+48 736-84-84-44

Do wszystkich

Chandra pojawiła się koło południa. Przyszła niepostrzeżenie, nasunęła się jak ciemna chmura, wlokąca za sobą chłód i wilgoć. Chłodu miał dosyć i bez tego. Zdawało mu się, że wszystko i wszyscy wokół niego emanują zimnem. Powierzchnie dotykanych mebli były lodowate, talerze natychmiast schładzały wrzące zupy i parującą kaszę, pościel sprawiała wrażenie wniesionej wprost z mrozu. Chłodne były też spojrzenia ludzi, o ile w ogóle ktoś skierował wzrok w jego stronę. Słowo rodzina stało się tylko hasłem w słowniku, wybierane numery najbliższych po trzech długich sygnałach zaczynały drwić miarowym pikaniem. Z czasem słuchawka telefonu popadła w stupor i na stałe przylgnęła do aparatu.

Do tego teraz ta potężna chandra. Wykrystalizowała się z roztworu smutku, który gęstniał z dnia na dzień. W końcu stężenie niedoli stało się tak duże, że wytrąciły się czarne kryształy… Bał się ich, nie nawlekał na nitki, bo takie korale często niebezpiecznie zaciskały się na szyi. Smutek należało rozcieńczać ginem, ale ostatnio i to nie skutkowało. Jego samotność stała się definicją samotności, wzorcem z Sevres. Bezsilnie przeglądał wpisy w swojej komórkowej książce telefonicznej. Unikał rejestru rozmów, bo daty ostatnich werbalnych kontaktów ze światem były jak przygniatające głazy. Na tym etapie stało się zupełnie jasne, że ludzie wymazali go ze swojej pamięci i w najlepszym razie pozostał zapomnianą pozycją w ich spisach numerów. Z czasem usuną to, nic już niemówiące nazwisko i cisza stanie się wzorcowa…

Mimo wszystko nie potrafił tego zrozumieć. W poprzedniej pracy uchodził za człowieka jowialnego i towarzyskiego, choć jego dar obserwacji wydawał się niektórym koleżankom i kolegom czymś niebezpiecznym, czymś, czego za wszelką cenę należało unikać. Niektóre osoby wolały dyskretnie usunąć się na widok jego roziskrzonych oczu i tym samym zejść z linii strzału. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że te szerokie uśmiechy i dowcipkowanie maskują poranioną istotę, krwawiącą z licznych ran. Jego awans na koordynatora zespołu do spraw ewaluacji wewnętrznej tylko pogorszył sprawę. Nieżyczliwi zaczęli go omijać jeszcze szerszym łukiem, inni przymilali się w najbardziej odrażający sposób. Przed zebraniem, w sprawie ocen z zachowania, pewna zacna skądinąd niewiasta przesiadła się na jego widok.

– Czyżbym wydzielał nieprzyjemny zapach? – zapytał wprost.

– Ależ skąd!

Po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że widząc go, ludzie milkli, rozmawiający natychmiast pierzchali jak spiskowcy na widok policyjnego szpiega. Znajomi nagle przypominali sobie o niecierpiących zwłoki sprawach i sztywnym krokiem oddalali się, unikając jego wzroku.

            Jakoś wytrzymał do zakończenia roku szkolnego, a potem aż do ostatniej rady zamykał się w swojej pracowni i słuchał Schuberta z komórki. Był już kimś obcym, istotą naznaczoną wypowiedzeniem jak stygmatem. Jednak dostrzegał też zalety tej sytuacji. Na przykład klasyfikacja końcowa jak nigdy wydała mu się procedurą bezstresową, a nawet w pewnych aspektach przyjemną. W większości przypadków wystawił bezwstydnie wysokie oceny, niektóre z nich były wręcz perwersyjnie nieadekwatne do rzeczywistego stanu wiedzy. Jeden ruch długopisem i wszyscy, absolutnie wszyscy, byli szczęśliwi tym chwilowym szczęściem, jakie czasem staje się udziałem istot żywych. Chwilowym, bo inne nie istnieje. Gdyby naraz stało się czymś trwałym i powszechnym, świat szybko by się rozpadł.

