej nad głową. Od Regi szedł, ulotny, nieuchwytny, a jednocześnie ciężki, nawiewany przez wiatr, niezwykły zapach rzeki. Na chwilę odłożył książkę.

     Wczoraj otrzymał kartę powołania do wojska. Dlatego do końca września widział tylko jedną chmurkę na jasnym niebie: niepewność, co go tam czeka i jak to wszystko przyjmie Krystyna. Gdyby był sam… Albo raczej, gdyby był tym samym chłopakiem, co przed spotkaniem Krystyny, nie miałby żadnych obaw. A teraz? Wczoraj rozmawiali o tym w przeświadczeniu, że niebawem, najpóźniej w czasie przysięgi, znów się spotkają. A potem, za dwa lata, będą już na zawsze razem.

    Nagle ciszę przerwał natarczywy terkot i z cienistej ulicy Kościuszki wyłonił się mały chłopiec z kółkiem. Z wysuniętym językiem przebiegł z przenikliwym zgrzytem, naciskanej fikuśnie wygiętym drutem żelaznej fajerki.

    Chłopiec miał na imię Michał – ponoć po pradziadku. Świat Michała ograniczał się do ciasnego mieszkanka, pachnącego naftaliną szpitala, w którym pracowała jego mama, gdzie wszyscy byli zabiegani i śmierć przechadza się po korytarzach, zostawiając za sobą niemiły odór środków dezynfekujących. Było jeszcze podwórko z jednym dogorywającym w milczeniu drzewkiem, więc nie warto było się tam bawić. Lepiej tworzyć swój świat, po którego powierzchni można się było po prostu miękko prześlizgiwać, nie budząc zainteresowania. 

    Obrazek ten sprawił, że przed oczyma Wojtka stanęła przywołana pamięcią i sercem scena sprzed kilkunastu lat. Jakże inne było jego dzieciństwo.

     Wstał z ławki i spacerowym krokiem skierował się do swojego mieszkania. Z każdym klapnięciem stóp po chodniku coraz bardziej się rozluźniał. Gdy dotarł do żwirowanych alejek parku, oddychał głęboko i czuł się zrelaksowany. Park pachniał żywicą, chrzęściło pod stopami wyschnięte igliwie i otwarte do światła miodowo złote szyszki. Przypominały dzieciństwo. Zbierał je do domu na opał. Buzowały wtedy w kuchennym piecu, trzaskały, pachniały lasem, mieszając się z wonią grzybowej zupy z koprem, gotowanej na kolację. Usiadł pod starą sosną, opierając się o jej chropowaty pień. Patrzył na młode świerczki, przeświecające świeżutką zielenią między starymi pniami sosen. Cieszył się tą chwilą samotności, chociaż obraz Krystyny prześladował go nieustannie. Wrócił do mieszkania. Wziął prysznic i wciągnął luźne spodnie i golf. Ich niezmącona czerń podkreśla jego wzrost. Na ramiona narzucił miękki jasnoniebieski dres.

   Najbliższą niedzielę spędzili razem z Krystyną, w jego pokoju, na niekończącej się rozmowie. Wspominali początki swojej znajomości i rozmawiali o przyszłości.

W pewnym momencie Krystyna westchnęła, niby to rozbawiona, ale była w tym kropla goryczy.

   – Posmutniałaś. Dlaczego?

   – Bo nadszedł czas naszego pożegnania – odezwała się sięgając po torebkę z białej skórki, na długim pasku.

   Odprowadził ją do domu.

   Deszcz powoli cichł. Na poczerniały wilgocią asfalt skapywały z drzew ostatnie krople. Wiatr przeganiał po niebie obłoki, ukazując skrawki błękitu. Uśmiechnął się do niego promiennie, chociaż tak naprawdę nie było mu wcale wesoło.

    Obydwoje nie przypuszczali, że była to ich ostatnia taka rozmowa ani że nigdy więcej się nie spotkają.

