Choć nieczęsto się o tym wspomina (chyba za sprawą utrwalonego mitu bohaterstwa niezłomnego), to jednak wielu ludzi i wiele rodzin wychodziło z wojny z traumami, przetrąceniami, złamani, poturbowani psychicznie i fizycznie. Nie inaczej było z tą rodziną, nad którą jednak widmo śmierci i nieszczęścia krążyło jakby częściej. Spójrzmy na klan rodzinny i zawodowy.
Munk sam mówił, że należy do pokolenia ludzi przegranych, którym życie naznaczone wojną niosło pasmo: rozczarowań, zawodów i odroczeń.
Reżyser Andrzej Munk urodził się 16.X.1921 r. w Krakowie, jako najmłodsze dziecko Antoniny i Ludwika Munków, miał dwie starsze siostry: Krystynę i Halinę. ,,Pięcioosobowa rodzina Munków mieszkała przed wojną w śródmieściu Krakowa przy ulicy Dunajewskiego 9. Andrzej uczył się w VIII Państwowym Gimnazjum i Liceum Matematyczno-Przyrodniczym im. Augusta Witkowskiego”[1]. Była to zamożna, inteligencka rodzina, w której dużo się czytało, słuchało muzyki poważnej, kolekcjonowało płyty, chodziło do teatru oraz uprawiało sporty (zarówno letnie jak i zimowe). Wszystkie dzieci państwa Munków przejawiały również zdolności artystyczne.
Rodzina zamieszkiwała ,,w ogromnej kamienicy Fraenklów, stojącej do dziś”[2].

Ojciec
Ludwik Munk urodził się jako najmłodsze dziecko z siedmiorga rodzeństwa w zasymilowanej żydowskiej rodzinie Majera Munka i Reginy (Rebeki) Radelmesser. Miał cztery siostry: Gizelę (ur.1867), Dorotę (ur.1869), Helenę (ur.1876) i Leonorę (ur.1883) oraz dwóch braci: Juliusza (1879-1881) i Sigmunda (ur.1872).
Aż do wybuchu II wojny światowej Ludwik był krakowskim przedsiębiorcą budowlanym, pracującym przy budowie dróg i mostów kolejowych, natomiast później ,,nestor rodu […], ratując majątek, w 1940 przeniósł część cennych mebli i obrazów do Warszawy, do trzypokojowego mieszkania przy ul. Berezyńskiej 15. Przez denuncjację, Gestapo i tak zabiera wszystko, w tym 22 obrazy: J[ózefa] Fałata, S[tefana] Filipkiewicza, F[erdynanda] Ruszczyca, J[ózefa] Pankiewicza, M[aurycego] Gottlieba, dywany perskie, starą porcelanę, szkło, srebra, meble gabinetowe, antyki. Ludwik ucieka, ale do końca wojny będzie się ukrywał i opłacał szmalcowników”[3].
W Warszawie początkowo zamieszkali przy ul. Dolnej 42 w Domu dla psychicznie chorych[4], później Berezowskiej 15, skąd po wizycie gestapo uciekli na Żoliborz i gdzie ukrywali się w mieszkaniu Haliny Zarębskiej przy ul. Pogonowskiego 1. Ludwik i Hala ukrywali się także w Łomiankach (niektóre źródła podają, że również tam była to ulica Dolna)[5].
Jako że przez pewien czas po przybyciu do Warszawy, rodzina Munków ukrywała się razem, Ludwik czuł, że przez swój semicki wygląd oraz obrzezanie, dodatkowo naraża rodzinę na większe jeszcze niebezpieczeństwo. W związku z tym poddał się operacji chirurgicznej penisa, likwidującej skutki poprzedniego zabiegu. Była to jedna ze strategii przetrwania.
Jako pierwsza w 1936 r., a więc na trzy lata przed wojną, do Warszawy przyjechała Halina, po to by uczyć się w szkole tańca Ruth Sorel na Nowym Świecie, a w 1940 r. dołączyli rodzice i Andrzej.
Autor i etnolog Jerzy S. Łątka wspomina w swej książce o jeszcze jednym, nieślubnym, dziecku Ludwika Munka, a mianowicie o synu Teodorze Burnacie (urodzonym w 1929 r. zmarłym w 2010),[6] którego miała urodzić pomoc domowa o nazwisku Burnat (z domu Kwaśny), pochodząca z Chojnika, która była służącą w domu Minków w Krakowie przy ul. Dunajewskiego 6.
Matka
Antonina Munk pochodziła z licznej zasymilowanej rodziny żydowskiej. Miała trzy siostry: Annę, Felicję i Gabriellę oraz dwóch braci: Izydora (Ignacego) i Leona.
Nas najbardziej interesować będą losy dwóch jej sióstr, a ciotek Andrzeja: Anny Frisch po mężu Mycińskiej (1889-1944) oraz Felicji Frisch po mężu Binder (1902-1944).
Ich pełne rodziny:
Anna poślubiła Jana Mycińskiego (Ukraińca), z którym miała dwie córki: Irenę i Janinę (Joannę). Felicja zaś wyszła za mąż za żołnierza AK Stanisława Bindera, z którym miała córkę Basię. Zatem Irena, Janina (Joanna) i Basia były siostrami ciotecznymi Andrzeja.
Spróbujemy odpowiedzieć na pytanie: dlaczego wszystkie cztery panie zginęły w sierpniu 1944 r.
Zagadka mordu w Lichwinie.
Dwie ciotki Andrzeja (siostry jego matki): Anna Mycińska i Felicja Binder wraz z córkami:
Janiną Joanną (córka Anny) i Basią (córka Felicji) giną z rąk partyzantów w sierpniu 1944
- we wsi Lichwin.
Zacznijmy od tego kim były i co robiły tam panie Mycińskie i Binderowe. Otóż będąc z pochodzenia Żydówkami, ukrywały się na wsi. Anna używała wtedy imienia Helena, a jej córka Janka imienia Joanna, stąd błędne imiona na nagrobku.
Anna i Janka mieszkały we wsi Lichwin u gospodarza Józefa Pieprzyckiego.
Felicja Binderowa, podobnie jak jej mąż, który zginął w Katyniu, była nauczycielką, a jej córka Basia 16-lenią uczennicą. Natomiast 22-letnia Janina Mycińska była lekarzem weterynarii, zaś jej matka prowadziła dom.
Na nagrobku również wiek zmarłych podany jest nieprawidłowo, bowiem Anna w chwili śmierci miała lat 55, a nie 40, natomiast Felicja miała 42 lata (tej informacji akurat brak na pomniku).
Anna Mycińska miała jeszcze druga córkę Irenę, która przeżyła wojnę, wstąpiła do UBP w Krakowie i próbowała się dowiedzieć, jak zginęła jej matka, siostra, ciotka i kuzynka. Jej drugim mężem został aktor Tadeusz Waczkowski, który, co istotne dla tej opowieści, zagrał wraz z Ireną Dziedzic w filmie Munka ,,Zezowate szczęście”.
Ale wróćmy do historii z 1944 r.
Jako pierwsza zginęła zastrzelona w lesie przez niejakiego Zdzisława Bryckiego (pseudonim: Podchorążak, Żuczek vel Żuk) sąsiada Mycińskich jeszcze ze Lwowa, 22-letnia Janka. Partyzant wywabił ją z domu pod pretekstem pomocy okulałym, chorym koniom, a ponieważ dziewczyna była z zawodu weterynarzem, poczuła się zobligowana do udzielenia tej pomocy. Niestety z lasu już nie powróciła. Podobno Brycki ,,pałał chorobliwą namiętnością”[7] do niej i ,,nie panując nad swymi żądzami, zastrzelił ją”[8], po czym jeszcze tej samej nocy wrócił do Anny i przekonując ją, że córka będzie się bała wracać sama przez las, także i ją zwabił na pewną śmierć. Do morderstwa Mycińskich: matki i córki doszło 7 sierpnia 1944 r. Felicia i Basia mieszkały początkowo u Stanisława Kubicza, jednak po morderstwie Mycińskich przeniosły się do domu Marii Kwaśny w Chojniku.
Jako że Felicja była obecna przy tym, gdy Brycki wywoływał Jankę z domu, a potem świadoma tego, że ani siostrzenica ani siostra nie wróciły, bała się o siebie i córkę. ,,Binderowa wiedziała, co je czeka, i w momencie napadu udało jej się z córką umknąć z domu niepostrzeżenie i ukryć w szopie. Zostały tam jednak odnalezione i sprowadzone do domu”[9]. Przyszła po nie cała horda: Franciszek Kurczab z Chojnika, Stanisław Pieprzycki z Lichwina, Kazimierz i Stanisław Gacek (bracia), ,,Cymbał” z Chojnika, Julian Sołtys, nieznani z nazwisk ani nawet pseudonimów ludzie ze wsi Brzozowa oraz prawdopodobnie: Bronisław Mruk i Eugeniusz Nicpoń.
Zabrano je w nocy z 24 na 25 sierpnia 1944 r. z domu Marii Kwaśny w Chojniku na rozkaz kpt. Omegi[10] i wyprowadzono poza wieś, gdzie pobito, zgwałcono i zastrzelono w lesie. Basia zginęła od razu, Felicja podobno o świcie.
Łątka wspomina, że tamtej nocy Maria Kwaśny spała na poddaszu z wnukami, a jednym z nich był nieślubny syn Ludwika Munka, wówczas już nastoletni Tolek Bałut.
Jaki był motyw tej okrutnej zbrodni?
Rasowy czy materialny?
