Radek popatrzył w kierunku niewielkiego okienka celi, przez które sączyło się rubinowe światło gasnącego dnia. Od porannego przesłuchania nie przestawał myśleć o splocie okoliczności, które doprowadziły go do tego ponurego pokoiku na komendzie Milicji Obywatelskiej w Zielonej Górze. A przecież wakacje zapowiadały się tak obiecująco! Matura poszła jak po maśle, mimo iż przygotowania do występów zabierały mu tak wiele czasu. Rodzice nieco się skrzywili na wieść o eliminacjach do Festiwalu Piosenki Radzieckiej, szczególnie ojciec, który swoje sympatie lokował raczej po stronie korowców, więc plany syna były dla niego rodzajem zniewagi.
– Nie wstyd ci?! – powiedział na wieść o festiwalu.
Doskonale jednak wiedział, jak bardzo synowi zależy na występie i ile kosztowało go nauczenie się słów piosenek po rosyjsku! Z gitarą nie było problemu – grał już od dwunastego roku życia i stanowiło to jego pasję, ale ten rosyjski! Na szkołę w tym względzie Radek nijak nie mógł liczyć, bo lekcje języka Puszkina przypominały tam zabawę w chowanego z udziałem sędziwego nauczyciela o przezwisku Bukwa. Staruszek zdawał się przysypiać już podczas sprawdzania listy, a potem na dobre przymykał oczy i snuł po rosyjsku wspomnienia, z których nikt nic nie rozumiał. W tym czasie co odważniejsi chłopcy chyłkiem wymykali się przez okno do pobliskiego parku, bo pracownia znajdowała się na parterze. Trzeba było tylko uważać, bo belfer od czasu do czasu wybudzał się ze wspomnieniowego transu i zadziwiająco trzeźwym wzrokiem wodził po klasie…
Tak więc rosyjski był problemem, ale w sukurs przyszła Radkowi matka, a ściślej mówiąc jej znajomy, który dorabiał sobie do emerytury na portierni jej zakładu. Okazało się, że uroczo zaciągający pan Jerzy, to tak naprawdę Jurij z Odessy, który, dziwnym zrządzeniem losu, po wojnie został w Polsce na dobre. Dość szybko uległ prośbom i zgodził się podszkolić chłopaka w rosyjskim. Właściwie tak naprawdę chodziło tylko o przygotowanie kilku piosenek na eliminacje. Radek wybrał „Pust wsiegda budiet sonce”, ale słysząc to, pan Jurij tylko się skrzywił.
– Wszyscy to śpiewają. Ja lubię inne, na przykład „Żulik budiet worowat”.
– Ale tego nie ma w oficjalnym śpiewniku… – nieśmiało zaoponował Radek.
– Jakim znowu śpiewniku?
– Można korzystać tylko ze zbiorków piosenek, zatwierdzonych w regulaminie – chłopak cierpliwie tłumaczył.
– Czjert! – wykrzyknął pan Jurij, bo łatwo wpadał w złość.
– Słucham?
– Cholera! Dawaj ten śpiewnik. Pasmatrim… – uciął rozmowę.
Starszy pan zaczął przerzucać strony z wyrazem coraz większej dezaprobaty. W końcu wybrał dwie piosenki.
– Te ujdą. Ale nada nauczyć cię jeszcze czegoś… – powiedział z szelmowskim błyskiem w oku.
Wreszcie rozpoczęły się te dziwaczne lekcje. Radek dobrał akordy do piosenek, a pan Jurij uczył go poprawnej wymowy rosyjskich tekstów. Chłopak nie bardzo wiedział o czym śpiewa, ale w zasadzie było mu wszystko jedno. Zresztą zakres tematyczny zatwierdzanych odgórnie śpiewników był raczej ograniczony. Po pewnym czasie nauczyciel był już potężnie znudzony i zaproponował Radkowi, że nauczy go jeszcze jednej piosenki.
– To z Odessy – powiedział tajemniczym głosem. – Junoszeskije bjezumstwa. Młodzieńcze szaleństwa… – dodał rozmarzony. Piosenka była melodyjna, żwawa i bardzo wpadająca w ucho, ale jej treść pozostawała dla chłopaka enigmą.
Nauka z panem Jurijem trwała miesiąc, potem Radek zgłosił się na przegląd w siedzibie miejscowego Towarzystwa Przyjaźni Polski-Radzieckiej i – ku swojej bezgranicznej radości – został wybrany do eliminacji wojewódzkich. Tam konkurencja była już większa, ale zdołał zająć drugie miejsce, zachwycając jury muzykalnością i, co wzbudziło jego bezgraniczne zdumienie, nienaganną wymową. Przed nim były jeszcze tylko eliminacje centralne, w których wybierano reprezentantów poszczególnych województw na zielonogórski festiwal. Na tym etapie w kąt poszły ojcowskie obiekcje i oboje rodzice mocno trzymali kciuki za występ w Radomiu, gdzie odbywały się przesłuchania. Okazało się, że zrobił furorę i jedzie na festiwal!
