Wieczorową porą jak zwykle spacerowali z psem skrajem parku, ale już nic nie było tak, jak dawniej. Bez zmian pozostały tylko obojętne na wszystko gwiazdy. Kilka minut wcześniej przestało padać i na zaroślach wisiały jeszcze kolie kropelek, a jezdnia lśniła odbitym od latarni żółtym światłem. Duża, czarna suka ciągnęła go niemiłosiernie, więc w końcu spuścił ją ze smyczy. Zwykle chodzili z psem Hanki, ale dziś z niewiadomego powodu uparł się, żeby zabrać na spacer swoją nieco neurotyczną Sabę. Szli w milczeniu. Ostatnio bywało tak coraz częściej i coraz częściej rozstawali się bez pożegnalnego buziaka. Potem następowała dwu albo trzydniowa przerwa, co jeszcze pół roku wcześniej było nie do pomyślenia. Rozmowy telefoniczne też stały się rzadsze, a kiedy do nich dochodziło, ze słuchawki coraz częściej sączyła się krępująca oboje cisza. Żadne z nich nie potrafiło powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, ale czuli, że coś się zmieniło i oddalają się od siebie w zastraszającym tempie… Coraz bardziej zamykał się przed nią, a przecież wydawałoby się, że właśnie teraz, w tym trudnym czasie, kiedy jego ojciec zmagał się ze śmiertelną chorobą, powinni być sobie bliżsi niż kiedykolwiek wcześniej. Ale rzeczywistość przedstawiała się inaczej…
– Jak tata? – zapytała, kiedy przystanęli na moment.
– Coraz gorzej… – odpowiedział głucho. – Matka nie jest w stanie robić mu zastrzyków, więc ja muszę ja.
– Boże… Kociaku.
Pomyślał, że już dawno go tak nie nazwała.
– Ale czasem ma jeszcze przebłyski swojego humoru – mówił dalej. – Wczoraj, na przykład, odwiedziła nas ciotka Wikcia. Opowiadałem ci o niej… To ta, co często strzela gafy.
– Tak, pamiętam. Była na twoich urodzinach.
– Właśnie, o nią chodzi. No więc weszła do przedpokoju, zajrzała do ojca, popatrzyła na ten szkielet obleczony w piżamę, i nagle mówi: Ja tak ostatnio przytyłam, muszę trochę schudnąć.
– Co ty opowiadasz!
– Ojciec zareagował natychmiast i powiedział: Znam bardzo dobry sposób, ale chyba by ci się nie spodobał.
– W jego stylu!
– Ale to tylko przez chwilę. Całymi dniami siedzi skulony pod kocem i woła mnie, co dwie godziny, żeby mu dawać morfinę.
Zamilkli i szli w ciszy, każde zatopione w swoich rozmyślaniach. Było bardzo spokojnie, tylko co jakiś czas od strony jezdni dobiegał syk mokrych opon przejeżdżającego auta. W powietrzu czuć było nutę jesiennego schyłku. Lubił ten czas, bo miał melancholijne usposobienie. Teraz jednak jego myśli zajmował cierpiący ojciec. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Dyskretnie popatrzył na Hankę. Jeszcze rok wcześniej świata poza nią nie widział. Chciał się umawiać jak najczęściej, wydzwaniał, szalał z zazdrości i wyczekiwał wspólnych wyjazdów, kiedy to dwa razy do roku udawali, że są już małżeństwem. Potem, nie wiadomo kiedy, coś się zaczęło psuć, więzy się rozluźniły i na myśl o niej nie czuł już dawnej ekscytacji. Codzienne wspólne spacery z psem zaczął traktować w kategoriach nużącego obowiązku.
Niebawem przyszedł cios – fatalna diagnoza jego ojca. I zatrzasnął drzwi do swojego serca, zabrał ze sobą tylko ból i pretensję do całego świata, ale dla Hanki miejsca tam już nie było. Z początku zdezorientowana próbowała dostać się do jego twierdzy, ale on zaryglował wszystkie drzwi. Po pewnym czasie złość i frustracja ustąpiły miejsca apatii. Owszem, spotykali się jeszcze, ale było to podyktowane raczej siłą nawyku niż rzeczywistą potrzebą serca.
– O czym myślisz? – zapytała nagle, przerywając niewesołe refleksje.
– Właściwie to o niczym… – odpowiedział wymijająco.
– Ja ostatnio często zastanawiam się, co z nami będzie…
Nie chciał tego słuchać. Automatycznie przyspieszył kroku. Rozejrzał się za Sabą.
– Gdzie ona jest? – pytanie poszybowało w wieczorną ciszę. – Saba! Saba! – zawołał.
– Saaaba! – zawtórowała mu Hanka.
Nagle zobaczyli czarny kształt suki, odcinający się od mroku ulicy. Pies gonił białego kota i pędem zbliżał się do jezdni.
– Saba! – zawołali jednocześnie.
Mrok przeszyło światło reflektorów nadjeżdżającego auta. Potem usłyszeli głuche uderzenie i głośny skowyt. Samochód przyhamował, ale zaraz potem nabrał prędkości i zniknął w głębi ulicy. Podbiegli do ciemnego kształtu na jezdni. Saba leżała bez ruchu, ale na ich widok lekko uniosła głowę. Przez cały czas cicho popiskiwała.