,,Kobiety te zostały zamordowane z chęci zysku, ponieważ po spełnionym morderstwie akowcy zabrali od nich 8 walizek rzeczy”[11]. Krążyła także plotka, jakoby miały ponoć ukrytych aż 25 tyś.zł.
Autor dodaje: ,,Aby nie było wątpliwości. Docierając do coraz bardziej bulwersujących faktów w sprawie śmierci Mycińskich i Binderek, nie twierdzę, że podziemne Wojsko Polskie było z założenia instytucją antyżydowską. Ale zdarzali się w nim osobnicy tacy jak Brycki i oficerowie, którzy sympatyzowali z ideologią głoszoną przez ONR”[12].
Rodzice sióstr Antoniny, Anny i Felicji, a dziadkowie Andrzeja to: Sime Debora vel Dora Frisch i Samuel Frisch- naczelnik stacji kolejowej w Zadworzu, gdzie najprawdopodobniej Antonina wraz z mężem zamieszkali tuż po ślubie i gdzie na świat przyszła ich najstarsza córka Krysia.
Krystyna Magdalena[13]
Najstarsza z trojga rodzeństwa, Krystyna Magdalena Munk, choć urodziła się w Zadworzu, dzieciństwo i młodość spędziła w Krakowie, gdzie w latach 1932-1939 studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Działała wówczas w stowarzyszeniach i ruchach lewicowych: w Związku Niezależnej Młodzieży Polskiej oraz w PPS-ie.
,,Latem 1939 r. wyjechała do Aten, na wieść o wybuchu wojny wróciła do kraju i podjęła pracę lekarza frontowego we Lwowie, skąd po 17 września przez Węgry i Jugosławię przedostała się do Francji. W styczniu 1940 r. na polecenie konsula polskiego w Marsylii została lekarzem na transportowcu m/s <<Warszawa>>, gdzie przez następne dwa lata jako nurse-doctor opiekowała się rannymi uchodźcami i żołnierzami transportowanymi do Europy. Zasłynęła bezgranicznym poświęceniem i odwagą. Mówiono o niej jako jedynej kobiecie lekarzu we flocie brytyjskiej i jedynej kobiecie, która znalazła się w oblężonej twierdzy w Tobruku. W wigilię 1942 r. załogę storpedowanej przez hitlerowską łódź podwodną <<Warszawy>>, uratowała brytyjska korweta. Krystyna wylądowała w Liverpoolu, gdzie na polecenie rządu polskiego na emigracji dokończyła studia w Polskiej Szkole Medycznej, utworzonej przez Edinburgh University, a następnie podjęła obowiązki lekarza w szpitalu w Edynburgu. Po wojnie, nie mając nadziei na powrót do wolnego kraju, pozostała w Szkocji. W 1947 r. ratowała przebywającego na kuracji w Szwecji chorego na gruźlicę brata Andrzeja. W 1951 r. wyszła za mąż za projektanta statków, Symingtona MacDonalda. Była znakomitym lekarzem, służącym swą wiedzą i sercem tysiącom pacjentów, Polaków i Szkotów. Opiekowała się m.in. generałem Stanisławem Maczkiem i jego rodziną. Jej miłość do życia i świata kazała jej niestrudzenie działać aż do chwili, kiedy sama zapadła na zdrowiu. Przez prawie 30 ostatnich lat życia w heroiczny sposób zmagała się z chorobą Parkinsona i utratą wzroku. Zmarła 5 marca 1999 r. w Edynburgu”[14].
Andrzej, dzięki Krystynie, leczył się z odmy od czerwca do października 1947 r. w szwedzkim uzdrowisku Hasleby niedaleko Sztokholmu. Oficjalnie został tam oddelegowany na kurację przeciwgruźliczą przez Światową Organizację Pomocy Studentom, ale za wszystkim stała oczywiście pomoc siostry.
Halina Joanna[15]
Choć druga z dwóch starszych sióstr Andrzeja miała na imię Halina i w rodzinie nazywano ją Halą, to po wojnie wróciła do swojego drugiego imienia Joanna i właśnie nim posługiwała się aż do śmierci.
Joanna Munk-Leszczyńska była starsza od Andrzeja o sześć lat. ,,Od dzieciństwa przejawiała talenty muzyczne i taneczne. Uczyła się w Instytucie Muzycznym w klasie fortepianu i w szkole baletowej Lidii Falter. Słynęła z bystrości umysłu, ciętego języka i nieprzeciętnej urody. Związana ze środowiskiem krakowskiego Teatru Cricot, brała udział w jego przedstawieniach. 10 sierpnia 1940 r. poślubiła znanego działacza PPS Józefa Cyrankiewicza, który po ucieczce z niewoli ukrywał się w domu Munków (ich drogi rozeszły się w roku 1946, na krótko przedtem zanim objął on funkcję premiera RP). Po ucieczce rodziny z Krakowa, okupację przeżyła w Warszawie. Tam została adeptką szkoły baletowej Ruth Sorel (jej koleżanką była m. in. Stefania Grodzieńska). Działała w konspiracji. Po upadku powstania aresztowana przez gestapo, została uwięziona w obozie koncentracyjnym. Joanna prócz muzyki i tańca miała jeszcze jedną życiową pasję: sztukę ludową. Po wojnie pracowała w Ministerstwie Kultury i Sztuki, a następnie od 1957 r. w Telewizji Polskiej jako specjalistka od folkloru, promując autentyczne przejawy kultury ludowej. Drugim mężem Joanny został utalentowany skrzypek, a następnie zasłużony dla poezji polskiej redaktor <<Iskier>>, krakowianin Adam [Anatol] Leszczyński (1913-2002). W roku 1949 urodził się ich syn Piotr[16], od 1968 mieszkający w Anglii i pracujący obecnie jako redaktor BBC. Joanna Munk-Leszczyńska zmarła 30 października 1996 r. w Warszawie”[17].
Hala ,,pod koniec powstania warszawskiego wyczerpana natyka się na uzbrojonego Ukraińca w niemieckim mundurze z bronią, ten każe jej iść ze sobą i prowadzi do grupy innych mężczyzn. Na tym opowieść się urywa…Potem w niemieckim obozie w Halle z powodu ciąży jest w tak ciężkim stanie, że nie może pracować przez dwa, trzy dni. <<A tam upokorzenie za upokorzeniem. W pierwszym rzędzie miałam taką febrę, bo byłam chora. Ja roniłam, byłam w ciąży i roniłam przez cały ten okres pobytu, jak byłam w Niemczech. Lekarz, jak byłam w szpitalu, przyszedł i tylko tak machnął ręką>>.W obozie Halle, utworzonym po 1 sierpnia 1944 roku, musiała zdarzyć się jakaś potworność, bo znów te cedzone słowa…Pamięta obraz, jak <<do naga rozebrana, wprowadzona zostałam poprzez prysznic mężczyzn, którzy tam stali rozebrani pod prysznicami, a ja namawiana przez Niemców, żebym sobie wybrała, z którym chcę. A ja tutaj zakrwawiona, słaniająca się na nogach. To było straszne przeżycie dla mnie, jedno z najgorszych przeżyć na świecie. Upokarzające>>. Obcy ludzie ją <<poubierali, bo byłam bosa i goła, ktoś nakarmił, ktoś kupił bilet>>, dotarła do Warszawy”[18].
Być może to właśnie owe traumatyczne przeżycia wojenne zmieniły jej osobowość.
Biografka Niny Andrycz przedstawia ją bowiem w osądach współpracowników z nieco innej, rzec by można, nie najlepszej strony: ,,Halina Joanna Munk-Leszczyńska przepracowała w redakcji muzycznej TVP zawodowe życie. Była ekscentryczna, głośna, uzależniona od leków”[19].
Sąsiadka Joanna Nagórna twierdzi, że ,,Halina Munk-Leszczyńska to była świszczypała, funkcjonowała w lekowo-używkowym świecie. Na luzie; żyła i zachowywała się, jakby jej na niczym nie zależało”[20].
,,Nie darzyła szacunkiem Cyrankiewicza”[21]-twierdziła Kira Gałczyńska, a Halina Szpilmanowa dodawała, że ,, kiedy pierwsza żona rozmawiała z premierem, eksmężem, wchodziła pod biurko z telefonem: ciężkim, czarnym, ebonitowym. Ponoć, żeby nikt ich nie podsłuchał”, inni zaś słyszeli, gdy wykrzykiwała do Cyrankiewicza: ,,Zawsze byłeś skurwysynem i takim pozostałeś”[22].
Było to o tyle dziwne i zaskakujące, że sporo mu jednak zawdzięczała i trochę dla niej poświęcił. Począwszy od zapewnienia jej względnego bezpieczeństwa w czasie wojny poprzez zawarcie z nią małżeństwa w kościele katolickim (mimo że kochał nie ją, a jej siostrę), po załatwienie (już po wojnie) najpierw pokoju w Hotelu Bristol dla rodziny Munków, a następnie dwóch osobnych mieszkań: dla niej i jej rodziców przy ul. Hożej 19 (Leszczyńscy zajmowali mieszkanie numer 19, a Munkowie seniorzy mieszkali po sąsiedzku pod 18-tką) w Warszawie, a także, gdy zachodziła taka potrzeba Munkowie korzystali z leczenia w Lecznicy Rządowej przy ul. Emilii Plater.
