Opowieści Lubelskie. Fragmenty ze wspomnień.

1. Dom i Halina

Ten dom zawsze był tajemniczy. Wszyscy to wiedzieli, ale nikt o tym nigdy głośno nie mówił, panowała swego rodzaju zmowa milczenia. Widzieli te „dziwy”, jakie miały tam miejsce, ale cicho sza. Pamiętam piwnicę z białego kamienia i drewniany strych. Bałem się tam pójść.

Tato mi opowiadał, że czasem w nocy słychać hałasy w piwnicy i wyraźne kroki, jakby ktoś chodził po strychu. Wszyscy to słyszeli, ale nikt o tym nie rozmawiał. Tato był sceptykiem, twardo stąpał po ziemi i taki jest do dziś, ale te „duchy” też go zastanawiały. Po śmierci mamy, do piątego roku życia, mieszkałem tam w tym domu. Wychowywali mnie dziadkowie: Kazimiera i Zbigniew. Mieszkali z nami także pradziadkowie Maria i Marceli.

Tata przyjeżdżał co niedzielę, później już byłem z nim w dużym mieście. Co weekend jeździliśmy do Krasnegostawu, skąd pochodzi.

Był grudzień 1970 roku, tuż po świętach, wieczór. W pokoju od ulicy, który był pokojem mamy, stała choinka: nieduża, niemała, piękna. Nagle mama zaczęła krzyczeć i wołać mojego tatę a Jej męża- Tadeusza. Przybył szybko do pokoju. Wskazała na okno. W rozświetlonym tylko uliczną lampą oknie, zobaczył cień, tak jakby ktoś przemykał na zewnątrz tuż przy szybie. Spytała: widzisz to? Odpowiedział: tak. Cień mężczyzny powoli przesuwał się. Zawołali mojego dziadka. Potwierdził, też to widział. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot przechodzący ulicą mężczyzna, gdyby nie to, że okno wychodziło na ogród i znajdowało się na wysokości pierwszego piętra. Wyszli na zewnątrz, wszyscy troje. Lekko padał śnieżek. Nie było na nim żadnych śladów, nic.

Może by o tym zapomnieli, ale trzy tygodnie później moja Mama leżała w tym pokoju na tapczanie. Z przerażeniem wpatrywała się właśnie w to okno umierając. To był 21 stycznia 1971 rok. Mojego taty tam nie było , był tego dnia w pracy w wielkim mieście. Przy mamie była cała rodzina oprócz męża i brata. Miała 21 lat. Była chora na epilepsję, ale łagodną. Nic jej śmierci nie zapowiadało. Urodziła przecież mnie, miałem wtedy 3 lata.

Tata mówił, że przed wyjazdem na te ostatnie święta wszystko zostawiła w idealnym porządku w ich wspólnym mieszkaniu. Jakby przeczuwała. Mamy nie pamiętam, ale czuję te nastroje. Najbardziej ten dziwny dom, dom który musi skrywać jakąś tajemnicę.

Dziś kiedy jestem w Krasnymstawie, mijam go idąc na cmentarz. Przechodzę obok i czuję dziwny lęk…

2. Dom. Tata. Krasnystaw

Wieczorami wracając do domu: wbiegałem, zapalałem światła w pierwszym przedpokoju, drugim, potem w kuchni, później odwracając się zamykałem po kolei drzwi i gasiłem światła. Lęk. Ten dom to lęk. Mając 18 lat robiłem tak samo. I ten cmentarz. Kiedyś kuzynka Basia miała spotkać się ze znajomymi. Spóźniła się. Szła sama. Późne letnie popołudnie. Dużo starych drzew. Grobowce tuż przy chodniku odgrodzone niskim płotem. I usłyszała śmiech dziecka. I coś jakby klaskanie w dłonie. Uciekła bez tchu. Z sercem w gardle. Miała jakieś siedemnaście lat.

A teraz tato. Chodził wtedy do trzeciej klasy szkoły podstawowej, gdy nauczycielka od języka polskiego zabierała go do lasu i na łąki, żeby zbierał zioła, które potem suszyła na strychu. Tamtego dnia, jak zwykle przygotowała kanapki z jajkiem na twardo. Czas był trudny. Te kanapki wiele dla taty znaczyły. W domu się nie przelewało. Ich zapach pamięta do dziś. Jakoś dłużej im wtedy zeszło przy zbieraniu tych ziół. Wracał do swojego domu dobrze po zmroku, przechodząc koło dużego kościoła. Na ulicy nie było nikogo. Po lewej stronie był plac po zniszczonym domu. Czuł się trochę nieswojo. Zobaczył i usłyszał, że po drugiej stronie ulicy w jego kierunku podąża jakiś mężczyzna. Ucieszył się, że nie jest sam. Kiedy mężczyzna był mniej więcej na jego wysokości obok pustego placu , chciał mu się przyjrzeć. W świetle żarówki na drewnianym słupie już go nie dostrzegł. Nie słyszał też chrzęstu żwiru pod butami. Przechodnia nie było. Nie miał dokąd wejść, ani skręcić. Nieopodal stał dom, w którym mieszkała jego mama.