Nazajutrz była całonocna jazda koleją w zatłoczonym wagonie. Obce miasto, szare i smutnawe, skąpane było w porannej, październikowej mgle, gdy zobaczył przejście przez bramę koszar, przy której stał na warcie młody żołnierz z karabinem i bagnetem zadzierżyście sterczącym ku górze. Specjalnością bojową jednostki wojskowej, do której go wcielono, była piechota – ta szara piechota – uważana za chlubę każdej armii, opiewana przez poetów i ukochana przez wszystkich, a zwłaszcza kobiety, bo przecież: za mundurem panny sznurem… Wytrawny piechur – wiadomo – przejdzie przez wodę, ogień i… śmierć.

               Tuż za bramą czekali na poborowych podoficerowie. Pokrzykiwali, wydawali komendy, dla tych pierwszych trudne jeszcze do wykonania. W końcu uformowali ich w kolumnę marszową. W tym momencie padła komenda:

   – Naprzód marsz!

   Ruszyli, ich kroki zabrzmiały, jakby ktoś rzucił garść kamyków na blaszaną płytę. Ktoś komuś nadepnął na pięty, ktoś się zachwiał, jeszcze inny zaklął.

       – Ach, wy ofermy! – Chodzić nie potraficie! – nie wytrzymał starszy sierżant Blaszka, a oficer dyżurny tylko pokiwał głową.

    W izbie chorych stanęli przed komisją lekarską. Jedni spokojnie czekali na przegląd lekarski, nie zwracając uwagi na nagość swoją i innych, a drudzy obserwowali ukradkiem gołe ciała. Niektórych można było podziwiać: ich dobrze rozwinięte mięśnie, mocne nogi, zgrabne sylwetki. Wśród pozostałych wyróżniał się jeden – Edek, tak się Wojtkowi przedstawił – cherlawy, nad miarę chudy. Każde żebro dokładnie zaznaczało mu się pod skórą. Ręce także miał niezbyt umięśnione, a w dodatku chude, cienkie, z dużymi dłońmi, które wstydliwie zasłaniały jego nagość.

   Któryś spojrzał na niego i krzyknął rozbawiony:

   – Ej, prawiczek, co tak sobie zasłaniasz? Boisz się, żeby ci nie pofrunął ten twój ptaszek?

   Huknęli śmiechem i zgrupowali się wokół niego. Jeden taki – kawał byka – przeciągnął mu palcami po żebrach. Wystają ci jak klawiatura; można ci na żebrach grać jak na harmonii!

   – Chłopaki, a może to dziewczynka, trzeba sprawdzić, co tam tak zasłania.

   – Słuchaj, dupku – odwal się od niego – odezwał się dobrze zbudowany i umięśniony jak kulturysta chłopak, potrząsając pięścią przed nosem temu, który się naigrywał.
– I obchodź go z daleka, bo będę musiał ci przypomnieć, że ze mną nie ma zabawy. A teraz zadzieraj kiecę i spadaj, bo inaczej moja noga pozna twoje cztery litery i nie będzie mogła o tym szybko zapomnieć. Zrozumiałeś?

   – Coś taki obrońca? – odwarknął. 

   Nagle drzwi poczekalni otworzyły się. Stanął w nich kapral Nowak. Od razu spostrzegł zamieszanie.

   – Kurwa, co tu się dzieje? – wrzasnął. – Ustawić się w kolejce – rozkazał. Raz dwa, nie tracić czasu…

   – Wal się – mruknął Wojtek cicho do siebie, zajmując miejsce w kolejce.

   – Poborowy – krzyknął w jego kierunku. – Nawet jak mamroczecie, musicie dodawać obywatelu kapralu!

   Zbliżył się do niego.