Według Kiry Gałczyńskiej Joanna: ,,Sprawiała wrażenie sensownej, inteligentnej, a jednocześnie <<przetrąconej>>, po prostu niezrównoważonej. W sposobie formułowania sądów, myśli, była za szybka. Najpierw mówiła, później myślała, klęła jak szewc, rzucając mięsem w sposób niewiarygodny”[23].
Paradoks losu polega na tym, że choć Hala tak szczerze nienawidziła Cyrankiewicza i otwarcie okazywała mu niechęć, to do historii przeszła właśnie jako pierwsza żona premiera Polski Ludowej Józefa Cyrankiewicza.
Bracia Cyrankiewicz: Jerzy i Józef w życiu panien Munkówien
Józef był zakochany w Krystynie, planowali nawet ślub, a jednak ożenił się z jej młodszą siostrą Haliną vel Joanną. Z Krystyną natomiast ożenił się (czy według innej wersji żył w konkubinacie) jego młodszy brat Jerzy.
A jaki początek miała ta historia?
Otóż ,,i Józefa C. dopadła miłość. W Akademickim Związku Pacyfistów poznaje ciemnowłosą Krystynę Munkównę, studentkę medycyny, córkę Ludwika – to wzięty przedsiębiorca, jak ojciec Józefa […]. Uczucie ulokowane rozsądnie. Józef zakochuje się jak nigdy dotąd i w piśmie PPS <<Naprzód>> teksty podpisuje <<Krysin>>, czyli jakby nie było <<jestem Krysi>>. Jak na takiego homo ludens, gest romantyczny.[…] Mieli wziąć ślub w święta bożonorodzeniowe 1939 roku, wojna ich jednak rozdzieliła, a po wojnie z Krystyną ożenił się… jego młodszy brat Jerzy Cyrankiewicz w Edynburgu”[24].
,,Jerzy i Krystyna po wojnie kończą studia, szybko decydują, że do Polski nie wracają. Krystyna odwiedza PRL raptem trzy razy: w 1957 roku, w 1964 (na jubileusz UJ) i w marcu 1968 r. Jerzy przed śmiercią w 1960 roku był w Polsce dwa razy”[25].
Andrzej
Najmłodsze dziecko państwa Munków.
,,Gdy w otoczeniu znalazł się ktoś dopiero co poznany, Andrzej milknął, sztywniał, poważniał. Zapora nieśmiałości nie od razu padała. Mógł wtedy robić wrażenie człowieka zamkniętego w sobie, małomównego i chmurnego”[26] – mówił Jerzy Pelc.
Natomiast Zawieyski pisał o Andrzeju: ,,… uroczy człowiek, delikatny, nieskończenie dobry, do którego nie było innej drogi, jak tylko przez przyjaźń, który hojnie obdarzał ludzi uczuciem i przywiązaniem”, ale też ,,[…] śmiem twierdzić, że w większym stopniu niż zdarza się to u każdego artysty, pożerał go demon zwątpienia. Popadał często w depresję, z której wydobywał się z trudem. Łamał się w sobie, trapiony przez nadmierną autokrytykę i przez wyczulone sumienie artystyczne”[27].
Przebieg nauki i pracy zawodowej Andrzeja Munka:
Przed wojną – podjął naukę w VIII Państwowym Gimnazjum i Liceum Matematyczno-Przyrodniczym im. Augusta Witkowskiego w Krakowie przy ul. Studenckiej 12, które ukończył zdaną w czerwcu 1939 r. maturą.
We wrześniu 1939 r. wyjechał na Śląsk, gdzie brał udział w Junackich Hufcach Pracy, a po ich rozgromieniu przez Niemców, wrócił znów do Krakowa.
Od marca 1940 r.- ukrywał się w Warszawie, pracując kolejno jako: ,,pisarz, magazynier, technik i kierownik robót w firmie budowlanej Inż. K. Żółciński i Ska. Firma wykonywała roboty torowe na kolei w Otwocku i na Bródnie”[28].
Od 1942 r. – ukrywał się w Warszawie pod nazwiskiem Andrzej Wnuk.
W latach 1943-44 – został konspiratorem w szeregach Organizacji Wojskowej PPPS, gdzie funkcjonował pod pseudonimem Ksawery. Zapewne wtedy poznał swoją przyszłą żonę.
Ukrywał się w warszawskim mieszkaniu przy ul. Gdańskiej 2, gdzie uniknął aresztowania, ale ze względów bezpieczeństwa musiał opuścić okupowaną stolicę.
Od jesieni 1943 r. – ukrywał się w Denkówku (miejscowości położonej nieopodal Ostrowca Świętokrzyskiego) u przyjaciela.
W roku 1944 – brał udział w powstaniu warszawskim (przydział otrzymał w lipcu 1944 r. do II Obwodu ,,Żywiciel” (Żoliborz) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – zgrupowanie „Żyrafa” – IV Batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego – 2. kompania im. Komuny Paryskiej – pluton 219/I.)[29] a po jego upadku udało mu się dostać do rodzinnego Krakowa.
Jesienią i zimą 1944 r.- pracował w Monopolu Tytoniowym w podkrakowskiej miejscowości Mogiła.
Od grudnia 1944 r. do wiosny 1945 r. pracował w kolejce na Kasprowym Wierchu jako palacz i dozorca. Tam doczekał wyzwolenia.
Jesienią 1945 r. wrócił do Warszawy, w której podjął pracę w firmie Inż. Sobiepan i Ska jako kierownik budowy.
W 1946 r.- rozpoczął studia na wydziale architektury Politechniki Warszawskiej, które przerwał po dwóch latach ze względu na pogarszający się stan zdrowia.
W 1947 r. rozpoczął studia na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego, które również przerwał po roku.
Jedne i drugie studia przerywa z powodu gruźlicy.
W 1948 r. – Munk (wówczas już dwudziestosiedmioletni) po odbytej w Szwecji kuracji, rozpoczyna studia jednocześnie na dwóch wydziałach łódzkiej filmówki: reżyserskim i operatorskim.
W 1951 r.- uzyskuje dyplom obu wydziałów.
W latach 1950-1955- pracuje w Wytwórni Filmów Fabularnych przy Chełmskiej jako operator Polskiej Kroniki Filmowej.
W latach 1957-1961 – pracował jako wykładowca na wydziale reżyserii w Łódzkiej Szkole Filmowej, gdzie pod jego kierunkiem studiowali m.in.: Roman Polański, Jerzy Skolimowski czy Krzysztof Zanussi.
Partia
Konflikt z Anką Kowalską vel Joanną Broniewską-Kozicką
,,W roku 1946 [Andrzej] wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej (był członkiem Stołecznej Rady PPS, oddział Warszawa Śródmieście) oraz do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Jako aktywista tej organizacji został wybrany najpierw na przewodniczącego Środowiska Warszawskiego ZNMS, a następnie – na III zjeździe w maju 1948- na sekretarza generalnego Komitetu Wykonawczego ZNMS”[30].
Większość opracowań ujmuje konflikt między Andrzejem, a Anką Kowalską jako ideologiczny, podając dość enigmatycznie, że jakaś koleżanka bądź nadgorliwa koleżanka wysłała donos na Munka, wskazując jego zachowanie jako nieobyczajne, za co usunięto go z partii. Większość tych źródeł nie podaje ani kim była owa partyjna koleżanka, ani na czym miało polegać owo nieobyczajne zachowanie. Znalazły się jednak takie publikacje, które wyjaśniają jedną i drugą wątpliwość.
Koleżanką z partii była córka znanego poety Władysława Broniewskiego, po śmierci, której napisał słynny cykl trenów, porównywanych do tych Kochanowskiego. Za życia była to jednak wojująca działaczka partyjna, która niejednemu zaszła za skórę.
Ale zacznijmy od początku.
Munk ,,W czasie studiów w 1948 roku, zapisał się do ZMP, a w grudniu tego samego roku, po tak zwanym kongresie zjednoczeniowym – został członkiem PZPR. Chociaż jego krytycyzm i ironia sprawiały, że zawsze był traktowany jako <<element niepewny>>, bo mający własne zdanie. Dość szybko jego partyjną karierę zakończyło oskarżenie o nieobyczajne zachowanie, niegodne członka <<wiodącej siły narodu>>. W 1951 r. przymierzał się do filmu o Nowej Hucie, z kilkoma innymi osobami pojechał na dokumentację do Krakowa. Zatrzymali się w hotelu Polonia, naprzeciwko dworca. Wieczorem popili, ktoś przez okno wyrzucił płonącą poduszkę. W hotelu zjawili się milicjanci. Nikt do niczego się nie przyznał, więc spisali reżysera. W tym czasie odbywało się już <<czyszczenie szeregów partyjnych>>. <<Na zebraniu w Wytwórni Filmów Dokumentalnych córka Broniewskiego, Anka, ostro i pryncypialnie zaatakowała Andrzeja>> – opowiadał Witold Lesiewicz.<<Ona już wcześniej kłóciła się z nim o jakieś sprawy polityczne czy ideologiczne. Wyszło na to, że Andrzej od niemowlęcia był wrogiem Związku Radzieckiego i Stalina. W jego obronie odezwały się nieśmiało tylko dwie osoby, a jak doszło do głosowania, czy wykluczyć go z partii, ja jeden byłem przeciw”[31]– mówił Lesiewicz. Było to, jak słusznie zauważa w swej książce Marek Hendrykowski, swoiste polowanie na czarownice. Munk bowiem od zawsze podejrzewany był o bycie elementem niepewnym politycznie.
