+48 736-84-84-44

Bo ja lubię drobno posiekane

– Mniejsze kawałki, bo ja lubię drobno posiekane! – powiedziała pani Teodora, stojąc za plecami uczennicy i przechylając swoje obfite ciało w kierunku roboczego blatu.

Na widok przygotowywanej małymi rączkami sałatki warzywnej, pociekło jej z ust tyle śliny, że musiała dyskretnie wytrzeć mięsiste wargi rękawem bluzki. Wspomniane wargi zdawały się jakby stworzone do dostarczania i dawania przyjemności – były grube, zmysłowe i zawsze lekko wilgotne. Jednak mimo swoich naturalnych walorów, nie doświadczyły nigdy dotyku innych ust. Słonawy smak powierzchni skóry też był im obcy. Ponieważ jednak, jak wiadomo, przyroda nie znosi próżni, znalazł się w życiu pani Teodory erzac, całkowicie zaspakajający jej potrzeby natury sensualnej. Spożywanie pokarmów zamieniła w odpowiedniki: flirtów, potajemnych schadzek, namiętnych romansów i długoletnich związków. Co więcej, nie chcąc rezygnować z profesji nauczycielskiej, przekwalifikowała się z nauczania początkowego na zajęcia techniczne i zawsze obstawała przy grupach dziewczęcych. Elementy programu nauczania związane z przygotowaniem potraw zostały przez nią rozdęte do tak groteskowych rozmiarów, że na prośbę rady rodziców zainteresował się tym dyrektor szkoły, ale po zakrapianym obiedzie w sali ZPT dał sobie spokój. Co więcej, dofinansował kącik kulinarny pani Teodory, który przypominał już wnętrze kuchni dobrej restauracji. Z czasem pracownicy szkoły i uczniowie przyzwyczaili się do smakowitych aromatów, wydobywających się z sali pani Teodory.

Uczennica wymieszała składniki sałatki i dodała majonezu. Inna dziewczynka z trudem postawiła swoją miskę na biurku nauczycielki. Pani Teodora zawsze wymagała składników w dużych ilościach, więc dzieci przynosiły na zajęcia kilogramy marchwi, porów, siaty ziemniaków, duże słoje majonezu i pęta serdelków, choć te ostatnie niezmiennie wywoływały, podszytą zdumieniem irytację rodziców, bo przecież ugotować kiełbasę umie każdy.

Pani Teodora nałożyła sobie na talerz pokaźny kopiec i nieskończenie powolnym ruchem włożyła łyżkę sałatki do ust. Drapieżne wargi zacisnęły się z rozkoszą. Nauczycielka przymknęła oczy. Trwała w bezruchu przez chwilę, potem skosztowała sałatki po raz drugi. Potem kolejny, i jeszcze jeden…

– Czwórka – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Tylko czwórka? – jęknęła dziewczynka.

– Dziecko, musisz się jeszcze dużo nauczyć.

– Ale ja mam w tornistrze polędwicę sopocką.

Nauczycielka przybrała obojętny wyraz twarzy.

– Ile?

– Mama dała ćwierć kilograma.

– To szału nie ma. Dawaj.

Dziecko wyciągnęło zawiniątko. Pani Teodora rozwinęła papier i powąchała.

– Cztery z plusem.

– Dziękuję. 

            Na pięć minut przed dzwonkiem nauczycielka klasnęła w dłonie. Wszystkie dziewczynki karnie uniosły głowy.

– W przyszłym tygodniu będziemy gotować obiad, nauczę was od razu kilku dań, więc zanotujcie sobie, co trzeba przynieść. Wiktoria – ziemniaki, pięć kilogramów, Mariola – żeberka, dwa kilogramy, Zuzia – udziec indyka, też dwa kilo. Ania – schab bez kości. Renata – pierś z kurczaka…

            Dziewczynki skrzętnie notowały w dzienniczkach i niektóre z nich już z lękiem myślały o reakcjach swoich matek na nowe wymysły pani Teodory. Zawsze na początku roku szkolnego zaczynało się niewinnie, ale z miesiąca na miesiąc żarłoczna nauczycielka dopominała się coraz większych ilości pokarmu. W marcu Zuzia przypadkowo weszła do wygrodzonego szafkami gabinetu pani Teodory i oniemiała ze zdziwienia. Starsza pani zgromadziła przed sobą talerze z przygotowanymi przez uczniów potrawami i łapczywie pożerała wszystko po kolei. Tłuszcz ciekł jej po brodzie, buraki rozmazały się wokół ust, upodabniając ją do postaci z horroru najniższej kategorii… Nauczycielka popatrzyła na dziewczynkę złym wzrokiem i ryknęła:

– I czego się gapisz? Zjeżdżaj stąd!

