To opowiadanie jest dla Andrzeja
Spojrzałem w spieniony nurt rzeki, a potem podniosłem głowę i objąłem wzrokiem oddalającą się powoli panoramę miasta. Miałem wrażenie, że przybrzeżna roślinność systematycznie pochłania kolejne biurowce i kościoły, które znikały w zielonych odmętach trzciny i błękitnej toni lekko pofalowanej bryzą. Po kilku minutach i kilku łagodnych zakrętach leniwej rzeki nie było już widać miasta. Zamilkły odgłosy, dochodzące z pobliskiej stoczni, a zamiast tego rozkrzyczało się ptactwo. Muliste dno co jakiś czas uwalniało na powierzchnię serie baniek, które rozganiały niezliczone chmary pająkowatych żyjątek.
U wylotu małej kabiny pojawiła się zwalista sylwetka Piotra. Trzymał w ręku wiadro, w którym zawsze rozrabialiśmy zanętę. Zostawił je przy burcie i ciężko poczłapał na dziób łodzi. Stanął tam i zaczął wpatrywać się w odległą sylwetkę kolejowego mostu, który stanowił dla nas ważny drogowskaz. Za tym mostem zawsze skręcaliśmy w trzeci kanał po lewej stronie.
– Spróbujemy jeszcze przed mostem? – zapytał lekko zachrypniętym głosem.
Spojrzałem w bok w kierunku brzegu. Mijaliśmy właśnie bardzo obiecującą kępę zarośli. Z wody wystawały poczerniałe i miejscami omszałe konary dawno zwalonego drzewa.
– Tu? – wskazałem głową mijane krzaki.
– Może być – odpowiedział. – Tylko trzeba uważać na zaczepy.
Zatrzymaliśmy łódź, a Piotr wyrzucił kotwicę. Długo spadała, nim wreszcie lina w jego masywnych rękach zwiotczała, a potem znowu się naprężyła, kiedy przywiązywaliśmy ją do jednego z konarów. Do złudzenia przypominał wystającą z wody rękę wyciągniętą w ostatecznym geście rozpaczy. Szybko odwróciłem wzrok. Choć dobrze znałem to miejsce i tę gałąź, nigdy spokojnie nie mogłem na nią patrzeć. Piotr zerknął na mnie.
– Znowu ta ręka – zaśmiał się głucho. Za chwilę złapał go potężny kaszel, a ja pomyślałem, że to kara za drażnienie mnie.
– Podaj wędki – padło w końcu sakramentalne polecenie.
Poleciałem do kabiny i wyniosłem starannie złożone teleskopowe wędziska. Moja wędka lśniła nowością w coraz bardziej palącym słońcu, jego była stara i cała w brązowych plamach. Zupełnie jak ręce Piotra, które rok po roku coraz bardziej upodabniały się do tych gałęzi sterczących z wody.
– Jeszcze robaki – wydał kolejne polecenie. I znowu zanurkowałem do wnętrza, powoli nagrzewającej się kabiny. Mimo wczesnej pory było tam parno. Czułem też zapach oleju i rybich łusek – woń, której chyba już nigdy nie zapomnę.
– Patrz! – powiedział nagle i wskazał sękatym palcem w kierunku najbliższego konaru. Woda w tym miejscu jakby się wybrzuszyła i po chwili ujrzeliśmy ogromne, walcowate cielsko dostojnie przepływające tuż pod powierzchnią. Wielki stary szczupak leniwie machnął ogonem i natychmiast zanurkował w ciemną toń.
– Już go kiedyś tu widziałem. Ma dwie kotwice wbite w pysk. Weteran.
Piotr jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie przed sekundą pojawiła się ryba.
– Na co łowimy? – zapytałem rzeczowo.
– Robaczki, oczywiście, że robaczki – uśmiechnął się wszystkimi szczerbami. – Ale najpierw po kielichu! – wydał kolejne polecenie.
– Jeśli tak, to ja poproszę o piwko.
Spojrzał na mnie z pogardą.
– Jak sobie chcesz.
Zanurkował w głąb kabiny i w tej samej chwili usłyszeliśmy warkot motorówki. Od razu wiedziałem, że to policja. Jeszcze zanim wyłonili się zza wysepki, rozpoznałem ich mocny silnik. Po chwili motorówka z powiewającą flagą zatrzymała się przy nas. Piotr wystawił głowę z kabiny i zaklął siarczyście.
– Biorą? – zapytał przylizany policjant.
Wyprzedziłem starego, bo nie chciałem draki. Nawet zmusiłem się do uśmiechu.