Skoro faktycznie chodziło o Ankę, to jest to o tyle dziwne, że sama do Polski wróciła na stałe dopiero 20 stycznia 1951 r., wcześniej przebywając na stypendium w Paryżu, gdzie jej mąż pracował w ambasadzie. Czyżby zatem Anka sama w tym ideologicznym sporze nie kryształowa, miała oskarżać Munka? A może konflikt podsycała jej matka Janina, która była znacznie bardziej ideowo zaangażowana i z pewnością bardziej wojująca. W końcu to Janina przyjaźniła się z Wandą Jakubowską, Jakubem Bergmanem i Józefem Cyrankiewiczem, czyli jakbyśmy to dziś określili: sztandarowymi komunistami kraju.
W liście do matki z sierpnia 1951 r., kiedy to przebywała na festiwalu filmowym w Berlinie, Anka pisała: ,,Myślę o Was wszystkich i bardzo już mi się chce być w domu. Za to na myśl o powrocie do tych wszystkich drani z ulicy Chełmskiej[32] i Puławskiej robi mi się niedobrze”[33]. Ma na myśli oczywiście współpracowników z wytwórni filmowej.
Jako ciekawostkę dodam, że z zachowanych listów Anki wynika, iż pisząc do męża, zwracała się doń [identycznie jak Andrzej do żony] ,,Syneczku”.
Mąż Anki Stefan, podobnie jak żona Andrzeja, studiował [i skończył w 1951 r.] socjologię. Przypomnę, że wydział ten uznano za burżuazyjny i w roku akademickim 1951/52 zlikwidowano. Przywrócony został dopiero w 1957 r.
Czy w konflikcie miała swój udział zazdrość o wykształcenie i zawodowe sukcesy Andrzeja?
Córka Anki- Ewa, po latach tak opisuje zdarzenia z 1951 r. ,,Mama 27 września zdawała egzamin dyplomowy (dyplom IDHEC uprawniał jedynie do realizacji filmów, a ona chciała być samodzielnym reżyserem) w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Jako pracę dyplomową przedstawiła film <<Komuna Paryska>>. Komisja egzaminacyjna nie chciała go z początku uznać, co uzasadniano wątpliwościami, czy film ikonograficzny może dawać pełny obraz umiejętności reżysera. Po złożeniu eksplikacji oraz odwołania do ministerstwa Anka dyplom w końcu dostała i pracowała w WFD na Chełmskiej już jako samodzielny reżyser (wcześniej była asystentką reżysera I stopnia)”[34].
Czy właśnie to było prawdziwym zarzewiem konfliktu? Tego się już pewnie nie dowiemy. Anka zmarła bowiem w 1954 r. w wyniku zatrucia gazem, mając zaledwie 25 lat.
Trzy kobiety w życiu Andrzeja
Żona
Halszka Kazimiera Próchnik-Munk, podobnie jak szwagierka, po wojnie używała (swego konspiracyjnego) imienia Joanna. Urodziła się 12.05.1919 r. w Piotrkowie Trybunalskim, dokąd jej rodzice wyjechali ze względu na pracę ojca w tamtejszym archiwum państwowym, którego został dyrektorem. Jej rodzice to Jadwiga z domu Gorzycka i Adam Próchnik- historyk, polityk, poseł i publicysta, nieślubny syn innego znanego polityka Ignacego Daszyńskiego.
Rodzice Halszki zawarli związek małżeński 10 listopada 1917 r. W Piotrkowie małżeństwo Próchników mieszkało najpierw w oficynie przy ulicy Bykowskiej, a następnie w dwupokojowym, prawie nieogrzewanym mieszkaniu przy ul. Piłsudskiego 55, bez dostępu do bieżącej wody. Niestety trudne warunki materialne, ciągła nieobecność męża zaangażowanego społecznie oraz tęsknota za Lwowem, z którego wyjechali, czy też po prostu za życiem w większym mieście, spowodowały rozpad małżeństwa Próchników. Jadwiga zamieszkała w Warszawie, gdzie kilka lat później wyszła ponownie za mąż, tym razem za szkolnego kolegę swojego byłego męża- Aleksandra Krona. Także ojciec Halszki ułożył sobie ponownie życie, żeniąc się w czerwcu 1925 r. z koleżanką z pracy, kancelistką Józefą Sawicką. Z tego związku 22.08.1927 r. narodził się przyrodni brat Halszki – Ryszard Henryk. Macocha była osobą łagodną i opiekuńczą, która wprowadziła w życie niepraktycznego męża, pewien ład. Niestety żona zachorowała na nowotwór mózgu, w skutek czego w styczniu 1935 r. zmarła. Pod opieką owdowiałego Adama Próchnika została szesnastoletnią córka z pierwszego małżeństwa Halszka, jej przyrodni ośmioletni brat, a także osiemdziesięcioletnia wówczas matka Felicja z Nossigów Próchnikowa.
Adam ożenił się ponownie jeszcze tego samego roku 1935 z Ireną Gomólińską, jednak trzecia żona okazała się zupełnym przeciwieństwem poprzedniczki. Apodyktyczna, nieznosząca sprzeciwów, a przy tym nieskora do żadnych ustępstw czy kompromisów. Małżeństwo zamieszkało w Piotrkowie w domu przy ul. Krasińskiego 18. Jednak władczy i konfliktowy charakter świeżo poślubionej pani Próchnikowej, doprowadził do zwady między nią a pasierbami, szczególnie między nią, a ośmioletnim wówczas Ryszardem, zwanym w rodzinie Szarkiem. Konflikt przybrał jeszcze na sile, gdy Próchnikom urodziła się córeczka. Chłopiec wolał uciec z domu i przez kilka dni błąkać się po mieście niż wrócić pod wspólny dach z macochą. Ostatecznie zamieszkał wówczas razem z Halszką i jej matką Jadwigą, nigdy już do ojca nie wrócił. Zginął w powstaniu warszawskim w 1944 r. w nieznanych okolicznościach.
Sama Halszka tak wspominała swój dom rodzinny: ,, Pamiętam […] atmosferę naszego domu w Piotrkowie. Gdy pewnego razu zapytałam ojca, czy ma jakieś możliwości finansowe, bo przecież był posłem, dyrektorem archiwum, wiele pisał, a sąsiadki na podwórku pytały się, dlaczego u nas jest taka straszna bieda i dlaczego jestem taka zaniedbana, otrzymałam odpowiedz: <<Tak powinno być, ludzie, którzy są socjalistami, powinni przez ofiarę własną, a nie cudzą, realizować socjalizm>>. I wydaje mi się, że robił to bardzo dokładnie. Nasz dom nie był domem. To była jakaś instytucja, w której na co dzień normalnie było mnóstwo robotników, którzy siedząc przy stole obok profesorów rozmawiali, dyskutowali na różne tematy. To było autentyczne współżycie inteligencji twórczej z robociarzami. Pamiętam, że obiad nie był nigdy taki, jaki miał być, bo dolewano zawsze tyle wody, aby starczyło dla wszystkich, którzy przyszli. Pamiętam, że w dniu urodzin ojca robotnicy przychodzili rano o godz.7-ej. Orkiestra grała pod oknami do późnego wieczora”[35].
Munkowa (wówczas Próchnikówna) pamiętała dobrze jeszcze jedno zdarzenie:,, […] kiedy zaszła mi drzazga za paznokieć i złamała się. Wtedy jakaś pani zaproponowała ojcu, że zaprowadzi mnie do świetnego prywatnego lekarza. Wówczas byli u nas Kmiecik i Kluska – dwaj robociarze, którzy zwrócili się do ojca tymi słowami: <<No Adam, tobie to dobrze, bo pójdziesz do prywatnego lekarza, a co w takim wypadku byłoby z nami>>. Ojciec będąc członkiem kasy chorych, posłał mnie więc do szpitala kasy chorych i zdał mnie na taki los, jaki spotkałby w takim wypadku wszystkie dzieci robociarzy. Uznał to za swój obowiązek. Nie jeździł też nigdy w wagonie poselskim – jeździłam z nim kilkakrotnie do Warszawy, jako mała dziewczynka, ale nigdy nie jechaliśmy klasą poselską, ojciec zawsze rezygnował z tego. I to była jego postawa”[36].
W czasie wojny zarówno Adam jak i jego córka byli zaangażowani w pomoc konspiracyjną. W kwietnia 1940 r. Stefan Grot-Rowecki zaczął tworzyć konspiracyjne Wojskowe Biuro Historyczne (WBH), którego prace miał nadzorować dr Stanisław Płoski, znający się z Próchnikiem od dawna. To właśnie jemu zlecił tworzenie i kierownictwo nad działem ,,Kronika okupacyjna”. W ramach tego projektu zarówno Adam jak i Halszka zaangażowali się w pisanie kronikarskich raportów, dotyczących zbrodni i terroru hitlerowskiego w Polsce. Powstały 624 strony tej kroniki. ,,Pod kolejnymi datami dziennymi znajdują się przedruki dekretów, proklamacji, zarządzeń, rozporządzeń, odezw naczelnego dowództwa niemieckiego i cywilnych władz okupacyjnych, oficjalne komunikaty radiowe, informacje o wyrokach śmierci, aresztowaniach, egzekucjach, masowych wysiedleniach ludności, łapankach, wywózkach do Niemiec, tworzeniu obozów koncentracyjnych, burzeniu pomników kultury narodowej i różnych innych akcjach represyjnych.[…] Rejestr tych dokumentów i faktów pozbawiony jest zupełnie komentarza. Widać, że jego głównym celem jest ściśle udokumentować i obraz i rozmiary terroru i masowej eksterminacji podbitego narodu. […] W kronice tej znajdują się również zapisy świadczące, iż mimo okrucieństw, które przynosiła codzienność okupacyjna, warszawiaków nie odstępował humor. I tak np. pod datą 22 maja 1941 r. Próchnik zapisał informację:<<W wielu punktach Warszawy ukazały się nalepki: Ogłoszenie: <<Zginął pies, nazywa się Hess. Odprowadzić sukinsyna za nagrodą do Berlina. Podpisał Himmler>>”[37]. Raz na dwa tygodnie raporty te były wysyłane do naczelnego wodza do Londynu.