            Jak można się było spodziewać, matki nie były zachwycone perspektywą dodatkowych zakupów w stoiskach mięsnych, ale dla dobra córek nabyły wszystkie wymagane produkty. Na następnych lekcjach techniki zajęte były wszystkie palniki, a pracownię ZPT spowijały cudowne wonie duszonych żeberek, gęstego gulaszu z indyczego udźca i piersi kurczaka smażonej w złocistej panierce. Oczy pani Teodory błyszczały nienaturalnie, na żółtawych zwykle policzkach wykwitły kwiaty rumieńców. Co chwilę musiała ocierać usta, specjalnie przyniesioną w tym celu chustką. W końcu nie wytrzymała i rzuciła się do gara z gulaszem. Pożarła kilka łyżek i mruknęła:

– Tu chyba będzie szóstka.

Dziewczynka pokraśniała z zachwytu i też zanurzyła łyżkę w aromatycznym sosie. Nagle rozległ się przerażający wrzask nauczycielki:

– Nieee! Gulasz jest dla mnie! Ani mi się waż!

Brutalnym gestem odtrąciła rączkę dziewczynki. Łyżka z brzękiem upadła na podłogę.

– Jedzenie jest moje – powiedziała już spokojniejszym tonem.

            Mimo tego przykrego incydentu wszystkie uczennice dostały piątki plus i szóstki, ale naturalnie nie mogły skosztować przygotowanych przez siebie dań. Po dzwonku pani Teodora bezceremonialnie wyprosiła je z sali i przeniosła talerze do swojego gabinetu, gdzie w dwadzieścia minut wszystko pożarła. Potem miała okienko, więc ułożyła się wygodnie na polówce, którą rozkładała od czasu do czasu i zapadła w głęboki sen.

            Kres pedagogicznej kariery pani Teodory nadszedł wraz z jej opowieściami o świeżonce. Wszystko zaczęło się gdzieś na początku maja. Przed częścią praktyczną zajęć oddawała się coraz dłuższym dywagacjom, dotyczącym tej potrawy ze świeżo ubitej świni. Sugestywnie opisywała jeszcze ciepłe mięso, czasem dorzucając detale związane z pozbawianiem życia wieprzka. Niektóre dziewczynki bladły i zdarzyły się nawet dwa przypadki bezgłośnego osunięcia się dzieci pod ławki. W obu przypadkach zachodziła konieczność użycia soli trzeźwiących aplikowanych przez szkolną pielęgniarkę. Po przykrych incydentach pani Teodora nieco się miarkowała i zaczynała opisywać procedurę przygotowania świeżonki – mycie mięsa, osuszanie, podsmażanie pokrojonej w kosteczkę słoniny, dodawanie cebuli i czosnku… W ferworze opowiadania często sięgała do kieszonki po chustkę w celu wytarcia sączącej się z ust śliny. Czasem całkiem się zapominała i strużki saliwy ciekły aż w dziedzinę jej obfitego biustu.

            Dramat wydarzył się w poniedziałek po majowych świętach podczas posiedzenia zespołu wychowawczego. Nauczyciele jak zwykle ględzili, dyrektor w sposób odrażający wywierał presję na wychowawców, którzy za sprawą jakiegoś cudu błyskawicznie przypominali sobie zasługi chuliganów i pospiesznie notowali pochwały w tak zwanych zeszytach spostrzeżeń. Nagle chwilową ciszę przeszył głośny kwik. Wszyscy podbiegli do okien. Jakiś mężczyzna w gumofilcach ciągnął w kierunku szkoły świnię na powrozie. Zwierzę darło się wniebogłosy i co chwilę przystawało, jakby zdawało sobie sprawę, w jakie miejsce jest zaciągane. Po pewnym czasie kwiczenie dochodziło już z parteru budynku i stawało się coraz bardziej przytłumione, jakby świnię odgradzało od słuchających coraz więcej ścian.

– A gdzie jest Todzia? – ktoś zapytał.

Po chwili wszyscy uczestnicy spotkania gnali schodami do sutereny, gdzie mieściły się pracownie ZPT. Dyrektor jednym szarpnięciem otworzył drzwi. Podłoga już spływała krwią. U stóp pani Teodory leżała świnia z poderżniętym gardłem. Jej martwe oko zdawało się ze zdziwieniem obserwować grupę dyszących ludzi. W kącie pracowni kulił się mały człowieczek w gumofilcach z powrozem w ręku.

– Za świnię obiecała córce szóstkę na koniec roku – powiedział słabym głosem.

Przejdź do treści