fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

– Czyś ty kompletnie oszalała? – zapytała Kaśka, będąc świadkiem rodzącego się we mnie uczucia.

-Nie no fajnie, tak oryginalnie, po twojemu właściwie- skwitowała powściągliwie Darka, z którą wcześniej przejechałam pół Polski, z którą najgłośniej darłam się do piosenek Starego Dobrego Małżeństwa, która była najbardziej racjonalną z moich koleżanek, więc zerwała ze mną kontakt.

-Żartujesz, tak? Jaja sobie z nas robisz? – dopytywał zaciekle Tomek, gdy tylko skończyłam mówić.

– No ja bym nie czekała, nie czekałabym nawet, jakby to był kurwa Adonis, jakby to był ostatni pierdolony samiec na tej zafajdanej planecie- powiedziała dziesięć lat później moja fryzjerka. I to, mimo że znała Sebastiana od podstawówki.

A moja matka w liście do niego napisała: Proszę zostawić moją córkę w spokoju… my mamy kręgosłup moralny, my jesteśmy porządną rodziną…

           A cała ta draka zaczęła się wczesną wiosną 2005 r., gdy prószące z nieba białe gwiazdki osadzały się na świeżo malowanych rzęsach, oczy świata skierowane były na umierającego papieża, a moje serce walczyło z rozsądkiem, o którego brak nagle wszyscy wokół notorycznie zaczęli mnie podejrzewać.

Byłam wtedy zwykłą studentką, zwykłej państwowej uczelni, zwyczajnego humanistycznego, czyli bez przyszłości kierunku, w zwykłym, sennym miasteczku bez perspektyw. Mogłam żyć jak każda, a żyłam jak… żyłam. Jak ja. Po swojemu.

Zaczęły nakładać się na siebie tryby machiny, wciągając mnie w otchłań przeznaczenia, przynajmniej ja tak to widzę. Dobra, może i zrzucam z siebie brzemię odpowiedzialności za własne decyzje, ale skoro zawsze robiłam, co chciałam, to chyba raz mi wolno, nie?

Pierwsza była Dżoana ze swoim: – Weź kilka plakatów i rozwieś je na uniwerku, tylko tak wiesz, w różnych punktach i lokalizacjach. I spręż się, bo to już w piątek. A no i sama wpadnij koniecznie… znaczy nie sama; weź ze sobą kilka osób, zresztą sama wiesz – rzuciła na koniec.

– Dobra, przecież obiecałam. 

Co ona myśli, że ja nic lepszego nie mam do roboty, tylko latać i rozklejać te ich reklamy. Lubię poezję, naprawdę, ale zaprosiły pewnie jakiegoś dziadka od rymowanek, nad którym konwencjonalnie będą się wszystkie rozpływać. Umówmy się, Herbert to to nie będzie, nawet Miłoszem nie trąci. 

Rozwiesiłam. Inaczej pieprzone poczucie obowiązku nie dałoby mi żyć. Lubię te dziewczyny z biblioteki, bardzo, i to nie tylko dlatego, że mają dla mnie zawsze lektury nie do zdobycia gdzie indziej, te różne łakome kąski nowości wydawniczych.  I to w czasach, gdy biblioteki cienko przędą. Czarownice jedne. Lubię je tak po prostu, za ich ukształtowany inteligencki rys, za być może ostatni bastion życzliwej normalności na morzu popaprania, za oryginalność, filosemickość, humor, i wreszcie za to, że nikogo nie oceniają i niczego się nie czepiają. Szeptuchy moje przyczajone. Garnie się do nich nawet osiedlowa dzieciarnia, z domów, gdzie się książki kocha i z takich, w których się książek nie zna. Jedni i drudzy odrabiają tu lekcje i życiowe zaległości. Jedni z przesytu, inni z deficytu przychodzą tu grzać serducha i zadki. Ciepły, książkowy zaułek, w sam raz dla zbuntowanych moli i książkomaniaków.

                   Ale ja byłam wtedy w świeżej żałobie, zaledwie trzy miesiące wcześniej odszedł ktoś bliski i ważny dla mnie, ktoś, kto dawał mi poczucie bezpieczeństwa i wsparcia. Kto znał moje dziecięce sny. Nadal czuję złość, że to się wydarzyło i tę bezsilność z tchnień i trzewi, że już nic i pośrodku tej nicości ja. Byłam więc w większej niż zwykle opozycji wobec świata, który mnie wtedy nic a nic nie obchodził. Miałam najbardziej osmoloną duszę i najczarniejsze myśli. I ostatnie czym bym w tamtej chwili mogła zawracać sobie głowę, to wyjście ze swojej skorupy do tego obmierzłego świata. Ostatnie czego bym wtedy chciała, to ruszać tyłek spod koca, opuścić swój cichy przylądek, w którym ciepło pielęgnowała się rozpacz… ale czwartek nie wieczność i całkowicie niepostrzeżenie w chujowiźnie prędkości nadszedł, a raczej nadbiegł piątek. Tamten piątek. Piątek, po którym nic już nigdy nie było takie samo.