Tato prawie biegł. Kiedy już miał skręcić do bramy swojej kamienicy, dostrzegł w niej opartego mężczyznę. Spoglądnął w jego kierunku. Oświetlał go tylko blask księżyca. Mężczyzna stał bez ruchu, lecz wyczuwało się jakieś napięcie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale jego wzrost…

Miał ze dwa metry albo więcej. W tamtych czasach nie spotykało się tak wysokich ludzi. Tato przerażony pobiegł do nauczycielki, nie oglądając się za siebie. Ona zobaczywszy, że drży z przerażenia, zrobiła mu herbaty. Potem odprowadziła go do domu. Taka historia. I jeszcze jedna…

Tato ma zdjęcie zrobione na cmentarzu żydowskim. Właściwie są tam tylko zarośla, trochę łąki i las. Oddalony o jakieś sto pięćdziesiąt metrów od osoby, która robiła to zdjęcie. Nad linią lasu widać trzy postacie. Wyraźnie je widać nad drzewami. Są duże. Ale to nie obłoki, nie chmury, nie cienie. Wyraźne postacie ludzi. Trzy. Fotografia zrobiona w latach pięćdziesiątych. Czarno – biała, stara, ale wyraźna. One są nad lasem, w którym zabijano Żydów podczas wojny. Może to jest trzech rabinów, trzech proroków, może… Nie wie, co mówi kabała, kiedyś zapyta.

Takie to historie w Krasnymstawie…

3. Stryj

Babcię Kazimierę pamiętam najlepiej, może dlatego, że spędzałem u niej niemalże każde wakacje. Pamiętam także jej rodziców, a moich pradziadków: Marcelego i Marię, ale już mniej, bo szybko odeszli z tego świata.

Rzecz działa się w Krasnymstawie, miasteczku niewielkim, do którego tak często jeździłem w młodości, ale i teraz w życiu dorosłym do niego wracam, przynajmniej dwa razy w roku, na Święto Zmarłych i na Dzień Matki.

Ojciec babci, czyli Marceli siedział w łózko po nieudanej punkcji kręgosłupa przez wiele lat i to zostało uznane: jako kara za grzechy. Ludzie go nie lubili. Przed wojną był zawiadowcą stacji, dodatkowo pożyczał pieniądze na procent. Wręcz przeklinali go. Nie był dobrym człowiekiem. Prababka Maria, jego żona, do samej śmierci była przekonana, że Pan Bóg stworzył biednych i bogatych. W taki podział święcie wierzyła. Codziennie chodziła do kościoła i na cmentarz. Zabierała tam mnie. To były moje wakacje. Pamiętam zapach cmentarza. To chyba bratki pachniały tak okropnie. Było ponuro, nie słonecznie. Bałem się.

Syn pradziadków po wojnie wypłynął kajakiem łowić ryby. Z granatami, które na strychu schował stryj, tak na wszelki wypadek. Imienia stryja nie pamiętam. Wuja też nie.

Urwało mu głowę. Podobno ludzie mówili, że to za karę. Innym nic się nie stało. Upuścił ten granat pod nogi. Taka historia.

Babcia Kazimiera miała charakter swojej mamy. Była skromna i bogobojna. Żyła krótko, gdy zmarła miała zaledwie sześćdziesiąt trzy lata. Dziś ludzie żyją dłużej.

Stary cmentarz usytuowany naprzeciw babcinego domu, i szkoła: zimna, cicha i zamknięta; towarzyszyły mi w każdej chwili. Były widoczne z każdego miejsca. Wieczorem bałem się najbardziej. Oprócz mnie nie było tam nikogo, nie miałem właściwie rówieśników, poza kuzynką, ale z dziewczynami nie zadawałem się wówczas, jeszcze nie.

Miałem jakieś siedem, może osiem lat, był czwartek, zapamiętałem, bo tego dnia w telewizji nadawali program dla dzieci, bardzo popularny: „Ekran z bratkiem”. Lata siedemdziesiąte. Odbijałem piłkę o drewniany płot. Gumowa, pomarańczowa piłka, pamiętam jak dziś. Dom babci znajdował się przy wąskiej uliczce, na przedmieściach miasta. Na przeciw szkoła i stary katolicki cmentarz. I widzę. Idzie ulicą, na której nikogo nie było, w moim kierunku, tak jakby do mnie, od strony miasta, jakiś mężczyzna. W domu wszystkie drzwi i okna otwarte. Bo lato. Wbiegłem do domu. Minąłem jeden przedpokój, drugi, kuchnię, wbiegłem do pokoju., A on wszedł za mną. Nienaturalnie wysoki, ze spuszczoną głową, przygarbiony w szarym długim płaszczu. A było gorąco. To dlatego czułem, że coś jest nie tak. I powiedział do mnie: ,, czego się boisz ?” Zawołałem babcię głośno: „Babciu, babciu, jakiś pan do Ciebie.” Przyszła szybko, a on w międzyczasie odwrócił się i wyszedł. Wybiegliśmy za nim. Nie było go. Właściwie powinna się z nim minąć. A jego nie było. Rozmył się tak nagle. Gdy powiedziałem, jak wyglądał, ona zbladła. Z opisu wynikało, że to był stryj, brat jej ojca, który kiedyś mieszkał w tym domu…Nie żył od piętnastu lat, pamiętam to wyraźnie. Jak sobie przypomnę, gęsią skórkę mam za każdym razem, choć minęło tyle lat. Ciągle to pamiętam.