       –  No, posłuchajcie – patrzył z bliska groźnym wzrokiem.                 – Tym razem wam się upiecze, bo dopiero was wcielono, ale uważajcie, bo następnym razem nie będę już taki pobłażliwy. Rozmowę ze mną, potraktujcie jako ostrzeżenie i dobrze wykonujcie swoje zadania. My, wasi dowódcy,  będziemy dbać o wasze potrzeby, będziemy wam szli na rękę, a wy już na początku postępujecie wbrew. Tak nie może być, musicie się starać i wtedy czeka was nagroda:  wyróżnienia, urlopy, listy gratulacyjne… Jest o co się starać, choć służba wojskowa w naszym pułku jest ciężka i trudna. Rozumiecie to, prawda?

   Sapał jeszcze przez chwilę i rozpoczął wydawanie komendy.

   Starali się dobrze wykonywać jego polecenia. Przypadek spowodował, że Wojtek znalazł się tuż za kulturystą. Pierwsi wchodzili już do gabinetu. Lekarz oglądał ich, osłuchiwał, mierzył, ważył. Na ogół byli zdrowi, choć wielu było niedożywionych.

   Przed wejściem do gabinetu kulturysta obejrzał się na kolegę. Niespodziewanie puścił perskie oko i powiedział:  

   – Dobra jest, to było niezłe z tym dupkiem. Kazik jestem.

   – A ja Wojtek.

 Weszli do środka. Nie zdążyli jeszcze ochłonąć, kiedy Wojtek usłyszał:

     – No, podejdź bliżej, nie bój się, krzywdy ci tu nikt nie zrobi – mówił lekarz. 

    Spod niedbale narzuconego kitla wyglądał mundur, na wieszaku wisiała czapka z dystynkcjami kapitana.

    Wykonywał wszystkie czynności, które mu kazano: przysiady, wdechy i wydechy, zważono go i zmierzono. Kapitan czynił wszystko mechanicznie, spieszył się, bo za drzwiami stała jeszcze długa kolejka, a chciał zbadać wszystkich przed kolacją.

   – No szybciej, szybciej – popędzał. Jesteś zdrowy, tylko za chudy, słabo się odżywiałeś synu, ale w wojsku się odkarmisz… Będzie z ciebie dobry wojak… No to zmykaj. Siostro, proszę zanotować: zdolny do odbycia służby wojskowej… Następny… Nazwisko…

   Już Wojtek otwierał usta, żeby coś powiedzieć, zapytać, gdy zorientował się, że stoi przed młodą, piękną dziewczyną. Jej widok przypominał pejzaż z zachodzącym słońcem, rudozłote wijące się, lśniące włosy, mądrze patrzące oczy koloru miodowego, karnacja przypominająca w kolorze i gładkości owoc brzoskwini. W tym momencie uświadomił sobie, że jest nagi, jak go Pan Bóg stworzył. Zaczerwienił się. Odruchowo skrzyżował dłonie poniżej brzucha. Dziewczyna zdawała się tego wszystkiego nie widzieć. Zapamiętał jej twarz w czarującym, zagadkowym uśmiechu. W tej kobiecie dostrzegał niezwykłą dziś i najważniejszą dla niego cechę – dar dawania miłości. To spowodowało, że niepowtarzalny obraz jej twarzy zachował w pamięci na zawsze.

   Do poczekalni przyprowadzono następną grupę poborowych. Chłopcy rozpytywali, jak wyglądają badania. Właśnie z gabinetu lekarskiego wyszedł poborowy Józek, który dał się już poznać jako barwny gawędziarz i pytającemu, z dużą dozą emocji, zaczął opowiadać: 