– Sabunia – wyszeptał i pogłaskał aksamitne futerko na łebku. Suka polizała go po ręku i zaskamlała.
– Zabierzmy ją stąd – powiedziała Hanka.– Znów coś jedzie!
Spróbował podnieść psa, ale ten głośno zaskowyczał.
– Boli ją, ale trudno – zdecydowanym ruchem wziął zwierzę na ręce przy akompaniamencie wycia.
– Idę z tobą – zdecydowała Hanka. – Jak się zmęczysz, zabiorę ją od ciebie.
Udali się, przez opustoszałe ulice, w kierunku jego osiedla. Pies nieco się uspokoił i tylko od czasu do czasu cicho popiskiwał. Miasto zdawało się wymarłe po wieczornym deszczu, który odstraszył nawet pijaczków i szukających mocnych wrażeń młodzieńców. Szli w milczeniu, wsłuchując się w jednostajny rytm swoich kroków. Mijali rzędy okien, w których czasem pojawiały się sylwetki ludzi jak kukiełki podczas przedstawienia. Czasem mroczne wnętrze tego czy innego pokoju rozświetlała niebieska poświata telewizora, co dodawało kamienicom swoistej aury.
Po pewnym czasie Hanka chciała go zmienić i wziąć sukę na ręce, ale odmówił, bo miał jeszcze dużo siły. Minął kwadrans i już wchodzili w boczną uliczkę, przy której stał jego punktowiec. Drzwi wejściowe były jak zwykle zastawione kawałkiem cegły. Zwykle zemścił na to zaproszenie dla złodziei, ale nie dziś, bo nie chciał dzwonić domofonem, a kluczy zapomniał. Kiedy byli już na górze, poprosił Hankę, żeby zapukała. Zrobiła to bardzo delikatnie, nie chcąc niepokoić ojca, który ostatnio zasypiał o najdziwniejszych porach i budził się już po godzinie z wyrazem cierpienia na wymizerowanej twarzy.
Usłyszeli ciche kroki w przedpokoju i chrobot klucza w przedpotopowym zamku. Drzwi otworzyła matka i na ich widok zrobiła zafrasowaną minę.
– A co to się stało? – zapytała przyciszonym głosem.
Automatycznie zerknął w kierunku pokoju ojca. Drzwi były zamknięte, ale światło ciągle się paliło.
– Mały wypadek – powiedział niezgodnie z prawdą, ale za nic w świecie nie chciał dodawać matce zmartwień.
– Ale jak?
– Samochód ją stuknął – odpowiedziała niepewnie Hanka.
Matka popatrzyła na sukę zatroskanym wzrokiem i pogłaskała ją po łebku.
– Nie może chodzić? – zapytała.
– Właściwie to nie wiem. Zabraliśmy ją z ulicy i przez całą drogę do domu nieśliśmy.
– Niech trochę poleży…
Delikatnie ułożył Sabę na chodniku w przedpokoju. Nie popiskiwała już, tylko patrzyła uważnie na twarze zebranych wokół niej ludzi. Po chwili nieporadnie spróbowała wstać, opierając się najpierw na przednich łapach. W końcu z trudnością stanęła, cała drżąca i niepewna.
– Saba! – usłyszeli słaby głos ojca, dochodzący zza przymkniętych drzwi.
Popatrzyli na siebie i pomyśleli o tym samym. Ojciec za nic w świecie nie może się dowiedzieć o wypadku. Ale było już za późno! Saba z wielką trudnością pokuśtykała w kierunku, z którego dochodził głos i sprytnie otworzyła sobie drzwi pyskiem. Poszli za nią. Chory siedział w swoim ulubionym fotelu, ale był już tak wychudzony, że mebel zdawał się go pochłaniać. Mężczyzna przypominał jednego z tych skulonych, wynędzniałych ptaszków, które czasem można napotkać przycupnięte przy krawężniku albo za jakąś rynną, gdzie cierpliwie czekają na swój dyskretny koniec. Suka mocno kulejąc, poczłapała w kierunku ojca i w geście bezgranicznego oddania położyła łeb na jego sterczących kolanach.
– Moja dobra psinka… – wyszeptał chory i z wyraźnym wysiłkiem przytulił zapadnięty policzek do aksamitnej sierści. I było w tym widoku coś tak poruszająco smutnego, że wszyscy obecni zapamiętali tę scenę z najdrobniejszymi szczegółami. Wiele lat po przedwczesnej śmierci ojca, która nastąpiła już miesiąc od wypadku Saby, ciągle wspominali ów gest solidarności dwóch cierpiących istot i zawsze ich oczy pokrywała wtedy tafla łez, których wcale się nie wstydzili.
Hanka była z nim jeszcze tylko przez kilka miesięcy. Potem definitywnie się rozstali. Od tamtego pamiętnego, przesiąkniętego cierpieniem wieczoru minęło ponad trzydzieści lat, a oni ciągle nie mogli pojąć, dlaczego tak to się skończyło. Przecież ponoć miłość zawsze zwycięża.