14/2026
Do wiadomości
Musieli
go powiesić wczoraj wieczorem. Oderwali
posrebrzane guziki, zabrali buty
i spinki, porwali koszulę,
a potem długo
wybierali właściwe drzwi. Szukali
ciężkich, masywnych, najlepiej
drewnianych, w kamienicy na starej Pradze,
wśród starych ludzi, gdzieś wciąż ktoś jeszcze
wierzy, przyjmuje
śmierć do wiadomości.
To jest koniec
– podobno tak lubię. Zaczynać
od końca – tak mówiłaś, że tak mi wygodniej, że wtedy nie ma
już żadnych gratisów, żadnych nocy, wszystko jest jasne, bo ja
właśnie lubię wiedzieć, spodziewać się tego, gdzie mnie
rozkroisz, jak dotkliwie Cię poznam, jak mocno będę musiał się
wlewać w ramy ciała. We wszystkim
masz rację. W tym, że czasem będę liczył na to, że kiedyś
Cię jeszcze zobaczę, że będzie cicho, cichutko, więc siedzę już
cicho, cichutko, wiatr
wieje, tam wyżej jeszcze silniejszy, rozrasta się.
Nikt
Nikt bliski jeszcze nie wie. Nikt
nie wie. Nikt nie jest bliski. To martwy sezon, grudzień, zima
w całej skali szarości, ptaki hurtem spadają z nieba. Zamki
są słabe. Szyby są cienkie. Mówię, że kupię sobie fajki,
mówisz – proszę, rzuć palenie – obiecuję, że rzucę. Kiedy?
Nikt jeszcze nie wie.
Za chwilę niebo
zrówna się z ziemią, na podłodze spoczywają w pokoju
zwłoki. Są tylko zwłoki i żadnej poezji. Po prostu śmierć,
nic później, żadnego przedtem ani potem, żadnych złych
wyborów, żadnego Kochanie –
– oddać Ci twoje złe wybory, żebyś źle wybrała jeszcze
raz?
Aksamit
Było mi zimno, więc Bóg
wziął i umarł, duszna biel zaglądała do okna, echo
zamkniętych drzwi nadal kusiło w przedpokoju
natrętnym szeptem. Obok
stały buty, które nie miały już swoich stóp
(zapomniałaś o nich), moja koszula zwisała smętnie
bez Twojego ciała, a palce
na nowo pisały Boga szukając aksamitu. Drżąc,
wychodząc za linie.