   – Po wejściu kazali mi się rozebrać do bokserek. Wtedy facet w białym kitlu, kazał mi zrobić pięć  kroków do przodu i z powrotem po białej linii pomalowanej na podłodze. Potem kazali mi usiąść na taborecie i jeden młoteczkiem stukał mnie w kolano, a drugiemu stojącemu obok powiedział, że odruchy są całkiem prawidłowe, na co ten drugi pokręcił głową i sam zaczął stukać mnie w kolano, podczas gdy pierwszy rozchylał mi powieki i oglądał źrenice. Po badaniu wzroku i słuchu idziesz za parawan. A tam taka śliczna pielęgniarka każe robić skłony i mówi: spodenki w dół, w połowie ściągania mówi: spodenki w górę, potem przychodzi jeszcze jakaś lekarka, kładziesz się, a ona cię osłuchuje. Na koniec podchodzisz do stołu pełnego lekarzy i wojskowych, którzy oświadczają, żeś zdolny, i wypad za drzwi.

   – Ze mną było podobnie, tylko za parawanem ta śliczna dziewczyna powiedziała: pokaż te swoje klejnoty, zobaczymy czy wszystko masz w porządku. To ja wyłożyłem interes na stół. Lekarze bardzo długo mu się przyglądali… Jeden podszedł, pomacał, żeby się upewnić, że w mosznie jest komplet. Drugi podnosił jądra długopisem, po czym w geście kontemplacji wziął ten długopis do buzi i długo mi się przyglądał. – Nie martw się przeżyjesz.

   – A mój kolega Andrzej chciał wyłgać się z wojska na wzrok i kiedy okulista zasiadający w komisji, zapytał go:

– Czy widzicie tam jakieś litery?

– Nie widzę.
– A widzicie w ogóle tablicę?
– Nie widzę.
– I bardzo dobrze, bo tam nic nie ma! Zdolny!
     Chłopcy słuchali tego wszystkiego oszołomieni, nie bardzo wiedząc, co się wokół nich dzieje. Wtem ogłoszono zbiórkę. Kiedy podano komendę: na wprost marsz, Wojtek obejrzał się odruchowo i w drzwiach gabinetu lekarskiego raz jeszcze spostrzegł pielęgniarkę z pięknym, czarującym uśmiechem na twarzy.

     I wreszcie wielka hala sportowa. Zaczęto przerabiać ich na żołnierzy. Najpierw strzyżenie. Od razu na zero! Potem rozbierali się do naga i pakowali cywilne ubrania do worków, z których trzeba było zrobić paczkę do domu. I łaźnia. Nadzy i łysi pod prysznicami z ledwie letnią wodą. Teraz Wojtek już zupełnie nie mógł poznać nowych kolegów. Byli grupą anonimowych golasów.

Z łaźni przeszli do hali sportowej, w której w kilku punktach wydawano bieliznę, umundurowanie i oporządzenie osobiste. Sierżant taksował wzrokiem kolejnego delikwenta i wykrzykiwał: buty nr 43!, sorty mundurowe nr 2!, czapka rozmiar 56! Następny! Na każdą skargę typu: buty za duże, spodnie za krótkie czy czapka za mała, odpowiadał zawsze to samo: Na kompanii sobie wymienicie – spierdalaj, następny! I znów komenda: Biegiem marsz!

Wojtek do tej pory sądził, że bieg i marsz to są dwa zupełnie niezależne od siebie sposoby przemieszczania się ludzi, ale po zastanowieniu się, pomyślał, że chyba jest w błędzie, skoro istnieje taka komenda – no, chyba że jest to szczytowe osiągnięcie intelektu dowodzącego nimi kaprala. Ale nie, bo właśnie zobaczył, jak naprzeciw nich maszerują biegiem dwie niezależne od siebie drużyny z innej kompanii.

   Wychodzili z hali obładowani wyposażeniem szeregowca. Drzwi były szeroko otwarte, bo na dworze panowała piękna, ciepła, jesienna pogoda. Las, który dotykał niemal ogrodzenia koszar, mienił się niezwykłymi kolorami jesieni: od ciemnozielonego do złotego i purpurowej czerwieni. Stamtąd, zza wierzchołków drzew, świeciło ukośnie słońce. Promienie ukłuły ich boleśnie. Mrużyli oczy. Dopiero po chwili oswoili się z tym potokiem światła i mogli patrzeć swobodniej.