– Jeszcze nie łapiemy. Powinny brać, bo ciśnienie nie skacze.
Policjant sprytnie wskoczył do naszej łodzi.
– A papierki mogę obejrzeć? – zapytał niby grzecznie.
Piotr zacisnął pięści i znowu zniknął w kabinie. Po chwili wyszedł, stękając. W ręku trzymał plik podniszczonych książeczek. Bez słowa podał je policjantowi. Ten przysunął się do twarzy Piotra i pociągnął nosem. Najwyraźniej badanie go zadowoliło, bo pobieżnie przejrzał dokumenty i oddał je Piotrowi.
– No, wszystko w porządku. Życzę przyjemnego łowienia.
Zwinnie wyskoczył z naszej łodzi i po chwili policyjna motorówka już znikała za odległym zakrętem. Piotr popatrzył na spienioną wodę i splunął. Nie wiadomo, który już raz wszedł do kabiny i wyniósł butelkę wódki i puszkę piwa. Rzucił mi piwo, a sam odkręcił zakrętkę i pociągnął spory łyk. Spojrzał jeszcze raz w kierunku niewidocznej już motorówki i znowu się napił.
– No – powiedział. – Pora łowić.
Stanęliśmy obok siebie i zarzuciliśmy wędki. Zaraz przy konarach woda był płytka, najwyżej półtora metra, ale krasnopióry lubiły takie miejsca. Po kilku chwilach pokrzywiony spławik Piotra powoli zaczął tonąć. Nie było to skubanie drobnicy, a raczej jedno zdecydowane pociągnięcie. Odczekał jeszcze moment i zaciął. Natychmiast wiedzieliśmy, że trafiła się spora sztuka. Wędka wygięła się, a kołowrotek zaczął terkotać. Po krótkiej walce już ją miał. Leżała na dnie łodzi w pełnym słońcu i oszołomiona wyprężała skrzela. Jej złocisto-czerwone łuski lśniły ze wszystkich sił. Małe oko patrzyło zdziwione, a płetwa ogonowa drgała jak oszalała. Piotr chwycił rybę i przyjrzał się jej. Potem jednym delikatnym ruchem położył na wodzie.
– Płyń, sprowadź swoje koleżanki – powiedział i popchnął ją delikatnie. Z początku nie wiedziała, co robić. Wygięła się nieśmiało, a potem już zdecydowanie zanurkowała między konarami. Nie byłem zdziwiony – to był rytuał Piotra.
Po godzinie obie siatki były pełne i ciężko zwisały po obu stronach łodzi.
– Trzeba płynąć dalej, na leszcza – zdecydował Piotr.
Podnieśliśmy kotwicę i położyliśmy wędki wzdłuż wioseł. Stary ropniak prychnął potężnym kopciem i cała łajba zadrżała. Po chwili obroty się wyrównały i ruszyliśmy w kierunku czarnej sylwetki mostu kolejowego, który, jak zawsze zresztą, wydawał mi się nieco złowieszczy. Bałem się tego miejsca. Lękałem się przepływania pod przytłaczającymi betonowymi filarami, których podstawy pokrywały jakieś zgniłozielone porosty. Kiedy unosiłem głowę, plątanina sztab, blach i nitów przypominała mi sklepienie katedry z mojego najgorszego koszmaru.
Po kilku minutach z ulgą stwierdziłem, że Piotr zamierza zatrzymać się jeszcze przed mostem. Znowu wyrzuciliśmy kotwicę, tym razem znacznie bliżej środka rzeki.
– Skocz po gruntówki – powiedział nie patrząc na mnie. Stałem i czekałem. – A, i jeszcze butelkę, a sobie piwko – dodał. Teraz mogłem już spokojnie iść do nagrzanej kabiny.
Kilka chwil później trzymał butelkę przy spieczonych ustach. Wypił tylko dwa łyki i odesłał mnie z powrotem. Nigdy się nie upijał, choć cały czas coś sączył. Wędki były już przygotowane, więc założyliśmy czerwone robaki i rzuciliśmy ciężarki. Umocowaliśmy wędziska ukośnie, tak aby dobrze widzieć naprężone końcówki. Piotr wyciągnął pogniecioną paczkę papierosów i w tej samej chwili jego szczytówka wygięła się gwałtownie. Raz, dwa, trzy. Po trzecim szarpnięciu zaciął. Nic się nie działo. Pociągnął delikatnie żyłkę, ale coś ją blokowało.
– Zaczep, cholera – rzucił rozzłoszczony. – Akurat na początek!
