+48 736-84-84-44

Matylda Bielicka nie krzyczała podczas porodu

Rok dwutysięczny był przełomowy. Nie padły komputery; ale pies proboszcza, a potem proboszcz. Jadwiga Borkowska, dyrektorka podstawówki, przeszła na emeryturę, a w Matki Boskiej Zielnej ktoś wybił okno w remizie. To było okno z witrażem świętego Floriana. Czerwiec był tylko początkiem końca. Potem wreszcie zaczął się lipiec.

     Matylda Bielicka stała się zowitką na kilka miesięcy przed porodem. Wieść o ciąży rozeszła się nieco za szybko. Panna z dzieckiem i chop z trądem, to kary od Pōnbōczka za nieposłuszność ojców. Mówiło się tak, wychodząc z niedzielnej Mszy.

            Matylda miała w szkole same piątki, obiady w stołówce zjadała do końca i nigdy nie prosiła o dokładkę. Czasem tylko skarżyła się, że cisną ją buty, ale nie miała starszego rodzeństwa, po którym dostałaby większą parę. Poza tym nie było z dziewczyną problemów. Długie włosy plotła w warkocz, a grubą grzywkę pryskała lakierem. Okrągłe oczy podkreślała niebieską kredką, a na usta nakładała perłowy błyszczyk. Tylko nie za dużo, by nie wyglądać zbyt dyskotekowo. Wikary Machnicki powiedział kiedyś, że ma maryjną urodę i temperament, dlatego od końca podstawówki do klasy maturalnej grała Maryję w Jasełkach.

*

    Jeśli ktoś się całuje pod schodami szkoły, to musi mieć ku temu prawdziwy powód. Albo bardzo się zakochał, albo przegrał zakład. Mateusz Pawlicki nigdy z nikim się nie całował. Koledzy mówili, że usta dziewczyn są lepkie i miękkie, a czasem smakują truskawką. Mateusz Pawlicki lubił truskawki. Jadwiga Borkowska udawała, że nie widzi, gdy dzieciaki zlepiają swoje wargi w nieporadnym całusie, tylko odchrząkiwała głośniej, wchodząc po schodach. Dyrektorka w ogóle znała się na życiu. Nauczycielom nie robiła problemów z powodu L4, z rodzicami żyła w zgodzie, a dzieciom proponowała filmowe lekcje, zamiast zajęć z biologii.

            Panna cnotliwa i spolegliwa –  mówiła na zajęciach z wychowania do życia w rodzinie. Nikt nie rozumiał o co jej chodzi, ale Borkowska żyła w dobrych relacjach z księdzem i pozowała do zdjęć na parafialnym odpuście.

            Kiedy w maju proboszcz Drzewiecki zmarł, gospodyni zadzwoniła do biskupa, wójta i dyrektor Borkowskiej. Dopiero potem dała znać matce proboszcza, dwóm siostrom i kolejnym trzem siostrom, ale zakonnym. Pogrzeb transmitowała lokalna telewizja, a dyrektorka nosiła się na czarno, aż do końca roku szkolnego. Pod koniec czerwca grono pedagogiczne zorganizowało uroczyste pożegnanie dyrektorki, na którym Borkowska pojawiła się w cekinowej sukni do ziemi. Kamyczki mieniły się w odcieniach oranżu, fuksji i turkusu. Nalana blondynka nie wyglądała w kreacji najlepiej, ale w końcu to było jej święto, mogła ubrać co chciała.

            Na Mszy czytaniem zajął się wuefista, psalm odśpiewała sekretarka, chłopcy służyli jako ministranci, a dziewczynki śpiewały w scholi. Po Komunii cała szkoła udała się na cmentarz, by zmówić paciorek w intencji zmarłego proboszcza Drzewieckiego i jego psa. Po modłach dzieci rozeszły się do domów, a dyrektorka, nauczyciele, trzy sprzątaczki i konserwator udali się do remizy na imprezę. Borkowska na odchodne dostała stacjonarny rower, zestaw patelni i karnet do solarium. O północy przyjechał dzielnicowy[1] i odwiózł wuefistę do domu, bo ten leżał już pod stołem.