A tak zapamiętała to Halszka: ,,W okresie okupacji […] pracowałam z ojcem na tyle, że on mnie uczynił łączniczką do zbierania danych. […] Pamiętam, że otrzymałam polecenie zbierania danych o terrorze niemieckim. Robiłam to bardzo dokładnie. Chodziłam po domach i zbierałam skrupulatnie wszystkie dane, że w tym a tym domu, w taki a taki sposób, kogoś maltretowano czy szantażowano”[38]. Ale praca obojga Próchników nie ograniczała się do kronikarstwa, pomagali także ludziom w inny sposób. Ukrywali różne osoby, w tym właśnie Andrzeja Munka.
Córka Wilhelma Holllendra- przyjaciela i współpracownika Munka- Barbara Hollender, po latach tak opisała to w książce: ,,Munkowie, choć całkowicie zasymilowani, byli żydowskiego pochodzenia. 21-letni Andrzej zmienił nazwisko na Wnuk. Pracował w firmie budowlanej, należał do Organizacji Wojskowej PPS-u, gdzie miał pseudonim Xawery[39]. To wtedy poznał Halszkę Joannę Próchnik[40], córkę wybitnego lewicowego działacza i publicysty, Adama Próchnika. Joanna ukrywała przyjaciela przez jakiś czas w mieszkaniu rodziców”[41]/[42].
Witold Lesiewicz ujął to tak: ,,Przez znaczną część okupacji [Andrzej] ukrywał się. Między innymi u Próchników, Joanna uratowała mu życie”[43].
Munkowie pobrali się w maju 1946 r. w Warszawie. Po ślubie zamieszkując w niewielkim mieszkaniu przy ul. Sarbiewskiego 2 na warszawskim Żoliborzu.
Andrzej pieszczotliwie (także w listach i telegramach) zwracał się do żony: ,,Syneczku”.
,,Syneczku, uważaj na wiatr, żeby mi Ciebie nie zwiał”, ,,Całuję mojego Synka czule i niech mi zrobi słońce”[44]
Jaka była Joanna?
,,Starsza od Andrzeja o dwa lata, krucha i delikatna, była – podobnie jak mąż – osobą o niezwykłych zaletach towarzyskich oraz ujmującym sposobie bycia. Od młodości życiową pasję Joanny stanowiło łączenie i jednoczenie ludzi w <<dobrej sprawie>>. Działalność społecznikowska była jej powołaniem. Powodowana spontanicznym porywem serca zawsze chętnie i bezinteresownie służyła innym pomocą […]. W późniejszych latach życia Halszka […] pracowała w tygodniku <<Kobieta i Życie>>, pełniąc w redakcji trudną i często bardzo niewdzięczną funkcję kogoś, kto zastępuje- powołane do tego- instytucje w niesieniu wsparcia osobom bezradnym i potrzebującym […]. I, podobnie jak on, miała poważne problemy ze zdrowiem”[45].
Po wojnie Joanna pracowała najpierw w Krakowie, gdzie była jedną ze współzałożycielek Teatru Kameralnego TUR, działającego przy Św. Jana 6, a następnie w Warszawie w departamencie prasowym Ministerstwa Informacji i Propagandy.
Skończyła Liceum im. K. Malczewskiego[46][?] w Warszawie, po czym podjęła studia na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w latach 1946-1950 studiowała socjologię, uzyskując dyplom w 1952 r.
Od 1952 r. pracowała jako dziennikarka (podobnie jak jej ojciec, żywo zainteresowana i zaangażowana w problematykę społeczną) w redakcji gazety ,,Kobieta i Życie”.
Tak opisują ich przyjaciele: ,,Munk i jego żona nie mogli być ulubieńcami władzy. Należeli do intelektualnego środowiska stolicy. Przez ich małe mieszkanie na Żoliborzu, gdzie przy ul. Sarbiewskiego 2, zawsze przewijały się tłumy. Stale u nich siedzieli goście, czasem ktoś nocował – w kuchni lub przedpokoju, gdzie po rozłożeniu łóżka polowego nie można było otworzyć drzwi wejściowych. Ale tak się wtedy żyło. Inteligencja trzymała się razem, ludzie się odwiedzali, rozmawiali”[47].
Inny przyjaciel domu – Paweł Beylin również pamięta tamto żoliborskie mieszkanie i czas z nimi spędzany: ,, mieszkanie to posiadało niepojętą właściwość rozszerzania swych wymiarów i wchłaniania ilości ludzi, przekraczającej najśmielsze fantazje architektów. Któż nie przychodził wtedy do Munków. Przyjaciele, przyjaciele przyjaciół, bliscy i dalecy znajomi tych ostatnich, starzy i młodzi, uczeni i uczący się, zdecydowani na coś i niezdecydowani na nic, zakochani i zawiedzeni, u progu kariery i u jej schyłku, prześladowani i prześladujący, nabierający wątpliwości i zrzucający je z siebie z poczuciem nagle odzyskanej lekkości, która w rezultacie okazywała się tym cięższa, smutni pijaństwem i smutni trzeźwością, ratujący własny entuzjazm i opłakujący jego utratę, przesyceni własnym domem i bezdomni. O każdej porze dnia i nocy istne pielgrzymki ciągnęły do domu Munków, zwabione otwartymi drzwiami, graniczącą z apostolstwem pasją Joanny do ludzi oraz stoicką, niekiedy tylko naruszaną cierpliwością Andrzeja. Przychodzili po pomoc, materialną lub moralną i nie wychodzili z pustymi rękami. Przychodzili zrzucić ciężar i na głowy Munków waliła się nieustanna lawina spraw ludzkich. Do dziś nie mogę pojąć, jak to się stało, że oboje od tego wszystkiego nie zwariowali”[48].
Podobnie wspominał tamten czas reżyser Witold Lesiewicz:,, Andrzej z żoną Joanną mieli maleńkie mieszkanie na Żoliborzu, przy ulicy Sarbiewskiego. Pokój z kuchnią. Zainstalowali mnie w tej kuchni. Musiałem wstawać wcześnie, bo przychodziła pani, która Munkom gotowała. Rano robiła zawsze Andrzejowi płatki owsiane z żółtkiem, a ja pędziłem do baru na Słowackiego. Ale było wspaniale. Andrzej i Joanna prowadzili otwarty dom. Czasem jeszcze nocował ktoś w przedpokoju”[49].
Nie zmieniło się to także po przeprowadzce na Rynek Nowego Miasta, do pięknego mieszkania usytuowanego w pobliżu kina ,,Wars”.
,,W dwupokojowym mieszkaniu, które mieściło się na parterze warszawskiej kamienicy przy ul. Starej 3 na Nowym Mieście – dokąd Munkowie przeprowadzili się wiosną 1956 roku z Żoliborza – oprócz dziecięcych zabawek z drewna i ludowych świątków, zwracała uwagę gości unikatowa kolekcja piszczałek, okaryn i fujarek. Jej właściciel nie był żadnym wirtuozem, ale podczas wizyty przyjaciół lubił sięgać po instrument, aby trochę na nim pograć solo lub wspólnie z gośćmi”[50].
Na Nowym Mieście do rodziny Munków dołączył jeszcze gładkowłosy jamnik Kajtek.
Tak się również złożyło, że Munkowie i Lesiewiczowie zamieszkali znów po sąsiedzku, przez ścianę przy ulicy Starej na Nowym Mieście. ,,Mieliśmy wspólną gosposię Locię, która gotowała obiady. Jadaliśmy je u Munków o trzeciej. Goniliśmy do domu na tę trzecią jak wariaci, bo Locia nie tolerowała spóźnień”[51]– wspominał Lesiewicz.
,,Mieszkanie Andrzejów robiło wrażenie małego muzeum. Muzeum sztuki ludowej różnych regionów świata. Munk z zamiłowaniem zbierał świątki, szczególnie figury Chrystusa Frasobliwego, ulepione przez słynnego Pastuszkiewicza z Iłży. Miał ich całą kolekcję, rozdarowywał je przyjaciołom […]. Skupował też ceramikę ludową, talerze. Ale naprawdę ludową, unikając stylizacji i imitacji. Jego dostawcami nie były ani Desa ani Cepelia, tylko wiejskie babiny…” [52].
O mieszkaniu tym wspominał także reżyser Andrzej Brzozowski: ,,Scenopis <<Ojca Królowej>> piszemy w Andrzejowym mieszkaniu. Trochę dziwny jest ten dom na Starówce, z oknem na podwórze, gdzie zawsze pełno rozbawionych dzieci, hałasują, ale można się do nich przyzwyczaić, ten pokój też nie jest dorosły, dziecinne zabawy przenikają aż tutaj, dużo koni na półkach, drewnianych i z gliny, dużo książek, dużo fujarek. Bardzo jasny pokój”[53].
