„Tak bardzo mi źle” [list]

Tak bardzo mi źle. Jestem, bo jestem. Straciłam sens życia. Dni jednostajnie szare, wszystkie podobne do siebie, potęgują mój ostracyzm do własnej osoby. Dzień podobny do nocy, a noc do strachu. Barwy deszczowej jesieni: szarość i czerń i zapach zgnilizny przytłaczają resztki  nadziei. Umiera dusza. I nie ma dla niej ratunku.

W naszym przypadku poezja nie sprawdziła się. Ty zresztą mówiłeś, że nie rozumiesz moich wierszy. A są takie proste, jak słowa miłości i szczere, jaką była nasza miłość. Widocznie to uczucie było dla ciebie za trudne. Zabrakło prozy, tej zwyczajnej, prozy życia. Nie pozostawiłeś mi złudzeń, zabrałeś marzenia.

Za oknem słońce, szczęśliwi ludzie spacerują, trzymając się za ręce. On i ona, zakochani w sobie, jak niegdyś my. Zasłaniam okno czarną kotarą i wędruje do krainy śmierci. Jestem sama, nie cieszy mnie słońce, ludzie ani życie. Nie potrafię się uśmiechać. Nie potrafię udawać, że żyję.

Ciągle piszę do ciebie stosy listów, rozmawiam w każdej chwili żalu i uniesienia, ale ty tego nie słyszysz. Słucham muzyki, tej, która nas urzekała swoją wrażliwością, delikatnością i romantyzmem, która muskała nasze nagie ciała w chwilach rozkoszy. Moje ciało niczym róża, rozkwitło czerwienią i zwiędło odtrącone, by umrzeć w rozgoryczeniu.

Czuje się, jakbym miała dwieście lat, a przecież ludzie tak długo nie żyją. Ciążą mi za długie ręce i nogi, ciąży głowa pusta i boląca. Na uszach zwisają ciężarki a gałki oczne balansują nad przepaścią. Równowaga konkuruje z pijaństwem, a ból z otępieniem. Szukam ratunku.

Gościniec wita nas prowincjonalizmem, prostotą, brzydotą i zapachem piwa. Alkohol dobry  na smutki. Nie dla mnie. W wirze tańca upajam się jarmarczną muzyką, kiepskim głosem grajka. Na chwilę nie jestem sobą. Opowiadam jakieś dowcipy, które bawią innych, nie mnie. Pozwalam sobie na głośny śmiech i płacz. Znowu płaczę.

Słyszę, jaką jestem piękną kobietą. W ustach młodego człowieka, zakrawa to na żart. On jednak nie żartuje, a ja zdaje sobie sprawę, ile to już mam lat. Patrzę w lustro, widzę kobietę smutną, zagubioną i przybladłą. Znowu piegi są widoczne, rude włosy mnie szpecą. Nie lubię siebie. Śpię w dzień, w nocy nie mogę zasnąć. Wypalam za dużo papierosów, schudłam kilka kilogramów. Przyjaciele martwią się o mnie, a ja przecież już umarłam.

Pukają do mych drzwi ludzie. Moja otospondiosis pilnuje wejścia. Jest strażniczką mojego cierpienia. Kanapa, niegdyś niewygodna, narzekaliśmy na nią, jest enklawą spokoju. To oaza mojego nieistnienia.

Czy można oszukać czas? Tak bardzo chciałabym go cofnąć albo zatrzymać przy sobie na dłużej. Nie dałeś mi szansy kochania ciebie ponadczasowo. Ofiarowałeś mi przeciętność.

Czytam twoje listy i zastanawiam się, czy były skierowane do mnie? Tyle słów, aż tyle i tylko tyle. Słowa, słowa… Oglądam zdjęcia i nie poznaje ciebie. Serce mi przyspiesza, puls wariuje, ręce drżą. Tak bardzo tęsknie za tobą. Moja dusza umarła. I nie ma dla niej ratunku.

W kulminacyjnym momencie zawiodła teraźniejszość. Zabrakło mojej determinacji i twojej odwagi. Zagrały  skrzypce i usłyszałam między strunami słowo: „nie”. 

Mój upadek jest bolesny. Konsumowałeś mnie po woli, po kawałeczku wysysałeś  wrażliwość. A ja, wierzyłam, że cudowna przyszłość nadejdzie. Jak bardzo można być naiwnym, jak bardzo zaufałam miłości, której tak naprawdę zabrakło. 

Moje myślenie jest chaotyczne. Biega między prawdą a fałszem i ciągle nie znajduje odpowiedzi. Sfrustrowana winię siebie. Bo czy powinno ufać się bezgranicznie komuś, kto kocha bez nadziei na spełnienie. Tego mi nie powiedziałeś. Mogę mieć żal tylko do siebie. I może do świata, że jest pełnią niespełnioną w otchłani wieczności. Ale to już nie mój problem, nie nasz, ludzi małej wiary.

Rozwiązuje rebusy, kreślę krzywe koła przyszłości. Kwadratami otaczam ciebie. Chciałabym dorysować furtkę, lecz zatrzasnąłeś ją na zawsze. Lubisz siebie. To wcale nie musi boleć. Zapadam w sen. Wiele snów i nie widzę ciebie. Łyk goryczy odtrutką na ból. Herbatka ziołowa zaparzona we łzach. Czy na pewno to pomaga?

Moje pudełeczko wspomnień i nadziei ląduje między szpargałami. Tam z czasem osiądzie na nim kurz. Czy jestem sobie bliska? Może czas, aby zaprzyjaźnić się ze sobą. To trudne, ludzie mi na to nie pozwalają. Nie pozwala mi na to los, los człowieka umęczonego. A tak chciałabym polubić siebie…

Zegar wybija godziny, są policzone. Nie wiem tylko jak wiele mi ich pozostało. Czym są one bez ciebie? Czas bez ciebie, życie bez ciebie. Sens bez ciebie, to bezsens.

Pogrzeby są przygnębiające, szczególnie gdy dotyczą najbliższych. Czy można wskrzesić umarłą duszę? Czy jest nadzieja na zmartwychwstanie? Dziś nie znam jeszcze odpowiedzi!