I w taki oto sposób pewnego słonecznego czerwcowego popołudnia wysiadł z pociągu na dworcu w Zielonej Górze. Miał trochę problemów z odnalezieniem właściwej linii autobusowej, bo hotel, który zarezerwował mu ojciec, był raczej na peryferiach, ale zarazem znajdował się całkiem blisko Parku Piastowskiego z niedawno wzniesionym amfiteatrem – miejscem konkursowych zmagań. W czasie jazdy autobusem przez miasto czuł przypływ dobrego nastroju i z radością patrzył na kolorowe ulice, przystrojone flagami, proporczykami na sznurkach i festiwalowymi plakatami przedstawiającymi wielki samowar – nagrodę główną. Co chwilę odczytywał słowa drużba i przyjaźń oraz symbole braterstwa między narodami umieszczone w witrynach sklepowych i na wielkich tablicach w różnych częściach miasta. Kiedy wreszcie dotarł do hotelu, było już późno, więc tylko zjadł przygotowaną przez matkę kanapkę i poszedł spać.
Następnego dnia zabrał gitarę i udał się na piechotę do pięknie położonego, otoczonego parkową zielenią amfiteatru, który był chlubą miasta. Tam, po przedstawieniu się i pokazaniu odpowiednich zaświadczeń, od razu wpadł w sam środek festiwalowego wiru i wraz z innymi uczestnikami rozpoczął dość nużące próby. Podczas rozmów ze swoimi konkurentami z konsternacją stwierdził, że część z nich uczęszczała do szkół muzycznych II stopnia, co zdawało się kłócić z amatorskim charakterem imprezy. Doszły go jednak słuchy, że jego własny program został przychylnie przyjęty przez kierownika artystycznego, a przysłuchująca się z widowni grupka młodych ludzi, niezwykle żywiołowo zareagowała na ten występ. Wszystko to sprawiło, że myśl o dwudniowych przesłuchaniach przepełniała go raczej optymizmem niż niepokojem.
Wieczorem, cierpliwie czekając na swoją kolej, czuł się nieco przytłoczony pełnymi rozmachu orkiestrowymi aranżacjami piosenek, ale wyczuwał, że jego skromny gitarowy akompaniament może okazać się atutem. I tak też się stało. Publiczność wysłuchała jego występu w pełnej skupienia ciszy, członkowie szacownego jury uśmiechali się z aprobatą, a potem rozległ się huragan braw, co przyprawiło Radka o zawrót głowy. Musiał trzy razy wychodzić na scenę i wielokrotnie się kłaniać. Za kulisami kilkoro z uczestników podeszło do niego z gratulacjami, a jakaś nieznajoma dziewczyna podbiegła i spontanicznie pocałowała go w policzek.
– To było cudne! – wykrzyknęła ekstatycznie.
Po powrocie do hotelu, oszołomiony chłopak długo nie mógł zasnąć. Bardzo chciał powiedzieć rodzicom o swoim występie, ale nie mieli telefonu w mieszkaniu, a zrobiło się już za późno, żeby zawracać głowę sąsiadom, którzy byli szczęśliwymi posiadaczami aparatu. Miał jednak nadzieję, że odniesie sukces i będzie mógł wystąpić w transmitowanym przez telewizję koncercie laureatów.
Drugiego dnia przesłuchań zaprezentował poruszającą balladę o żołnierskiej tułaczce i dostrzegł łzy wzruszenia nawet w oczach kierownika muzycznego i reżysera widowiska. Jak się potem okazało, ludzie byli zmęczeni podobnymi do siebie, krzykliwymi wersjami orkiestrowymi piosenek i uznali jego dyskretny gitarowy akompaniament za coś ożywczo oryginalnego. Kiedy już zaprezentowali się wszyscy uczestnicy, jury konkursu udało się na naradę, podczas której skrupulatnie zliczano przydzielone punkty i ustalano ostateczny werdykt. Zdenerwowany Radek nie mógł sobie znaleźć miejsca, wyszedł z amfiteatru i z parkingu poszedł alejką, wiodącą w głąb Lasu Piastowskiego. Festiwalowy zgiełk cichł w oddali, zastępowany przez ptasie trele i bzyczenie niezliczonej ilości owadów. Chłopak pospacerował przez jakiś czas, ale zrobiło się późno i postanowił wrócić.
Zjawił się w samą porę, bo przewodniczący jury właśnie odczytywał werdykt. Chwila napięcia i już wiedział, że żaden z samowarów nie trafi w jego ręce. Nagrodzone zostały poprawne, ale konwencjonalne wykonania. Chwilę później jednak usłyszał:
– A nagrodę publiczności otrzymuje pan Radosław Zalewski!