Szarpnął jeszcze raz i nagle kołowrotek zawył wprawiony w szybkie obroty. Coś wyciągało linkę z zawrotną szybkością. Ryba płynęła w kierunku zarośli. Wiedzieliśmy, że jeśli tam dotrze, to ją stracimy. Piotr zaczął delikatnie hamować i po kilku chwilach żyłka znieruchomiała. Zaczął ją zwijać, najpierw powoli, potem coraz szybciej. Ryba nie stawiała oporu, jakby zupełnie zrezygnowała z dalszej walki. Kilka metrów od łodzi zobaczyliśmy ją. Ogromny lin położył się na boku i bez protestów dał się wydobyć podbierakiem.
Miał chyba z pięćdziesiąt centymetrów. Mięsisty pyszczek poruszał się jakoś bezradnie, szukając życiodajnej wody. Piotr popatrzył na ciężko dyszącego lina i umieścił go w jednej z siatek zwisających z boku łodzi.
Miejsce przed mostem okazało się dla nas szczęśliwe. Złapaliśmy jeszcze cztery piękne sztuki, zanim zdecydowaliśmy się, płynąć dalej w kierunku naszych ulubionych kanałów. Trochę ociągałem się ze zwijaniem sprzętu, cały czas myśląc o nieuniknionej konfrontacji z posępną konstrukcją mostu. Nagle wpadłem na świetny pomysł. Przecież wcale nie muszę patrzeć na zachodzące na siebie płyty i rzędy przerdzewiałych nitów. Po prostu zamknę oczy i otworzę je dopiero, kiedy będziemy daleko za mostem! Z tym postanowieniem raźniej zabrałem się do wyciągania kotwicy.
Piotr zaniepokoił mnie nieco. W ciągu ostatnich paru godzin opróżnił jedną butelkę i zaczynał już drugą. Lekko chwiał się na nogach, a ja z prawdziwym przerażeniem myślałem o konsekwencjach ponownej kontroli policji wodnej.
– Zaraz most – powiedział zupełnie niepotrzebnie, bo ogromna konstrukcja była prawie nad naszymi głowami. Policzyłem do dziesięciu i zamknąłem oczy. Płynęliśmy powolutku, tak aby nie wzburzyć zbytnio wody. Wędkarze łowiący pod mostem z pewnością machali nam przyjaźnie, ale ja tego nie widziałem. Zrobiło się ciemniej i zrozumiałem, że jesteśmy pod stalową konstrukcją. Minęło kilka minut i ostre jeszcze słońce znowu przedarło się przez zamknięte powieki, wywołując lekko czerwoną poświatę. Otworzyłem oczy. Most został z tyłu!
– Zaraz skręcamy. Pamiętasz znak? – znowu odezwał się Piotr.
– Jasne.
Mój głos wibrował radością i oczekiwaniem dalszych wędkarskich doznań.
Zwalony pień, który przypomina czółno.
Piotr skrzywił się. W zeszłym roku stracił pięknego szczupaka właśnie przez ten pień.
– Jest – prawie krzyknął, pokazując wystający z wody pagórek po naszej prawej stronie.
Po kilku minutach skręciliśmy w bardzo zarośnięty kanał. Przerdzewiałe urządzenia śluzy robiły dość przygnębiające wrażenie. Nikt już nie dbał o drożność kanałów. Opanowały je rośliny wodne, które z roku na rok panoszyły się coraz śmielej, zabierając resztki tlenu zamieszkującym te wody rybom.
Zarośnięty kanał miał jeszcze kilka bocznych odnóg i po kilku zakrętach zupełnie straciłem orientację. Wreszcie rzuciliśmy kotwicę i Piotr zabrał się do uzbrajania żywcówek. To była jego specjalność i nie dopuszczał mnie jeszcze do tym magicznych czynności.
Rozejrzałem się ciekawie. Brzegi kanału szczelnie porastały trzciny, spoza których wyłaniały się kłosy zboża. Ze wszystkich stron otaczało nas pole, graniczące po jednej stronie z jakimś laskiem. Nigdzie nie widziałem śladów pomostów czy choćby wydeptanych ścieżek prowadzących do wody. Było to niezwykle odludne miejsce, całkowicie opanowane przez wodne ptactwo i ogromne szczury, które co jakiś czas przemykały między trzcinami. Spojrzałem na ciemniejące niebo i z trwogą pomyślałem o nocy, jaką mieliśmy spędzić na łodzi.