O muzyce, która odgrywała w życiu i w filmach Andrzeja wielką rolę, wspominał Jerzy Pelc: ,,Pierwszy duży wydatek, gdy zaczęli z żoną trochę lepiej zarabiać: wielkie dwunastolampowe radio EAW-Amati i adapter <<Bambino>>. Potem z każdej podróży zagranicznej płyty: klasycy i romantycy, jazz, folklor. Muzyka była dla niego ważną sprawą życiową. Nie urozmaiceniem wolnego czasu, nie jedną z przyjemności czy rozrywek, tylko czymś potrzebnym na co dzień”[54].
Sam Munk zresztą mówił, że chciał zostać dyrygentem, kochał muzykę (zwłaszcza klasyczną) i w każdym niemal dźwięku potrafił ją dostrzec, np. w kroplach wody kapiących z kranu. Bardzo bliski muzycznie był mu współczesny kompozytor Jan Krenz. Andrzej miał także kolekcje instrumentów: piszczałek, okaryn i fujarek.
Lubił również tańczyć. ,,Gdy był wśród przyjaciół, w domu u siebie czy u bliskich, zawsze tylko przez chwilę <<wytrzymywał>> i tańczył <<normalnie>>. Później zaczynał grać: był marynarzem w portowej spelunce, to znów markizem na francuskim dworze, amantem z filmów niemych, szlachcicem w kontuszu podkręcającym wąsa. Umiał partnerkę wciągnąć do tej zabawy, zarazić własnym wcieleniem”[55].
Życie Joanny i Andrzeja to jednak również ciągłe rozstania i powroty. Pierwsze spowodowane wojną, gdy Andrzej musiał opuścić Warszawę i ukrywać się w Zakopanem, gdzie pod zmienionym nazwiskiem pracował przy obsłudze kolejki na Kasprowym Wierchu. Drugie naznaczone jego chorobową, gruźlica bowiem, której nabawił się w trakcie wojny, jeszcze długo po niej, nie dawała o sobie zapomnieć. Wyjechał więc wtedy na leczenie do Szwajcarii, gdzie odbywała wówczas staż lekarski jego najstarsza siostra Krystyna. No i trzecie rozstanie spowodowane podjęciem studiów w Łodzi.
Nie dane im było długo cieszyć się sobą, oboje bowiem odeszli młodo.
Halszka ,,zmarła 12 października 1968 r., w szpitalu Akademii Medycznej przy ul. Banacha w Warszawie, w wieku 49 lat. Przyczyną jej śmierci był rozległy wylew krwi do mózgu. Kilka dni wcześniej została napadnięta w swoim mieszkaniu przy ul. Starej 3[ m.8 ] przez nieznanego sprawcę”[56]. Przeżyła męża o 7 lat.
Aktorka Anna Ciepielewska
Jedną z dwóch głównych bohaterek filmu Andrzeja Munka pt. ,,Pasażerka”, obok niedościgle utalentowanej Aleksandry Śląskiej, była wcielająca się w postać oświęcimskiej więźniarki Marty – Anna Ciepielewska.
Na planie tego absolutnie niezwykłego filmu, do którego pozwolę sobie jeszcze powrócić w dalszej części tej opowieści, reżyser zauroczył się młodą aktorką, jak się okazało z wzajemnością.
Cała ekipa mieszkała na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, przez ponad miesiąc nie opuszczając go, zaś sam reżyser zakwaterowany był w pokoju dawnego komendanta obozu Hößa.
Na planie działy się rzeczy wręcz metafizyczne, o czym wspominało wiele zatrudnionych przy tym projekcie osób.
Anna Ciepielewska zapamiętała dojmujący odgłos oświęcimskich drutów targanych wiatrem, który szczególnie nocą wywoływał przygnębiająco silne poczucie strachu. Aktorka mówiła potem w wywiadach, że było to wręcz nie do wytrzymania.
Sceny kręcono co prawda latem, ale było to wyjątkowo zimne i deszczowe lato, a niektóre noce były tak chłodne, że oddychając, widzieli parę wydobywającą się z ust. Część filmu była nagrana wcześniej, jeszcze bez tej pary, więc nagłe pojawienie się jej, stanowiło problem w dalszym kręceniu scen. Wtedy kierownik produkcji Wilhelm Hollender wpadł na pomysł, by dostarczyć im na plan lody, które jedli potem przez całą noc podczas nagrywania, a wtedy para znikała. Ciepielewska w wywiadzie wyznała, że właśnie od tamtej pory nie znosi już lodów. Aktorka wspomina również, że reżyserowi zdarzało się głodzić ją, bynajmniej nie po to, żeby schudła, lecz by poczuła dojmujące uczucie głodu, zrozumiała czym jest prawdziwy głód, a wszystko po to, by potrafiła, to wiarygodnie zagrać. Podobnie rzecz miała się z wielokrotnymi dublami, chodziło o zbliżenia kamery kierowane na jej twarz tak długo, aż uda się osiągnąć wyraz silnie odmalowanego na niej np. gniewu czy wzburzenia, których oczekiwał Munk.
Asystentka Andrzeja, Hanka Dyrka-Brzozowska wspominała, że ona sama ciągle w unoszącej się nieustannie nad Oświęcimiem mgle, widywała ludzi-duchy, stojące, nieprzemieszczające się postaci ludzkie.
Ekipa, żeby oswoić, obłaskawić nieco to poczucie lęku, ten straszny, mroczny nastrój, przygnębiający krajobraz tego miejsca, wymyślała różne, niekiedy zakrawające o makabryczność, żarty. I tak pewnego dnia Andrzej założył na nogi dwa lewe kalosze i wsiadł na motor. Jadąc, krzyczał tylko: Powiedzcie mi, gdzie jest hamulec? Skończyło się to wypadkiem, ponieważ wpadł prosto na druty kolczaste i bardzo się pokaleczył. Niektórzy twierdzą, jakoby miał wtedy powiedzieć: Jeśli zginę, to przynajmniej nie będę już musiał kończyć tego filmu. Ile w tym prawdy, a ile legendy? Ekipa podkreślała, że Andrzej Munk był zarówno humorystą jak i makabrystą, i ta scena chyba właśnie najlepiej oddaje słuszność tej tezy.
Andrzej był również badaczem, lubił analizować, zagłębiać się w ludzkie postawy, wybory, umysły. I któregoś dnia, gdy Anna pochłonięta była czytaniem oświęcimskiej korespondencji, czytała akurat list pewnego rolnika, który idąc na śmierć, wydawał w tymże liście precyzyjne prośby dotyczące zajęcia się jego gospodarstwem, Anna zorientowała się, że drzwi do jej pokoju zostały zamknięte na klucz, co w takim miejscu robiło nieprzyjemne wrażenie. Trwało to krótko i drzwi po kilku minutach otworzono, jednak Munk lubił podobne eksperymenty. Mimo to ekipa go kochała.
Anna Ciepielewska i Andrzej Munk co prawda zbliżyli się do siebie na planie, i w tej atmosferze grozy i samotności zrodziło się między nimi jakieś uczucie, ale oboje byli w związkach małżeńskich, i gdy tylko Andrzej dowiedział się o przyjeździe Joanny do Oświęcimia, natychmiast zadbał o wszelkie detale, które miały zapewnić żonie, na ile to oczywiście możliwe w tego rodzaju miejscu, komfortowe warunki. I tak poprosił ekipę o dostarczenie kwiatów i zaciemnienie okien, ponieważ Joanna nie potrafiła zasnąć, jeżeli do pokoju dostawało się światło. Telefonując i pisząc listy również zapewniał żonę o swoim niesłabnącym uczuciu.
Jedna z osób z ekipy, gdzieś miedzy wierszami napomina dyskretnie, że Andrzej się w tamtym czasie pogubił i cały czas czegoś poszukiwał, i nie chodzi tylko o film, ale także o życie.
Hanka Dyrka-Brzozowska asystująca Munkowi przy filmie ,,Pasażerka”, stawiała kabałę i czytała z ręki. Kiedy spojrzała na dłoń Andrzeja, od razu spostrzegła krótką linię życia, taką tylko do połowy dłoni i powiedziała: ,,Oj Andrzej, nie pożyjesz ty długo”…
Piosenkarka Sława Przybylska
W swojej autobiografii Stanisława [takie imię otrzymała na chrzcie przyp. red] Przybylska napisała:,, Wierzę, że urodziłam się po to, aby całe życie marzyć o idealnym świecie, unosić się marzeniami jak na latającym dywanie i dążyć do nieosiągalnego! Ciągle próbować łapać niedościgłe. Ciągle było mi ciasnawo. […] Czułam ciągle dziwne pragnienie, jak wędrowiec na pustyni”[57].
Zarówno Sława jak i Andrzej przeżyli okropności i dramaty wojny, łapanki, wymordowanie ich sąsiadów i bliskich, utratę młodości i beztroski pięciu bezpowrotnie minionych okupacyjnych lat. Czy to może ludzi łączyć? Być może oboje nieśli w sobie ten głód wolności, która mogła się wyrażać jedynie poprzez sztukę, a i to nie w pełni, bo czasy, w których debiutowali nie były sprzyjające swobodzie twórczej.
,,Śpiewam, ponieważ to kocham. Tak się szczęśliwie zdarzyło, że mogę to robić profesjonalnie, uprawiać ten zawód. A nie było to do końca oczywiste, ponieważ w młodości byłam dość nieśmiałą osobą, niepewną siebie”[58]-pisała dalej Przybylska. Czy zatem tej młodej, nieśmiałej śpiewaczce mógł zaimponować odnoszący już wówczas sukcesy Andrzej? Z pewnością.
