+48 736-84-84-44

Cezary Żarna

14/2026

Do wiadomości

 

Musieli

go powiesić wczoraj wieczorem. Oderwali

 

posrebrzane guziki, zabrali buty

i spinki, porwali koszulę,

 

a potem długo

 

wybierali właściwe drzwi. Szukali

ciężkich, masywnych, najlepiej

 

drewnianych, w kamienicy na starej Pradze,

wśród starych ludzi, gdzieś wciąż ktoś jeszcze

wierzy, przyjmuje

 

śmierć do wiadomości.

 

 

To jest koniec

 

– podobno tak lubię. Zaczynać

od końca – tak mówiłaś, że tak mi wygodniej, że wtedy nie ma

już żadnych gratisów, żadnych nocy, wszystko jest jasne, bo ja

właśnie lubię wiedzieć, spodziewać się tego, gdzie mnie

 

rozkroisz, jak dotkliwie Cię poznam, jak mocno będę musiał się

wlewać w ramy ciała. We wszystkim

 

masz rację. W tym, że czasem będę liczył na to, że kiedyś

 

Cię jeszcze zobaczę, że będzie cicho, cichutko, więc siedzę już

 

cicho, cichutko, wiatr

wieje, tam wyżej jeszcze silniejszy, rozrasta się.

 

 

Nikt

 

Nikt bliski jeszcze nie wie. Nikt

nie wie. Nikt nie jest bliski. To martwy sezon, grudzień, zima

w całej skali szarości, ptaki hurtem spadają z nieba. Zamki

 

są słabe. Szyby są cienkie. Mówię, że kupię sobie fajki,

mówisz – proszę, rzuć palenie – obiecuję, że rzucę. Kiedy?

 

Nikt jeszcze nie wie.

 

 

Za chwilę niebo

 

zrówna się z ziemią, na podłodze spoczywają w pokoju

zwłoki. Są tylko zwłoki i żadnej poezji. Po prostu śmierć,

 

nic później, żadnego przedtem ani potem, żadnych złych

wyborów, żadnego Kochanie –

 

oddać Ci twoje złe wybory, żebyś źle wybrała jeszcze

raz?

 

 

Aksamit

 

Było mi zimno, więc Bóg

wziął i umarł, duszna biel zaglądała do okna, echo

zamkniętych drzwi nadal kusiło w przedpokoju

 

natrętnym szeptem. Obok

stały buty, które nie miały już swoich stóp

(zapomniałaś o nich), moja koszula zwisała smętnie

 

bez Twojego ciała, a palce

na nowo pisały Boga szukając aksamitu. Drżąc,

 

wychodząc za linie.

Przejdź do treści