Rozległy się gromkie brawa, które nie cichły przez dłuższy czas. Chłopak miał wrażenie, że owacja na jego cześć była najdłuższa i najbardziej żywiołowa. Więc jednak wystąpi w telewizji, która będzie transmitowała koncert laureatów! Postanowił, że następnego dnia z samego rana pobiegnie na pocztę i wyśle rodzicom telegram. Wiedział, że matka boi się ich, bo w jej mniemaniu nigdy nie przynosiły nic dobrego, ale był pewien, że rodzice od razu odgadną, o co chodzi.
Kolejny wieczór miał się stać wielkim tryumfem Radka, ale i dramatem, który zmienił koleje jego życia. Występ laureatów okazał się widowiskiem telewizyjnym, przygotowanym z niespotykanym wcześniej rozmachem. Wszędzie wiły się kable, przypominające stada węży, przed sceną ustawiono masywne kamery, a silne reflektory raziły jak miniaturowe słońca. Na widowni pojawiły się szacowne persony: zasiadł tam minister kultury i sztuki, wiceminister, kierownik Wydziału Kultury KC PZPR oraz liczni goście ze Związku Radzieckiego na czele z ambasadorem ZSRR w towarzystwie dyrektora Domu Kultury Radzieckiej w Warszawie. Byli tam również radzieccy pisarze i krytycy literaccy zaproszeni na towarzyszące festiwalowi Dni Literatury Radzieckiej.
Radek wreszcie usłyszał swoje nazwisko, energicznym krokiem wszedł na scenę, zmrużył oczy i już miał zacząć powtórkę konkursowej piosenki, kiedy jakiś wewnętrzny impuls nakazał mu dokonać repertuarowej zmiany. Zamiast znanej już publiczności ballady o żołnierskiej tułaczce postanowił zaśpiewać ową wpadającą w ucho odeską piosenkę, której nauczył go pan Jurij. Zaczął ze swadą, słowa płynęły wartkim strumieniem, a po chwili publiczność już klaskała w żwawym rytmie. Nagle dostrzegł jakieś niepokojące poruszenie na widowni. Rosyjski ambasador zaczął wymachiwać rękami, potem osunął się ze swojego miejsca na podłogę. Natychmiast podskoczył do niego przewodniczący jury i minister kultury. Siedzący w pierwszym rzędzie radzieccy dygnitarze i luminarze kultury, wstali z miejsc i rozglądali się zaniepokojeni. Kątem oka Radek dostrzegł obecność milicjantów przy wejściu na scenę. Z dużym wysiłkiem dokończył swoją piosenkę i zdenerwowany nie zwracał już uwagi na owację, jaką zgotowała mu publiczność. Sztywnym krokiem poszedł za kulisy, gdzie już czekali na niego dwaj funkcjonariusze.
– Proszę z nami! – usłyszał słowa jednego z nich, wypowiedziane twardym, beznamiętnym głosem. Drugi błyskawicznie skuł mu ręce kajdankami.
Wyprowadzili go tylnym wejściem, przy którym czekała milicyjna nysa z włączonym silnikiem. Auto ruszyło ostro i już po kilkunastu minutach znaleźli się przed ponurym gmachem komendy milicji. Radek został wprowadzony do niewielkiego pokoiku, gdzie za biurkiem siedział mężczyzna w nieokreślonym wieku bez dystynkcji na mundurze. Patrzył na chłopaka zimnymi, wypłowiałymi oczami. Rysy miał, jakby wykute w szarym kamieniu.
– Kto ci kazał zaśpiewać tę obsceniczną piosenkę? – zapytał bez żadnego wstępu. – Ojciec? Jacyś jego znajomi? Spotykałeś się z nimi?
– Proszę pana, nie wiem, o co chodzi…
– Niezła prowokacja. Na całą Polskę…Takie wulgaryzmy na festiwalu! Jesteś skończony, gówniarzu. Towarzysze radzieccy już wystosowali notę protestacyjną. Powtarzam: kto ci kazał to paskudztwo zaśpiewać?
– Nikt.
– Dobra!
Mężczyzna sięgnął po słuchawkę stojącego na biurku telefonu.
– Odprowadźcie go – rzucił.
Po chwili do pokoiku weszło dwóch milicjantów i zabrali Radka do ciasnej celi z małym okienkiem. Było już bardzo późno i w końcu położył się na twardej pryczy. W głowie jeszcze przez jakiś czas kłębiły mu się obrazy z ostatnich dni: przystrojone ulice, otoczony zielenią amfiteatr, festiwalowa gorączka, występy, ostre światło reflektorów…
Zasypiając, przypomniał sobie na moment szelmowski błysk w oku pana Jurija.