Zapytana o to ,,- Czy ma jakiś ideał mężczyzny?”, odpowiada:,,- Owszem. Musi być wysportowany i… okropnie brzydki. Najpiękniejszy dla mnie, to najbrzydszy dla innych”[59]. Kogo ma wówczas na myśli, pozostaje jej tajemnicą.
W jej książce pojawia się wreszcie wzmianka o Munku: ,,Sława miała 29 lat. Osiągnęła wiele i równie wiele straciła. Była popularna, sławiona, rozchwytywana. W całym <<rozgardiaszu>> sukcesu odczuwała dręczącą ją samotność. A jak pisał Honoré de Balzac <<samotność to próżnia>>. U Sławy była to samotność emocjonalna. Nie wyżyta w pełni młodość, zaczęła dopominać się o swoje prawa. Ogarnęło ją pragnienie pełni życia, spotęgowane przez długie oczekiwanie na to <<coś>> lub tego <<kogoś>>, kto zaspokoi jej potrzebę miłości. Odtrącała licznych <<podbijaczy serc>>, tworząc sobie mozolnym wysiłkiem zaporę rozumowych argumentów. Wreszcie pojawił się On, człowiek, artysta. Wybitny reżyser filmowy, jeden z twórców polskiej szkoły filmowej – Andrzej Munk. Sława była zafascynowana jego twórczością, wiedzą, kulturą i magnetyzmem jego oczu. Z fascynacji zrodziła się wielka miłość, zapełniająca tak dokuczliwą i dręczącą pustkę emocjonalną. Sława poczuła się prawdziwie szczęśliwa. Związek tych dwojga artystów był pilnie strzeżoną sprawą osobistą i nie stał się przedmiotem środowiskowych plotek i komentarzy”[60].
O ile Sława była wtedy kobietą wolną: ,,Skończyłam studia, wyszłam za mąż za kolegę z grupy [Jerzego Kostarczyka]. Nie było to udane małżeństwo i szybko się rozpadło. Jedynym co pozytywne jest córka Blanca”[61], o tyle Andrzej był nadal mężem Halszki.
Reżyser i piosenkarka poznali się w 1960 r. na planie filmu ,,Zezowate szczęście”, w którym Sława wykonywała piosenkę ,,Kriegsgefangenpost”, będąc po raz pierwszy widoczną na ekranie. ,,Tym razem film utrwalił nie tylko jej głos, ale i ją samą. Śpiewała o czasach, które wprawdzie minęły, ale wtedy wszyscy je pamiętali. O listach bez adresu zwrotnego, które podawały jedynie owo Kriegsgefangenpost, co było domem, miastem, ulicą. Ta jej wyjątkowa interpretacja i niewątpliwy talent aktorski sprawiły, że tę scenę i piosenkę długo się pamiętało”[62].
Po wypadku i przedwczesnej śmierci Andrzeja naturalnym uczuciem zakochanej kobiety była rozpacz. ,,Szczęście jak ciepła krew wpłynęło do serca falą powolną, a falą gwałtowną, tajfunem, tornadem odpłynęło. Gdzie byłeś mój duchu opiekuńczy?[…] Zmęczenie mojej duszy i mojego umysłu muszę pokonać, gdyż inaczej zginę. Nie mam żadnego autorytetu, żadnego Przyjaciela. Cóż mi pozostaje? Nadzieja! Że znajdę sposób, coś w rodzaju miecza Demoklesa, którym oddzielę dobro, które jest we mnie, od zła, którym obdarza mnie świat zewnętrzny.[…] Moim ukojeniem będzie praca.[…] Doświadczyłam tego na własnej skórze, jak nieszczęście, które spada na nas niespodziewanie i całkowicie niezasłużenie, zabiera nam sporą część naszego istnienia”[63].
Jak więc sama przyznaje ucieczką od dojmującego smutku i rozpaczy, była praca i przeżycie żałoby: ,,Dzięki wypłakanym łzom poznałam radość chwil samotności, samotnego spacerowania leśną ścieżką i samotnego leżenia w słońcu na leśnej polanie lub nadmorskim piasku”[64].
,,Jestem tym, co umiem,
co pamiętam,
czym żyję,
o czym śpiewam,
tym, czym się raduję
i wszystkim tym,
czym jestem naznaczona”[65].
Reasumując: ,,Myśl o śmierci zupełnie mnie nie przeraża, gdyż żywię mocne przekonanie, że duch nasz jest istotą niezniszczalną, że działa od wieczności do wieczności […]. Nie wątpię w nasze dalsze trwanie, gdyż przyroda nie może się obejść bez entelechii”[66].
Wypadek
20 września 1961 r. Andrzej Munk zginął w wypadku samochodowym. Miał zaledwie 39 lat. Tego dnia rano wrócił do Warszawy z Oświęcimia, gdzie kończono jeszcze zdjęcia do filmu ,,Pasażerka”. Wybrał się z żoną do podwarszawskich Lasek, by pospacerować po lesie, po czym wyruszył swoim Fiatem 600 w kierunku Łodzi, gdzie czekały na jego akceptację dekoracje do dalszej części filmu. Do Łodzi jednak nie dotarł, ponieważ między Sochaczewem a Łowiczem we wsi Kompina doszło do wypadku. Samochód Andrzeja zderzył się z ciężarówką. Z licznymi obrażeniami zwłaszcza w obrębie klatki piersiowej trafił do szpitala w Łowiczu, gdzie około godziny dwudziestej trzeciej zmarł.
Munk został pochowany na warszawskich Powązkach 23 września 1961 r.
,,Wśród tłumu otaczającego świeży grób Andrzeja Munka widniały odświętne góralskie stroje. To jego przyjaciele z podtatrzańskich wsi przyjechali, żeby się z nim pożegnać. Nie było w tej przyjaźni ani śladu artystycznej <<młodopolskiej >> pozy, wymuszonej <<ludowości>>, sztucznego zbratania […]. Munk kochał Podhale: ludzi i krajobraz, folklor, sztukę, język”[67].
Rzeźba
Przyjaciel, sąsiad i drugi reżyser ,,Pasażerki”-Andrzej Brzozowski, zamówił na grób Andrzeja Munka rzeźbę Chrystusa Frasobliwego u iłżeckiego ceramika Stanisława Pastuszkiewicza. Artysta przyjął zamówienie i kazał przyjechać po figurkę za dwa tygodnie. Gdy Brzozowski udał się do Iłży w wyznaczonym czasie, okazało się, że cała iłżecka społeczność jest nieobecna w domach, ponieważ wszyscy właśnie poszli na pogrzeb Pastuszkiewicza. Ulubiony rzeźbiarz Andrzeja, zmarł bowiem wkrótce po nim. Figura Chrystusa została jednak ukończona i zgodnie z ostatnią wolą artysty przekazana na grób Munka. Jednak los, a raczej ludzie nie obeszli się z nią łaskawie, rzeźba była bowiem ciągle niszczona, utrącane były ręce, nogi lub głowa, i w końcu bliscy Munka dowiedzieli się od Zarządu Cmentarza, że znaleziono kartkę, na której ktoś napisał: Na grobie Żyda nie będzie stał Chrystus.
Pasażerka
Na koniec przedstawiam analizę ostatniego i moim zdaniem najważniejszego w filmografii Andrzeja Munka, filmu ,,Pasażerka”, stworzonego na podstawie utworu Zofii Posmysz o tym samym tytule.
Droga ,,Pasażerki”:
W 1959 r. powstało słuchowisko pt. ,,Pasażerka z kabiny 45”, które usłyszał Munk.
W 1960 r. powstał spektakl telewizyjny ,,Pasażerka” w reżyserii Andrzeja Munka, który niestety nie zachował się, bowiem wówczas emisja odbywała się na żywo.
W 1962 r. – powstała nowela ,,Pasażerka”, która została potem rozbudowana (z dodaną postacią Bradleya) i przekształcona w powieść.
W latach 1961-1963 – powstał film fabularny ,,Pasażerka” w reżyserii Andrzeja Munka, skończony przez Witloda Lesiewicza.
[Później jeszcze w roku 1968 r. – powstała opera Mieczysława Wainberga ,,Pasażerka”].
Zofia Posmysz, która przeżyła Oświęcim, opisała w ,,Pasażerce” losy swoje i swojej przyjaciółki Marty, z którą pracowała w obozowej kuchni, splatając je w jeden wspólny obozowy los. W przetrwaniu oświęcimskiej gehenny pomogła jej Niemka Annelise Franz, proponując pracę w buchalterii.
Po wojnie Zofia będąc na wycieczce w Paryżu, przy Placu Zgody słyszy niemiecki głos łudząco podobny właśnie do głosu Annelise Franz. Po powrocie do Polski ta historia tak głęboko osadza się w duszy i pamięci autorki, że ta (za namową męża) w końcu postanawia opisać swoje obozowe przeżycia, co stało się później kanwą zarówno słuchowiska, jak i spektaklu, a w końcu filmu Munka.
Szczegóły różniące:






















Co byłoby dalej…
Andrzej Munk miał jeszcze w planach zrobienia co najmniej kilku filmów, więc jego odejście w tak młodym wieku jest niepowetowaną stratą dla polskiej kinematografii.