            Najbardziej dziwiła go wprost ostentacyjna oziębłość  k o l e ż a n k i, z którą od zawsze miał szczególne relacje, nacechowane wzajemnym zrozumieniem i szczerym szacunkiem. Znajomości tej towarzyszył lekki, trudny do zdefiniowania podtekst o zabarwieniu erotycznym. Zdawało mu się, że nadawali na tych samych falach – muzyka, literatura, teatr… Odwiedzał ją czasem w tym przesadnie schludnym mieszkanku, gdzie smutek kulił się po kątach i czekał, aż intruz sobie pójdzie. Niemal z dnia na dzień wszystko to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie i przyjaźń zamieniła się w ruinę przyjaźni. Jak rasowy masochista przypominał sobie wspólne wycieczki, całonocne dyżury na korytarzach schronisk młodzieżowych i smak jej wybornej szarlotki. Ruiny…

            Po obiedzie zrobił sobie pierwszego drinka, który niestety podziałał jak katalizator procesów pamięciowych. Powróciły stare dobre czasy wycieczek nauczycielskich. We Florencji za wszelką cenę chciał kupić tonik do przywiezionego z Polski ginu. Wypatrzył ukryty przed turystami sklepik spożywczy i na moment odłączył się od pełzającej lichy wycieczkowiczów. Musiał chwilę postać w kolejce i po wyjściu ze sklepu nie zobaczył już swojej grupy. Zdenerwowany podbiegł w górę ulicy i z ulgą dostrzegł idiotyczną zieloną łapkę na kiju, którą ich przewodnik niósł w górze. Jednak okazała się skuteczna. Wycieczkowicze chcieli go rozszarpać na widok zakupionych po rozsądnych cenach napojów. Wieczorem zaprosił  k o l e ż a n k ę  do swojego rozkosznie klimatyzowanego pokoju, który pozostawał jego tajemnicą. Z pewnością dostał go za sprawą jakiejś pomyłki, bo status singla nie uprawniał go do takiego metrażu, a tym bardziej do arktycznej klimatyzacji. Gadali chyba do północy, poziom ginu w hipnotycznie zielonej butelce niebezpiecznie się obniżył i przy pożegnaniu tylko drobny gest zadecydował o tym, że nie została na noc. Ruiny…

            Zrobił sobie kolejnego drinka i ze zdziwieniem stwierdził, że bloki po drugiej stronie nasypu kolejowego otworzyły rozświetlone oczy. Kiedyś patrząc w mrok wyobrażał sobie, że jasne okna mieszkań układają się w kształty liter, próbował odczytywać sekretne sygnały, wysyłane z wieczności… Bredzę – pomyślał i dolał ginu do resztki na dnie szklanki. Za wszelką cenę chciał rozproszyć chmurę przygnębienia, która bezlitośnie oplatała go toksycznymi waporami. Powodowany ostateczną rozpaczą włączył komputer, usiłując znaleźć ukojenie w którejś ze swoich nowelek. Błąd! Zdał sobie z tego sprawę, przeczytawszy kilka pierwszych linijek… Obrazy górskiej idylli sprzed trzydziestu lat były nie do zniesienia. Roziskrzony strumień, w wodzie po kolana dziewczyna z rozpuszczonymi ciemnymi włosami, jej gładka skóra pokryta kropelkami wody, plamy słońca na ściółce… Ruiny…

            Nagle podjął decyzję. Cóż miał do stracenia?! Napisze im wszystkim, całej tej bandzie niewdzięczników i nieudaczników, co o nich myśli. Teraz był wolnym człowiekiem, nie zależało mu… I co z tego, że jutro zaleje go fala nieprzychylnych komentarzy i głosów oburzenia?! Nie miał zamiaru przed nikim się tłumaczyć. Niech sobie psioczą, wydzwaniają, zapychają skrzynkę obelgami… Musi im wszystkim wygarnąć.

            Poszedł do kuchni, otworzył lodówkę i z zamrażalnika wyciągnął opróżnioną do połowy zielona butelkę. Nalał pół szklanki gęstniejącego ginu i dopełnił tonikiem. Na tym etapie nie bawił się w dodawanie lodu. I tak sponiewiera… Dziś odwołał wszystkich uczniów, więc nic nie powstrzymywało go od wypicia połowy zawartości szklanki jednym haustem. In one gulp – pomyślał automatycznie, jakby prowadził lekcję.  Dreszcz wstrząsnął każdym mitochondrium jego ciała. Sięgnął po telefon i zaczął pisać wiadomość:

Podły motłochu… Tak, ty też… Rzygać mi się chcę, kiedy o was myślę… Jesteście pomyłką materii, gardzę wami…  Po godzinie ocknął się, spojrzał na wiadomość nieprzytomnym wzrokiem i z menu wybrał opcję: Wyślij do wszystkich. Nacisnął zielony przycisk i głowa z powrotem opadła mu na blat stołu.

            Obudził się po jedenastej i z niedowierzaniem spojrzał na zegar. Potem sięgnął po telefon i z pewnym wahaniem go odblokował. Spodziewał się komunikatu w rodzaju: Masz 14 wiadomości. Ekranik pokazywał tylko godzinę. Nikt nie próbował się z nim skontaktować, a przecież wysłał swój bezsilny wrzask do 47 osób…

Przejdź do treści