-Lenka, dziewczyny przyszły- rzuciła z przedpokoju matka.

-Jedyne o czym marzyłam w tamtej chwili, to narzucić ten koc na łeb i zniknąć…stać się niewidzialna, kompatybilna z podłogą i sufitem, zupełnie przezroczysta dla Kaśki i Agi, które po mnie przyszły. I dla świata, który nic mnie przecież nie obchodził, a brzydził. I bezwstydnie wydelegował takie wysłanniczki, którym nie mogłam huknąć: Nie chcę! Nie pójdę!. Stanęły już w progu z tym swoim wkurwiającym: No, co ty jeszcze nie gotowa?, No przecież sama mówiłaś, że w piątek przed siedemnastą. I co ja mogłam?! Namówiłam Aguchę z głębokiej wsi, od niedawna ulokowaną w akademiku, żeby choć raz poszła na wieczór autorski, wyszła do ludzi, i Kaśkę przekonałam, którą macocha od najmłodszych lat napierdalała mocniej nawet po duszy niż po ciele. Do świata im narysowałam strzałkę, do pieprzonej kultury, i teraz je miałam tak po prostu zostawić, dlatego tylko, że sama stałam pośrodku niestabilnego, gównianego niczego?! Poczucie odpowiedzialności za to coś człowieku oswoił, wpierdoliłoby mnie całą nie wyłączając butów. 

Tego się nie robi ludziom, ja tego nie robię ludziom…

Ciekawe, czy ty był poszła?  A ty, poszedłbyś?

Ja poszłam. Więc jednak nie zawsze robiłam, co chciałam, czasem robiłam coś, czego niepodobna było nie zrobić. Są priorytety nawet dla anarchistów i dziwadeł.

Poszłyśmy we trzy. W bibliotece gęstniał tłum, pęczniało oczekiwanie, powietrze wciąż w korelacji z wczesną wiosną, wszystkie krzesła zajęte, w każdej z trzech sal toczące się ożywione rozmowy, dysputy zaklęte w gestach, w miastach takich jak nasze wszyscy się znają, a w miejscach takich jak to, wciąż ci sami stali bywalcy, nie powinno być żadnych zaskoczeń. Jedni nerwowo szukali czegoś na półkach, inni powoli sączyli winko, słychać było śmiechy i żarty dawno niewidzianych znajomych. Amatorski teatr w półszepcie powtarzał teksty. Jest jakaś niewytłumaczalna klarowność małych miasteczek z ich zastygłą harmonią.

Usiądźmy gdzieś z tyłu – mówię do równie jak ja onieśmielonych, mało chyba entuzjastycznych i niepewnych naszej intelektualnej pozycji, koleżanek. Byłyśmy trzema najlepszymi studentkami na roku: Kaśka ze sprytu, Aga z kucia, a ja z charyzmy. I żadna z nas nie usłyszała nigdy w domu: ,,Jesteś mądrą dziewczyną”, ,,Jesteśmy z ciebie dumni, córeczko”, a byłyśmy podobno z trzech dobrych domów. Jak jeszcze raz usłyszę, to nacechowane ocieplająco określenie: ,,To był taki dobry dom, taka porządna rodzina”, to puszczę pawia, pawia, któremu śmierdzi z zadu pod tym rozłożystym, barwnym ogonem. W takich domach kisną nieukochane, niezauważone dzieci, którym potem przez całe życie wydaje się, że nie są wystarczające, wybrakowane jakieś. I zamiast cieszyć się życiem, biegają na terapię, oczywiście te, które jeszcze mają siłę, by to życie nieść.

I właśnie w takiej chwili, w jednej z miliona takich chwil, chwili, której nie chcę nazywać byciem w czarnej dupie, więc pozwalam sobie nazywać byciem w Czarnej Białostockiej (za co po stokroć przepraszam wszystkich jej mieszkańców),  w tej właśnie chwili, kiedy zaczynam zastanawiać się, co ja tu właściwie robię, nie tylko tu w tej zapchanej po brzegi miłośnikami poezji bibliotece, ale tu na tej smutnej, przemarzniętej, parszywej ziemi; dostrzegam w drzwiach kogoś, kto stoi do mnie tyłem i rozmawia z równie jak on nieznaną mi osobą. To młody mężczyzna, właściwie chłopak. Wydaje mi się, że widzę nad jego głową aureolę. I teraz poważnie już zastanawiam się nad swoją kondycją psychiczną, bo może zwariowałam, może z tej żałobnej rozpaczy pomieszały mi się zmysły, a może to wino uderzyło mi zbyt szybko do głowy, tyle że przecież ledwo zdążyłam umoczyć w nim usta, no ale nic wcześniej nie jadłam, więc może jednak wino- próbuję to jakoś zracjonalizować, ale nie umiem. 