Z relacji jego współpracowników wynika, że po swoich największych dziełach: ,,Eroice”(1957), ,,Zezowatym szczęściu”(1959) i niedokończonej ,,Pasażerce”(1961-1963), zamierzał stworzyć najpierw film, z gatunku płaszcza i szpady, o teściu króla Jana Sobieskiego, czyli ojcu królowej Marysieńki (we współpracy z francuskim producentem, był już nawet gotowy scenariusz, który wyszedł spod pióra Jerzego Stawińskiego) a następnie chciał tworzyć film o niemieckim zbrodniarzu Adolfie Eichmannie (z tym pomysłem zwrócił się do Munka argentyński producent). Jak widać była szansa na międzynarodowa współpracę i kooperację, międzynarodowe sukcesy, którym naprzeciw stanęła śmierć reżysera. Oba projekty miały już nawet skrystalizowane tytuły, pierwszy ,,Ojciec królowej” , drugi ,,Bestia w potrzasku”.Przyjaciel Paweł Belyn namawiał go również do przedstawienia losów niemieckiego dyrygenta Wilhelma Furtwänglera, który od miłości do muzyki przeszedł do drogę do uwikłania się w nazizm.
Czy jednak doszłoby do realizacji tych filmów, skoro oprócz samego Munka, tak wielu z jego ulubionych aktorów również zginęło w wypadkach:
– 8 stycznia 1967 r. w wypadku kolejowym we Wrocławiu Zbigniew Cybulski
– 2 lipca 1969 r. w wypadku samochodowym w Buszkowie koło Koronowa Bogumił Kobiela
-17 stycznia 1976 r. Adam Pawlikowski (który miał podobno zagrać rolę Eichmana) wypadł z okna swego mieszkania na ósmym piętrze bloku przy Nowogrodzkiej
– 21 kwietnia 2010 r. w Ruszkach pod Sochaczewem Wojciech Siemion.

foto: archiwum Autorki, Łódź ulica Piotrkowska
[1] M. Hendrykowski, Andrzej Munk. Ludzie polskiego kina, Warszawa 2007, s.14
[2] J.S.Łątka, Bezkarni zabójcy Basi Binder, Warszawa 2018, s.158.
[3] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.87
[4] Dziś mieści się tam nadal Samodzielny Zespół Publicznych Zakładów Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej w Warszawie oraz Centrum Zdrowia Psychicznego.
[5] https://getto.pl/pl/Wydarzenia/Na-Dolnej-w-Lomiankach-pewna-Polka-prowadzila-wynajem-pokoi-pod-plaszczykiem-domu-dla-psychicznie-c, dostęp 02.11.2024
[6] J. S. Łątka, Bezkarni zabójcy Basi Binder, Warszawa 2018, s.158.
[7] J. S. Łątka, Bezkarni zabójcy Basi Binder, Warszawa 2018, s.301
[8] Tamże
[9] Tamże, 303
[10] Marian Fiszer
[11] J. S. Łątka, Bezkarni zabójcy Basi Binder, Warszawa 2018, s.305
[12] Tamże, s.294
[13] Jerzy Łątka w swej książce ,, Bezkarni zabójcy Basi Binder” uparcie i konsekwentnie podaje imiona Magdalena Krystyna.
[14] M. Hendrykowski, Andrzej Munk. Ludzie polskiego kina, Warszawa 2007, s.13-14
[15] Jerzy Łątka w swej książce ,, Bezkarni zabójcy Basi Binder” uparcie i konsekwentnie podaje imiona Halina Jadwiga, nie Halina Joanna.
[16] Obecnie Piotr Leszczyński to Peter Langer
[17] M. Hendrykowski, Andrzej Munk. Ludzie polskiego kina, Warszawa 2007, s.14
[18] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.90
[19] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.136
[20] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.136
[21] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.72
[22] Tamże, 136
[23] Tamże, s.136
[24] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.71
[25] L. Śnieg-Czaplewska, Nina i Józef. Sceny z życia, które minęło, Poznań 2023, s.72
[26] Jerzy Pelc, * [w] A. Munk, Warszawa 1964,s.60
[27] Jerzy Zawieyski, [w] A. Munk, Warszawa 1964,s.80-81
[28] M. Hendrykowski, Ludzie polskiego kina. Andrzej Munk, Warszawa 2007, s.15
[29] https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/andrzej-munk,55122.html, dostęp 02.11.2024
[30] M. Hendrykowski, Ludzie polskiego kina. Andrzej Munk, Warszawa 2007, s.16
[31] B. Hollender, Od Munka do Maślony, Warszawa2017, s.19
[32] Przy Chełmskiej znajdowała się wówczas Wytwórnia Filmów Fabularnych, w której pracował wówczas przy tworzeniu Polskiej Kroniki Filmowej, Andrzej Munk.
[33] E. Zawistowska, Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie, Warszawa 2019, s.295
[34] Tamże, s.297-298
[35] S. Nicieja, A. Próchnik historyk, polityk, publicysta, Warszawa 1986,s. 165.
[36] Tamże, s.165-166
[37] Tamże, s. 367
[38] Tamże, s. 369
[39] W książce B.Hollender ,,Od Munka do Maślony” występuje pisownia tego pseudonimu przez ,,X”, natomiast w innych publikacjach, w tym np. u M. Hendrykowskiego, Ludzie polskiego kina. Andrzej Munk, Warszawa 2007, s.15- ten pseudonim konspiracyjny pisany jest przez,,Ks”- Ksawery.
[40] Podaję imiona za autorką, by zachować wierność cytatu, natomiast prawdziwe imiona to Halszka Kazimiera. Joanna to jedynie pseudonim konspiracyjny.
[41] W mieszkaniu, któregoś z rodziców, bo jak wiadomo, rodzice Halszki byli już wówczas rozwiedzeni i nie mieszkali wspólnie.
[42] B.Hollender, Od Munka do Maślony, Warszawa2017, s.15
[43] https://www.rp.pl/film/art5946131-moja-przyjazn-z-munkiem, dostęp 17.09.2024
[44] https://www.youtube.com/watch?v=cUoEYsiKLb0, dostęp 1.11.2024, 35:00
[45] M. Hendrykowski, Ludzie polskiego kina. Andrzej Munk, Warszawa 2007, s.17
[46] Informację tę podaję za Markiem Hendrykowskim, który umieścił ją w swej książce ,,Ludzie polskiego kina” na stronie 18, jednak w spisie liceów warszawskich (obejmującym również okres ich przedwojennego istnienia), nie widnieje liceum z takim patronem: https://pl.wikipedia.org/wiki/Licea_og%C3%B3lnokszta%C5%82c%C4%85ce_w_Warszawie, dostęp 02.11.2024
[47] B. Hollender, Od Munka do Maślony, Warszawa2017, s.20
[48] P. Beylin, Widziany z bliska [w] A. Munk, Warszawa 1964,s.50
[49] https://www.rp.pl/film/art5946131-moja-przyjazn-z-munkiem, dostęp 17.09.2024
[50] M. Hendrykowski, Andrzej Munk. Ludzie polskiego kina, Warszawa 2007, s.82
[51] https://www.rp.pl/film/art5946131-moja-przyjazn-z-munkiem, dostęp 17.09.2024
[52] Jerzy Pelc, * [w] A. Munk, Warszawa 1964,s.60
[53] Andrzej Brzozowski [w] A. Munk, Warszawa 1964,s.55
[54] Tamże, J. Pelc, s. 61
[55] Tamże, s.60
[56] M. Hendrykowski, Ludzie polskiego kina. Andrzej Munk, Warszawa 2007, s.18
[57] S. Przybylska, Radosny smutek przemijania, Warszawa 2016, s.15
[58] Tamże, s.48
[59] Tamże, s.75
[60] Tamże, s.87
[61] Tamże, s.61
[62] Tamże, s.107
[63] Tamże, s.89
[64] Tamże, s.141
[65] Tamże, s.101
[66] Tamże, s.122
[67] Jerzy Pelc, * [w] A. Munk, Warszawa 1964,s.61
[68] Z. Posmysz, Chrystus oświęcimski, Oświęcim 2014, s.11
[69] Tamże
[70] M.Wójcik, Zofia Posmysz Królestwo za mgłą, Kraków 2021, s.187.
[71] Film ,,Pasażerka” to 12:36 i 30.19 minuta filmu.
[72] Film ,,Pasażerka” to 10:34 i 19:13 minuta filmu.
[73] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.47
[74] Pasażerka” to 9:20 minuta filmu.
[75] M.Wójcik, Zofia Posmysz Królestwo za mgłą, Kraków 2021, s.162
[76] https://ssaufseherin.blogspot.com/2022/07/anneliese-franz-nadzorczyni-z-filmu.html, dostęp 24.05.2024
[77] M.Wójcik, Zofia Posmysz Królestwo za mgłą, Kraków 2021, s.160.
[78] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.44
[79],,Pasażerka” to 7:53 minuta filmu.
[80] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.41-42
[81] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.64
[82] Film ,,Pasażerka” 18:22 minuta filmu
[83] https://www.auschwitz.org/historia/podobozy/raisko/, dostęp 05.06.2024
[84] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.94
[85] Film ,,Pasażerka” 26:50 minuta filmu
[86] Słowo medalik, strona 83
[87] Film 28:47 minuta filmu
[88] M.Wójcik, Zofia Posmysz Królestwo za mgłą, Kraków 2021, s. 179.
[89] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.66
[90] Tamże, s.67
[91] Tamże, s.72
[92] Tamże, s.68
[93] Film ,,Pasażerka, 31:38 minuta filmu.
[94] M.Wójcik, Zofia Posmysz Królestwo za mgłą, Kraków 2021, s.167
[95] Tamże, s.167
[96] Z. Posmysz, Pasażerka, Czytelnik, Warszawa 1971, s.79