    Przed nimi rozciągał się obszerny plac alarmowy, otoczony białymi budynkami. Od strony bramy dolatywały słowa komendy, słychać było twardy stukot podkutych butów o beton. Stukot ten urywał się nagle, padały słowa komendy i znowu rozlegał się rytmiczny odgłos marszu. Ćwiczyła tam jakaś kompania piechoty.

   Koszary pułku zajmowały rozległy obszar, na zachód od centrum miasta, po wschodniej stronie ulicy Wojska Polskiego. Był on w całości ogrodzony, z główną bramą od ulicy Kościuszki oraz dwoma wejściami od ulicy Traugutta.

    Pierwszy budynek od bramy, gdzie mieściło się dowództwo pułku i kompania wartownicza pilnująca całego obiektu, był starannie zagospodarowany. Przed frontem budynku stał wysoki drewniany maszt, na którym przez cały dzień powiewała biało czerwona flaga. Na ziemi, tuż przy maszcie, żołnierze ułożyli, z kamyków i drobno potłuczonej cegły, białego orła na czerwonym tle.

     Zachowany był tu charakterystyczny prosty układ ulic i budynków. Główna ulica koszarowa przebiegała na linii wschód-zachód: od głównej bramy przy ulicy Kościuszki do bramy wjazdowej na teren pułku. Od niej odbiegały równolegle na północ i południe boczne ulice, przy których stały budynki koszarowe. Wśród zabudowy dominowały budynki pokryte jasnym, wpadającym w biel, tynkiem. Były one dwu – i trzykondygnacyjne, większość z nich cechowała się specyficznym, jednolitym stylowo wystrojem. Tuż obok głównej bramy, przy ulicy o tej samej nazwie, działał wybudowany w stylu socrealistycznym duży gmach Garnizonowego Klubu Oficerskiego, z nawiązującymi do stylu renesansowego arkadami na elewacji frontowej, przeznaczony na uroczystości i cele kulturalne – była tu między innymi biblioteka i  sala kinowa. Sporą część koszar zajmował plac alarmowy i tereny zielone, a szczególnie szeroki pas drzew i krzewów, mający charakter parku. Reszta koszar, składających się z kilkunastu dużych budynków przeznaczonych na garaże i warsztaty, prezentowała się mniej elegancko.

   Koszary nie spały nigdy. W nocy były olbrzymim, niespokojnym monstrum, które w każdej chwili mogło otworzyć oczy i ruszyć do ataku. Koszary pułku piechoty ciągnęły się na długiej przestrzeni, składały się z wielu murowanych bloków. Tkwiły w nich okna, z których część była oświetlona. Światło wskazywało nie tylko izby, w których żołnierze po capstrzyku[2] wykonywali ostatnie czynności przed snem, ale też paliło się na długich korytarzach, w izbach podoficerów oraz na wartowni. Dwie duże latarnie oświetlały bramę koszarową, przy której wartownik kontrolował przepustki. 

    Nareszcie dotarli do bloku koszarowego, gdzie kapral wziąwszy się pod boki, stanął rozkraczony w ulubionej pozie Mussoliniego i oznajmił:

– Za dziesięć minut odbędzie się zbiórka na korytarzu kompanii w pełnym umundurowaniu. Czapka garnizonowa na głowie, pas zapięty regulaminowo, a buty się świecą jak psu jaja! Kierunek kompania biegiem… rozejść się! Wpadli do izb żołnierskich i… takiego bajzlu nikt z nich nie widział chyba od początku świata. Dziesięć minut wydłużyło się do dwudziestu, te przeszły w następne i kolejne, a połowa chłopaków ciągle jeszcze czegoś nie miała. Niektórzy skakali w jednym dopasowanym bucie i z dzikim wzrokiem poszukiwali tego do pary, a inni stojąc na przeciw siebie w samych gaciach, wymieniali się po raz piętnasty portkami. Wojtek robił się z każdą chwilą coraz bardziej nerwowy, bo na niego nic, ale to dosłownie nic, nie pasowało. Wreszcie, po godzinie, ogłoszono zbiórkę, chłopaki zaczęli wybiegać na korytarz. Kapral stał wciąż w tej samej pozie i kiedy zobaczył Wojtka w kalesonach, to wybuchnął: Jak patrzę na was żołnierzu, to widzę dobrego wojaka Szwejka z książki Jarosława Haška, zresztą Szwejk chyba jest nadal w naszej armii, bo wszystko, co tam jest opisane, pasuje do nas jak przysłowiowa dupa do majtek. Może ciasna, ale jak się człowiek zaweźmie, to się zmieści.

 W tym momencie żołnierz stojący obok Wojtka wyskoczył przed szereg i wrzasnął:

– Obywatelu kapralu, proszę o zgodę dla szeregowego Mrówki, na udanie się do magazynu mundurowego, bo na jego dupę, głowę i nogi nic nie pasuje – wszystko jest albo za duże, albo za małe. Wrócimy za dziesięć minut!

– Jakie dziesięć! Jakie kurwa dziesięć minut!!! – zapienił się kapral. – To ma się odbyć błyskawicznie! Do magazynu mundurowego biegiem marsz!

Popędzili, maszerując biegiem i po dwudziestu minutach powrócili z regulaminowo ubranym Wojtkiem. Kapral nic nie powiedział, więc zrozumieli, że te jego dziesięć minut, nic nie znaczy, a jeśli nawet coś znaczy, to chyba tylko dowolny kawałek czasu wykrojony z całej godziny, albo z jeszcze większego kawałka. Wojtek zaczął łapać rytm i coraz lepiej mu szło. Wprawdzie kapral cholerował ich bardziej i dłużej, ale tym razem można już było mieć nadzieję, że do zakończenia służby pojmie na czym polega służba wojskowa.

   Gdy ubrali się w mundury, otrzymali pierwszą naukę, jak sznurować buty. Oto metoda:  

Początek wiązania sznurówek powinien być przewleczony pod bocznymi skórkami buta. Sznurówki należy zawiązać w kokardkę, a pętelki schować za boczki buta tak, aby nie było ich widać spod opinacza. Pokazano jeszcze, jak najszybciej zawiązywać onuce (coś nieprawdopodobnie trudnego!), a potem kazano im usiąść na długiej drewniane ławce i czekać, aż ktoś po nich przyjdzie. Oczekiwanie strasznie się dłużyło. Co jakiś czas podchodzili do nich kaprale i wywoływali po kilku poborowych, których odprowadzali do swoich plutonów. W końcu Wojtek na ławeczce został sam. Z zamyślenia wyrwał go nagle głos kaprala.

    – Szeregowy Mrów… – próbował nieudolnie odczytać nazwisko, ostatecznie dał jednak za wygraną i skrócił – ty- wskazał na niego ręką – pójdziesz ze mną. Weszli do izby żołnierskiej mieszczącej się na końcu korytarza.

– Tu będzie wasza sala żołnierska. Możesz sobie wybrać wóz[3]. Powiedziawszy to, szybko się oddalił.

    Izba żołnierska była wielka, podłużna, z niewielkimi oknami. Grube mury pomalowane zostały na biało. Podłogę pokrywały deski, pomalowane olejną farbą na kolor brązowy – mocno wydeptane żołnierskimi nogami. Przez całą długość sali, pod ścianą, stały piętrowe łóżka, zasłane ciemnymi kocami. Twarde sienniki i poduszki wypchane słomą, obleczone były w sprane i mocno już pofatygowane poszewki. Wąskie szafki między łóżkami z trudem mieściły żołnierski rynsztunek. Sala powoli zapełniała się, ponieważ poborowi dopiero zjeżdżali się do tych wielkich białych koszar, opustoszałych, nieuporządkowanych jeszcze po odejściu do rezerwy żołnierzy starego rocznika, którzy opuścili je, pozostawiając po sobie niebywały bałagan.