Wciąż jeszcze nie widzę twarzy tego człowieka, a widzę jakąś pierdoloną aureolę, która zaświadcza o mnie jak najgorzej. Jeszcze dziś mogłabym przysiąc, że naprawdę widziałam wtedy tę aureolę i że to nie było żadne przewidzenie ani zwid. To była jedna z takich stopklatek, jakich doświadczamy w życiu w istotnych dla siebie momentach, z czego wówczas zupełnie nie zdajemy sobie sprawy.

Sytuacja wyglądała więc tak, że stoję tam, lampię się na obcego kolesia, którego w dodatku nieustająco widzę od tyłu i rozkminiam motyw aureoli. Wreszcie następuje przełom. Jednak ma on też jakiś front. Widzę twarz. Chłopięce rysy, błękit oczu, dołeczek w policzku i uśmiech, który jak słońce o brzasku rozlewa się coraz szerzej, widzę to wszystko wyraźnie jak na fotografii trzymanej w dłoni, mimo że dzieli nas ładnych kilka metrów i tłum ciągle zmieniających swe pozycje i potrącających się wzajemnie ludzi. I czuję, że nagle, bez żadnego racjonalnie dającego się wytłumaczyć powodu, jakoś mnie to obchodzi. Słyszę swój szept, jakby wypowiadany przez kogoś trzeciego, mój a bez mojego udziału, z mojej woli, ale poza świadomym działaniem: -Kaśka, widzisz tego gościa? – pytam wreszcie. -No- odpowiada Kacha – widzę. -Niezłe ciacho- mówię. – Bo ja wiem- odpowiada krzywiąc się Kaśka. A ja już wiem, wiem, że, tylko nie wiem jeszcze ani jak, ani dlaczego.

Byłyśmy wtedy młode dupejry, o wyczuwalnie przyciągającej uwagę urodzie, ale mnie się wtedy wydawało, że wcale tak nie jest. Jak człowiek jest nieopierzony, ma wobec siebie zdecydowanie za wysoko ustawioną poprzeczkę wymagań i oczekiwań. Czego ja właściwie od siebie chciałam. Chcę przez to powiedzieć, że byłyśmy wtedy atrakcyjne, ale zupełnie tego nie dostrzegałyśmy. Tylko, żeby nie wyszło na jakąś bufonadę. Mnie się zresztą wydawało, że intelektualistki mają obowiązek wyglądać skromnie i mniej atrakcyjnie od tych, co pudrem kobiecości muszą nadrabiać braki w inteligencji.

     Wtem zaczyna się spotkanie. Młodzież prezentuje wiersze gościa w poetyckiej miniaturze, zaprzyjaźniony prawnik wespół z kierowniczką biblioteki opowiadają o poecie, żona prawnika korpulentna brunetka o nienachalnej urodzie i charakterze akceptowalnym przez konesera, dorzuca żarty o tym, jak to bywa muzą dla natchnionych poetów. Ewka lubi zaznaczać swoją obecność, znaczyć teren jak kot, może bardziej bezwonnie, ale za to równie wszędobylsko. Puścili w obieg CV gościa spotkania.

Siedzę z tyłu, wszystko słyszę, ale mija naprawdę dobrych parę chwil, nim w ogóle orientuję się, że gwiazdą wieczoru nie jest żaden dziadek, którego przewidywałam, tylko ten Sebastian, którego widziałam w drzwiach, w tej no… powiem to jeszcze raz, w tej niewytłumaczalnej aureoli.

CV krążyło już po sali i jak gąsienica z rzędu a do rzędu b pełzało ospale. Spytałam Kaśkę, czy ma długopis. Na szczęście miała. Wykoncypowałam, że każde szanujące się CV powinno zawierać numer telefonu, więc czekałam, żeby to sprawdzić. Jest, dotarło. Wtedy nikt jeszcze nie słyszał o RODO. Ukradkiem zapisałam więc na lewej ręce numer. Jeszcze nie wiem, co chcę z nim zrobić, ani co dokładnie chodzi mi po głowie, ale wiem, że coś na pewno, czuję rodzaj ekscytacji dziecka, które zna drogę do cukierni, choć nikt nie może go zapewnić, że akurat dziś do niej wstąpi… Od tego momentu datuję przekonanie graniczące z pewnością, że świat znów zaczyna mnie obchodzić. W każdym razie niektóre jego elementy. Brzmi to jak najobrzydliwszy banał, ale tak to się właśnie zaczęło.

 

***

Jeśli ciekawi was, jak dalej potoczyło się życie dziewczyn, dopowiadam.

Kaśka rozhuśtała swoją szkołę tańca i nadal trzyma się na tej fali.

Darka była luksusową damą do towarzystwa, a potem została luksusową żoną, więc w sumie nadal w branży, tyle że już w detalicznej.

A Agnicha na żyznej polskiej prowincji niesie dzieciom kaganek oświaty.

Skip to content