*

Pies proboszcza był kundlem, ale z wilczurzym sznytem. Ludzie na wsi gadają, że ksiądz dostał psa od wójta sąsiedniej gminy. Zadbany był, zjadał miskę ryżu i trzy filety z kurczaka na dzień. Udomowiła go gosposia, Cecylka Machońska i odtąd pies jadł człowiecze jedzenie. Wszystko wygadał Mateusz Pawlicki, w którąś środę, po kolacji na probostwie. Ksiądz Drzewiecki miał taką tradycję, że zapraszał ministrantów w środy na kolację. Tylko dwóch chłopców i maksymalnie trzy razy. Takie miał zasady. Pawlicki chadzał tam nieco częściej, czasami sam. Drzewiecki miał taki zwyczaj, by pytać o rówieśników, zdradzać kto zostanie animatorem na scholi i kto nie zasługuje na zaproszenie na obiad. Wymieniał z nazwiska, ale w tajemnicy i w dobrej wierze. Mateusz ostatni raz pojawił się na farze w kwietniu, jakoś przed Wielkanocą. Rozmawiali długo i chłopak otrzymał od księdza brewiarz. Drzewiecki wiedział, że nie zostało mu dużo czasu i chciał przekazać Mateuszowi, że nadał list do kurii i biskup wie, że ministrant za kilka lat zacznie naukę w seminarium. Strasznie się wtedy pokłócili i do śmierci proboszcza już nigdy nie rozmawiali.

*

Wuefista tylko raz przyszedł do szkoły pod wpływem, ale dlatego, że córka mu się urodziła i normalnie popił, jak się to chłopom zdarza. Zrobiła się chryja, bo zasnął na ławce w parku za cmentarzem i dzieciaki go widziały. Wuefista Wawszczycki nie był ani agresywny, ani wybuchowy. Pił jak każdy, ale nigdy żony nie pobił, a dzieciakom czasem nawet po lizaku przyniósł. Uczniowie go lubili, bo zdarzało mu się nie przyjść na lekcje i mogli wtedy wlewać kisiel do ubikacji.

            Raz nawet Mateusz Pawlicki z Tomkiem Widawką zerwali się z wf-u i wrzucili petardę do kibla. Huk był taki, że Jadwiga Borkowska zaczęła się drzeć i wezwała policję. Wypadła ze swojego gabinetu z proboszczem Machnickim. Miała rozpiętą koszulę. Ksiądz groził, że wyrzuci Mateusza  i Tomka z ministrantów, ale tydzień później porozmawiali na farze, gdzie Pawlicki obiecał, że już więcej tak nie zrobi, że samo wpadło i samo eksplodowało.

            W Matki Boskiej Zielnej kobiety szły na Mszę przed szóstą rano i zobaczyły, że witraż ze świętym Florkiem w remizie jest rozbity. Zaczęły lamentować i pobiegły na farę powiedzieć, że to klątwa, i że na wsi coś się złego stanie. W krzakach przed strażą leżał Wawszczycki. Miał rozciętą dłoń, a twarz w kolorze krwi. Z przepicia. We wrześniu nie wrócił już do szkoły, choć uczniowie bardzo żałowali. Czasem przecież przynosił dzieciom lizaki.

*

            Matylda Bielicka strasznie płakała przy porodzie, ale w ogóle nie krzyczała. Położne mówiły, że to ze wstydu, że rodzi za panny. Miały rację. Matylda marzyła, by urodzić gdzieś, gdzie nikt jej nie zna. Mały Józio urodził się trzynastego lipca i choć nikt we wsi nie był przesądny, to mówiono, że to pechowe dziecko. Józio Pawlicki zamieszkał u Bielickich, a jego ojciec, Mateusz Pawlicki odwiedził go może ze dwa razy. Gosposia zmarłego proboszcza, Cecylka Machońska mówiła Pawlińskiemu, że matka powinna dziecko wychowywać, a ojciec wspierać słowem. Podjął wtedy Pawliński decyzję, że zgodnie z wolą księdza Drzewieckiego pójdzie do seminarium. Kilka lat później wyprawiono we wsi huczne prymicje. Czytanie odprawił wfista, psalm zaśpiewał Tomek Widawka, a bigosu nagotowała Cecylka Machońska. Brakowało tylko dyrektorki Borkowskiej, księdza Drzewieckiego i Matyldy Bielickiej z Józiem. Na wsi mówili, że ktoś z kurii przyjechał do niej i zabrał do Niemiec.

 

 

Przejdź do treści