+48 736-84-84-44

Cisza na górze

Wieczorem podjechałem pod ich dom i z ociąganiem otworzyłem bramkę. Postanowiłem udawać, że nic nie wiem o diagnozie. Pukam. Otwiera matka. Oczy podpuchnięte, ucieka wzrokiem. Woła nienaturalnie głośno:

– Już chodź! Pan Tomek przyjechał.

– Idę! – słyszę głos, którego się nie spodziewałem, bo dziś miałem mieć lekcję tylko z jego młodszą siostrą. Jakie to szczęście, że w ostatniej chwili wrzuciłem do torby jakieś gimnazjalne testy, unikając w ten sposób zdekonspirowania i jego pełnego wyrzutu spojrzenia.

Chwila napięcia. Tężeję. Chłopak wchodzi zupełnie zwyczajnie. Siadamy. Przez chwilę zdaje mi się, że jest jak dawniej, ale przecież wcale nie jest. Napięcie. Wsłuchuję się w jego głos, łowię uchem wszelkie oznaki choroby. Karcę się za to w myślach. Rzeczywiście – mówi przez nos, jakby miał silny katar. Już od dłuższego czasu zwracałem na to uwagę, ale kto by się przejmował katarem… Twarz lekko opuchnięta, oko przekrwione.

– Będziemy mieli przerwę od szkoły, bo czeka go  z a b i e g… – mówi matka.

– Załatwili mi nauczanie indywidualne.

Zalega nabrzmiała pytaniami cisza. Pokój zdaje się zbyt mały, żeby ją pomieścić. Kot bezszelestnie podchodzi do krzesła i delikatnie dotyka mojej ręki. Jest stary i łasy na pieszczoty. Na szczęście on jeden niczego nie rozumie. A może wyczuwa, ale nie daje po sobie poznać? Koty są w tym dobre.

– Ostatnio dostał trójkę, ale jest możliwość poprawienia unitu trzeciego.

W głosie matki słyszę wyraźny fałsz i desperację. Za wszelką cenę stara się przekonać wszystkich obecnych, a w szczególności siebie, że to, co się dzieje, jest jedynie drobną niedogodnością, która przecież nie może w istotny sposób, zakłócić procesu kształcenia jej syna.

Otwieram podręcznik, a tam… lekcja o chorobach, szpitalu. Wyrazy w rodzaju suffering, cancer, transplant, in pain… Patrzę na tekst z głupią miną, nie jestem w stanie zacząć. W pewnej chwili już nie mogę tego znieść.

– Słuchaj – mówię. – Wiem, że teraz ten temat nie jest dla ciebie szczególnie atrakcyjny, więc może pouczymy się gramatyki?

– Nie jestem chory. Mam nowotwór – odpowiada.

Jestem zaszokowany tymi dwoma krótkimi zdaniami. Przecież wiedziałem o tym od czwartku, ale ten najprostszy albo najbardziej skomplikowany sposób racjonalizacji koszmaru, przyprawia mnie o zawrót głowy. 

– Będę miał dwie operacje, potem chemioterapię albo … – waha się.

– Radioterapię? – podpowiadam.

– Właśnie.

Bariera zostaje przełamana i lekcja rusza z kopyta. Śmiejemy się, dowcipkujemy, teatrzyk działa w najlepsze. Nawet nie wiem, kiedy zleciało pięćdziesiąt minut. Idzie do siebie na górę. Zawsze grał na akordeonie, domem wstrząsały kaskady dźwięków, meandryczne melodie pięły się po ścianach jak bluszcz… Teraz ta przerażająca cisza upodabnia się do ziejącej zimnem jamy.

Schodzi siostra. Konwencjonalne ćwiczenia, trochę słuchania. Dziwne to wszystko, jakbym oglądał coś przez grubą szybę. Mieszkający w tym domu ludzie, zamienili się w kukiełki. Jowialny ojciec pewnie zaszył się w jakimś odległym pomieszczeniu. Żegnam się z matką.

– Nie wiem, czy następnym razem się spotkacie….  Milknie. Potem wybucha:

– Przez pół roku jeździłam do pediatrów i nikt tego nie zdiagnozował, a przecież smarkał  krwią… i to oko.

Nagle widzę, że chłopak stoi za jej plecami. Musiał zejść na palcach i od jakiegoś czasu przysłuchiwał się naszej rozmowie.

– Zapamiętałem! – mówi triumfalnie – K141!

Zaabsorbowany całą tą sytuacją z początku nie wiem, o co mu chodzi. Potem nagłe olśnienie – przecież ostatnim razem polecałem mu sonatę K141 Scarlattiego! Tamta lekcja w ogóle była dziwna. Pamiętam, że w pewnej chwili odsunąłem podręczniki i włączyłem muzykę. Zaczęliśmy rozmowę o literaturze, kompozytorach i podróżach. Pokazałem mu zdjęcia z Rumunii. Teraz wszystkie te drobne wydarzenia urastają do rangi symboli. Uświadamiam sobie, że już od dłuższego czasu uważał szkołę za stratę czasu i zachowywał się jak dziki faun, bożek leśny z opowiadania Sakiego – leniwy, beztroski i bezkarny. Liczyła się tylko muzyka, którą czcił i wielbił. Jakby trzeba było szybko zmieścić dużo wrażeń…

– Znajdź nagranie Marty Argerich. Jest niesamowite!

Żegnam się i idę w kierunku furtki. Otwieram i na moment zerkam za siebie. Chłopak stoi w drzwiach, widzę tylko jego ciemną sylwetkę na tle rozświetlonego przedpokoju.

Przejdź do treści