  Wojtek usiadł na taborecie i rozejrzał się wokoło. Poza jego łóżkiem w pokoju było jeszcze dziewięć innych. Przy co drugim stała metalowa szafka. Pięć łóżek było już zagospodarowanych. A więc jednak są tu starzy żołnierze – pomyślał ze zgrozą. Nie miał jednak czasu na dalsze rozważania na ten temat, ponieważ do pokoju wpadło pięciu zdyszanych, wystraszonych żołnierzy. Rozsiedli się na taboretach obok wozów.

  –  Zdejmuj szybko te rzeczy z wozu, bo jak wpadnie kapral, to będziesz miał ciepło – powiedział jeden z nich.

– To gdzie mam to położyć? – spytałem.

– Na razie daj to pod wóz, później się rozpakujesz – odpowiedział.

– Są jeszcze jakieś wolne szafki?

– Jedna szafka jest przewidziana dla dwóch osób. Ta jest moja, możesz dać tu swoje rzeczy.

– Dzięki, długo już tu służycie? – spytał.

– Jesteśmy tu od wczoraj – odparł Bartek.

A więc nie ma tu dziadków[4], dobre i to. Nie zdążył jednak zadać następnego pytania, gdyż na korytarzu rozbrzmiał donośny głos kaprala.

– Kompania w dwuszeregu na korytarzu zbiórka!

– Ja też mam iść? – spytał Wojtek, pędzących do drzwi rekrutów.

– Też – odkrzyknął Bartek. – Pozapinaj tylko wszystkie guziki, weź pas i czapkę.

Więcej cennych rad nie zdążył mu już przekazać, gdyż właśnie zniknął za drzwiami. Nie pozostawało nic innego, jak tylko wybiec za nimi. Widocznie tempo wyjścia na zbiórkę było niezadowalające, gdyż zaraz po wybiegnięciu na korytarz, posypały się następujące komendy:

– KOMPANIA ROZEJŚĆ SIĘ, PRZYGOTOWANIE DO ZBIÓRKI CZAS PIĘĆ SEKUND. KOMPANIA W DWUSZEREGU NA KORYTARZU ZBIÓRKA!

Drugie podejście było już nieco lepsze, ale kaprala, podoficera dyżurnego i tak nie zadowoliło. Po trzecim wyjściu udało się wojsku pozostać na korytarzu nieco dłużej.

– Równaj w prawo! – padła komenda.

Cała kompania zaczęła się nieznacznie przesuwać w różne strony. Kapral podszedł do jednego z żołnierzy, u którego coś widać mu się nie spodobało, bo zaraz rozległ się jego głośny krzyk:

– Jak kurwa stoisz?! Nie umiesz ustawić się w dwuszeregu?! Do cholery, ile razy mam to powtarzać, żebyście w końcu się nauczyli?! – ROZEJŚĆ SIĘ!

– O co mu chodziło? – spytał kolegę stojącego obok.

Nie zdążył mu jednak udzielić odpowiedzi, gdyż znowu, na złamanie karku, musieli pędzić na korytarz. Tym razem się udało. Nie przegonił ich już po raz piąty do izb żołnierskich.

– Do środka łącz! W lewo zwrot! Biegiem, przed blokiem zbiórka! – sypały się komendy jedna po drugiej.

Podczas zbiórki, przed blokiem koszarowym, Wojtek miał okazję po raz pierwszy przyjrzeć się kompani w komplecie. Było ich wszystkich ponad stu.