Krasnystaw przy ulicy Poniatowskiego. Dziś tam jest trochę inaczej. Ostatni raz byłem w zeszłym roku w maju odwiedzić grób mojej zmarłej mamy Haliny. Zmarła, gdy miałem zaledwie trzy lata, nie dane nam było nacieszyć się sobą. Na tym cmentarzu spoczywa niemalże cała nasza rodzina ze strony mamy: wujek, któremu głowę urwało, dziadkowie, pradziadkowie i stryj, którego imienia nie pamiętam.

Niedaleko lasu jest stary kirkut, biegałem tak często. Widziałem rozbite macewy, nie rozumiałem dlaczego są porozbijane. Może odnowili. Może…dawno tam nie byłem.

Jest też cerkiew, nieczynna, ale jest.

Wychowywał mnie tata, sam bo mamy zabrakło. Jest mi bardzo bliski. Będąc ze mną, jak byłem mały często zabierał mnie do pobliskiego lasu. Zrobił kiedyś łuk. Wychodząc zostawiłem go na ścieżce. Oglądałem się i myślałem, jak jest na tej ścieżce, kiedy nas tam nie ma. Czy tylko cienie się bawią i wcale za nami nie tęsknią. To my je przywołujemy. Podchodzą niechętnie, bo przerywamy im zabawę. A jeżeli to my jesteśmy dla nich cieniami ? A jeżeli to one żyją a nie my? Gdy tak dywaguje, mój tata mówi: „ jesteś jak ten stryj…którego imienia nie pamiętamy..”

4. Garnitur i Ewa

Tato miał kolegę, właściwie bardziej znajomego. Miał wówczas 9 lat, a ten znajomy 18. Chłopak był bardzo przystojny. Dziewczęta się za nim oglądały. Niestety był biedny i tego się wstydził. Poszedł do pierwszej pracy. Kiedy dostał pierwszą wypłatę, udał się do krawca i zamówił sobie garnitur.

Tuż przed wypłatą był u kobiety, która wróżyła. Powiedziała mu, że zimy nie doczeka. Nie chciała od niego nic za przepowiednie. Kiedy już uszyto garnitur, jasny, z doskonałego materiału, stanął przed lustrem i powiedział:” no teraz to mogę umierać.”

To był sierpień 1946 roku. Dwa tygodnie później, w ratuszu miejskim w Krasnymstawie , odbyła się zabawa. Byli tam urzędnicy z miasta, młodzież, żołnierze, milicjanci, dziewczęta z ogólniaka, nauczyciele. To było wczesne popołudnie. Bandyci z lasu wrzucili przez otwarte okno granaty. Zginął on , kolega taty z jednej kamienicy i jeszcze trzydzieści try osoby. Między innymi dziewczyna, szesnastoletnia, której grób odkryłem zupełnie przypadkowo – Ewa. Szedłem przez cmentarz. Moją uwagę przykuło zdjęcie nagrobne uśmiechniętej ale tak jakoś smutnej dziewczyny. Wcześniej tego nie widziałem. Tak jakby czekała aż też będę miał 16 lat. Uśmiechniętej smutno. Jakby chciała mi coś powiedzieć. Później często tam chodziłem. Wpatrywałem się w tą fotografie Zdawała mi się poruszać ustami. Była śliczna. I ten uśmiech. Smutny bardzo. Jakby chciała mi coś powiedzieć…

5. Śmierć

Wydaje mi się, że spostrzegłam śmierć przynajmniej kilkanaście razy. Przez uchylone drzwi korytarza. To była dziewczyna o śródziemnomorskiej urodzie. Około trzydziestu lat. Ciemne, rozpuszczone włosy, ciemne oczy. Bardzo ładna. W lnianych, żeliwnych spodniach.. Czy zima, czy lato. I koszulka, tunika, poniżej pasa. Sandałki na nogach, takie z rzemyka. Leciutko w nich stąpała. Zawsze jadła loda. Nie uwierzysz, czułam zapach wanilii. Zawsze. I na korytarzu i na oiomie. Na imię miała Nikola, coś nostalgicznego. Nuciła pod nosem, cichutko. I jadła loda, normalnie, jakby nigdy nic. I nuciła. Podchodziła do człowieka leżącego i całowała w czoło. A on przestawał oddychać. Odwracała się i wychodziła. Zawsze po tym czułem chłód. Widziałam to kilka razy. Nie zwracała na nic uwagi. Na łzy, na rozpacz, na cierpienie, na nic. Tak jakby nic się nie stało…