Piotr przygotował już wędki. Trzeba było jeszcze złowić małe rybki na przynętę. Okazało się, że był z tym pewien kłopot. Duży kłopot, bo jak na złość same większe płotki żerowały w naszym miejscu. Wreszcie udało mi się złapać dwie uklejki i sprawnie założyliśmy je na kotwiczki. Pierwszy szczupak trafił się już po dziesięciu minutach. Była to duża sztuka. Walczył dzielnie i miałem trochę trudności z wyciągnięciem go. Jednak to Piotr złowił największą rybę tego dnia. Mocował się z tym swoim kolosem ponad pół godziny. Obserwowałem go, ale nic nie mówiłem. Pot perlił mu się nad górną wargą, koszulę miał zupełnie przepoconą, choć chłodny wieczorny wietrzyk już marszczył taflę wody. Kiedy wreszcie wyciągnął tę swoją ośmiokilową kłodę, był tak zmęczony, że usiadł w kabinie. Prawie jednym duszkiem wypił pół kubeczka wódki i dopiero wtedy nieco się uspokoił.
– Będziemy zwijać żywcówki – powiedział, kiedy mrok z każdą minutą stawał się gęstszy. – Trzeba zrobić jakąś kolacyjkę i wyrzucić sznury na węgorza.
Kolacja była moją specjalnością. Wyciągnąłem kilka kromek posmarowanego masłem chleba i konserwę turystyczną. Sprawnie pokroiłem mięso w plastry i wyniosłem na pokład. Piotr zajmował się sznurami. Widząc jedzenie odłożył wszystko i opłukał ręce w wodzie, która przejęła od nieba ciemnoszary, prawie czarny kolor. Zjedliśmy kanapki z apetytem i popiliśmy chłodnym piwem. Piotr wyrzucił sznury i zapalił małą lampkę, zawieszoną nad wejściem do kabiny. To mdłe światełko spotęgowało wrażenie gęstego mroku. Natychmiast usłyszałem jakiś szelest w trzcinach, a nad kabiną pojawiły się pierwsze ćmy i znienawidzone komary.
– Napijmy się jeszcze po jednym – Piotr z jakiegoś powodu mówił szeptem. – Na sen – dodał.
Poszedłem posłusznie po następne dwie puszki, choć wiedziałem, że wypite piwo wcale nie pomoże mi zasnąć.
– Lubię spać na wodzie – powiedział wpatrzony w mrok. Jasna plama jego siwych włosów odcinała się od ciemnej ściany roślinności. Wiatr wzmagał się. Tarmosił trzciny i delikatnie kołysał łodzią. – Wiesz, że kiedyś przez tydzień nie schodziłem na brzeg…
Nie odpowiedziałem. Z całych sił próbowałem zapamiętać tę chwilę razem z odgłosem trzcin, chłodnym wiatrem owiewającym twarz i delikatnym kołysaniem naszej łajby. Zamknąłem oczy.
– Śpiący jesteś. Kładziemy się – powiedział stanowczo. Podniósł się ciężko i poczłapał do kabiny. Tam zdjął gumiaki i położył się w ubraniu na wąskiej leżance. Po kilku chwilach usłyszałem jego chrapanie.
Dopiero kiedy Piotr zasnął, w pełni zdałem sobie sprawę z niesamowitości otoczenia. Falujące trzciny zaczęły w mojej wyobraźni przybierać najbardziej fantastyczne kształty. Co pewien czas słyszałem niepokojące pluski i chlupanie. Gdzieś nad łodzią jakiś ptak hałasował pośród gałęzi pochylonej olchy. Zdecydowałem schronić się w kabinie. Kiedy już leżałem, wszystko się jakby oddaliło. Woda i trzciny zostały za matowym plastikowym okienkiem. Delikatne kołysanie było bardzo przyjemne…
Rankiem odczepiłem złowione węgorze i spakowałem resztę sprzętu. Podróż z powrotem upłynęła szybciej. To ja dowodziłem i ja wyznaczałem kurs. Mijany most nie zrobił na mnie żadnego wrażenia – posłałem mu tylko kilka przelotnych spojrzeń, wpatrzony w nurt rzeki przed łodzią.
Po godzinie pojawiły się w oddali pierwsze zabudowania przystani. Już było widać mój pomost i podskakujący na wodzie mały ponton. Ostrożnie ustawiłem łódź przy wiszących oponach i mocno przywiązałem linę do pomostu. Nad nabrzeżem unosiła się jeszcze poranna mgła. Wyniosłem wędki i torby do domu, a potem wróciłem po siatki z rybami. Przed zamknięciem kabiny, rzuciłem okiem na szary wełniany sweter wiszący przy wejściu. Należał do niego.
Ciągle tam wisiał, choć od śmierci Piotra minęły już dwa lata. Powoli zamknąłem drzwiczki i poszedłem skrobać ryby. Nasze ryby.