    Zaczął się proces przerabiania poborowych na żołnierzy. Przed frontem kompanii stanął jej szef, starszy sierżant Józef Blaszka i w krótkich żołnierskich słowach objaśniał co, to znaczy być żołnierzem…

   – Jesteście teraz w wojsku, a być żołnierzem to znaczy… nie myśleć! Myślenie macie pozostawić koniom, bo mają większe od was łby i przede wszystkim jaja!

Sierżant chodził spieniony przed frontem kompanii i spoglądał spod opadającego daszka czapki na dwa szeregi wyprostowanych poborowych.

   – Od tej chwili – kontynuował. –…myślenie przejmują za was podoficerowie i im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej będzie dla was, dla plutonu, kompanii i całego wojska. Gdy podoficer będzie twierdził, że na drzewach rosnących wokół koszar, liście nie są zielone tylko czarne, to znaczy, że te liście są czarne… i koniec rozmowy. Kto będzie miał problem, żeby zrozumieć ten prosty fakt, będzie miał w woju przesrane, a już szczególnie u podoficerów. A mieć u nas przesrane, to znaczy brak przepustek, służby poza kolejnością, sprzątanie rejonów i inne nieciekawe sprawy, o których się sami wkrótce przekonacie. Więc nawet jeśli macie ukończone studia i kilka fakultetów, to morda w kubeł i przytakiwać. Tu jest wojsko, a nie przedszkole i tu trzeba wypełniać rozkazy, a nie próbować robić użytek z głowy i z tego, co jest w jej środku. My i tak wiemy, że macie tam tylko sieczkę. Szkoła was tego nie nauczyła, ale daję wam słowo, że tutaj opanujecie tę czynność w sposób zadowalający.

   – Słuchajcie, z jakich stron wy jesteście? – zwrócił się nagle do stojącego w pierwszym szeregu poborowego.

   – Urodziłem się i mieszkam na stałe w Krakowie.

   – A więc mieszczuch, lebiega i inteligent. Widzicie, ta między nami różnica, że ja jestem z wielkopolskiej wsi, zatem dobry żołnierz, a wy, zblazowany krakus, nigdy nim nie będziecie. Wy sobie pewnie różnie o mnie myślicie, co? A wiecie wy, że ja marnując się w tym pułku, muszę jeszcze patrzyć na takich, jak wy zgnilców? Myślicie, że przyjemnie mi wam to mówić? Przerwał na chwilę, zaczerpnął powietrza, udając, że nie dostrzega poirytowanych spojrzeń ze strony stojących kaprali, których pozbawił ich ulubionych fraz, uświadamiających młodym żołnierzom, jak mają się zachowywać przez następne kilkanaście miesięcy.

   – Wasz pobyt w jednostce, przez najbliższe tygodnie, będzie ograniczał się do następujących czynności: pobudka, ścielenie łóżek, robienie porządków, jedzenie, nauka piosenek marszowych, musztra… Trochę ćwiczeń fizycznych i zwiększona koordynacja ruchów, która nikomu jeszcze nie zaszkodziła… I tak będzie do wieczora, a później będziecie mieli wolne… Czyli capstrzyk i spanie z rączkami na kołderce. Przypominam, że wszystko robicie na rozkaz swoich starszych kolegów.

 

[1] Opis dotyczy miasta powiatowego Łobez, położonego nad rzeką Regą w województwie zachodniopomorskim. Przyp. wł.

[2] Capstrzyk – to wojskowy termin oznaczający wieczorny sygnał dany przez orkiestrę lub trąbkę, który informuje żołnierzy o końcu dnia służby i nakazuje powrót do koszar oraz przygotowanie się do snu.[przyp. red.]

[3] Wóz – w żołnierskim żargonie to łóżko. Przyp. wł.

[4] W żargonie wojskowym dziadki – to żołnierze ,,starego rocznika”, czyli tacy, którzy odbyli już większość służby zasadniczej i są blisko jej końca. [przyp. red]

 

Przejdź do treści