Ściągacz czy Ściągalski?

M: kto?
D: dlaczego?
C: u kogo? od kogo?
B: od kiedy?
N: w jaki sposób? jaką metodą? M: o kim? o czym?
W: O! Ściągaczu! O! Ściągalski!

Od kiedy?

Jak świat światem, a żak żakiem istniał twórczy fenomen produkcji ściąg i odtwórczy proces korzystania z nich. Uczniowie i studenci do dziś prześcigają się w coraz bardziej spektakularnych metodach przechytrzania wzroku i czujności nauczyciela. Przy czym ci ostatni dzielą się na tych, co trochę tu i ówdzie pozwalają zerknąć oraz na tych, którzy aktywnie i skutecznie przeszywają wzrokiem: bacznym, badawczym, tropiącym, przenikliwym i zabijającym (na miejscu, bez zabierania jeńców).

Kto?

Fenomen zdaje się też tkwić w samej motywacji, bowiem o ile do nauki, delikwenta (poza nielicznymi wyjątkami) zagonić raczej trudno (no bo przecież z góry wiadomo, że ,,nic nie było zadane”), (a zaobserwowane apogeum ,,naukowstrętu” przypada najczęściej między 7 a 18 rokiem życia, potem bezsilny rodzic zwykle odpuszcza); o tyle do tworzenia ściąg (procesu bądź co bądź praco i czasochłonnego) zachęcać jakoś nie trzeba. Uczniowie i studenci tworzą w pocie czoła mrówczą robotę, zwijają i zawijają jak świstaki, tkają: drobne, misterne, pieczołowicie zapisane starannym pismem harmonijki, niczym pająki swą sieć. I to bez zachęty, bez wstępnej nagrody, bez zaliczki, bez gratyfikacji materialnej (choć podobno zdarzają się rodzice płacący swym latoroślom za dobre oceny; ale nie będziemy tu poruszać tematu skorumpowania nieletnich), bez nacisku, bez przymusu, a niekiedy nawet … bez potrzeby. Tkają tę sieć, tworzą tę nielegalną produkcję prawie jak ulotki na powielaczu.

Dlaczego?

Może jest to pierwotna skłonność bądź potrzeba jednostki (do) zrobienia czegoś nielegalnego, zadziałania wbrew władzy (jaka by ona nie była: domowa, lokalna, szkolna), rodzaj buntu i sprzeciwu przeciw wszelkim: prawom, ograniczeniom, zasadom – przypisany młodości.

Ale może to być też rodzaj dreszczyku emocji, adrenalina, której człowiek potrzebuje (złapią mnie, czy się uda?) i satysfakcji (nie nauczyłem się; a zdobyłem, przechytrzyłem). Skoro mamy to w genach od pokoleń, to można by rzec, że jest to też zobowiązująca wielowiekowa i wielopokoleniowa tradycja.

U kogo?

Ale jeśli nawet gnani jesteśmy tym wielowiekowym, pierwotnym instynktem; to jednak jakiś ,,postępowy” neuroprzekaźnik każe nam selekcjonować obserwatorów naszych poczynań.

Mówiąc krótko, czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego u jednych nauczycieli ściągamy, a u innych odpuszczamy? Czy i w jakim stopniu ma na to wpływ osobowość nauczyciela?

Jeśli ma, to można by wysnuć śmiałą teorię, że niektórzy sami są sobie.. nie, że od razu winni… ale powiedzmy… trochę prowokują podprogowo.
Żeby nie być gołosłowną podam przykład: był sobie wykładowca ,,motyl”, który rozpraszał się przy każdym szmerze i szeleście (ale jak?! …wzbijał się natychmiast do biegu, jak ukłuty szpilką…), więc, gdy kiedyś ktoś dla żartu zastukał do drzwi sali wykładowej, po czym uciekł, ,,motyl” natychmiast pobiegł w kierunku drzwi, i tak go to zdekoncentrowało, że już było po zajęciach. Ciągle próbował dociekać, kto i dlaczego mógł to zrobić?! Jego zajęcia były często takie właśnie poszarpane i chaotyczne, w związku z czym ciężko było, nabyć na nich wiedzę. Dodatkowym rozpraszaczem (działającym na wykładowcę, nie na studentów[!]) były przejeżdżające obok budynku uczelni, pociągi. Cóż; brak wiedzy w tym przypadku trzeba było zrekompensować sobie harmonijką, oraz usprawiedliwić starym porzekadłem, że okazja czyni złodzieja.

U kogo się ściąga? Hmm…trudna weryfikacja, bo sprawa zróżnicowana. O ile w przedziale wiekowym 7-18 – odpowiedź nasuwa się taka, że u każdego; o tyle u studentów- jest to bardziej wybiórcze i wyrafinowane. Uczeń ściąga, bo się nie nauczył, bo ma nóż na gardle (w postaci: wymówek, domowej wojenki, szlabanu, odebrania kieszonkowego). Kwestia doboru przedmiotu i nauczyciela wydaje się w tym wypadku drugorzędna. Ale nie u studenta. Ten zwykle ściąga u tego wykładowcy, którego albo mówiąc eufemistycznie lubi bądź rozumie mniej, albo materiału jest tak dużo, że trzeba zaopatrzyć się w dodatkową ,,ściągową” pamięć, albo też przedmiot ,,nie leży”, czyli tematyka bądź zakres obejmuje treści, które nie są tym, co tygryski lubią najbardziej.

Nie wiem, czy nadal i czy wszędzie, ale zdarzały się uczelnie/ kierunki humanistyczne, na których były prowadzone np. zajęcia z logiki, które z logiką nie miały nic wspólnego, za to z matematyką sporo. Były to zadania typu: jeśli siedem zielonych słoni spotkało dziewięć żółtych kotów, to ile było gór za lasami? To się obliczało jakimiś mega długimi wzorami i kończyło się bólem głowy. Dla humanisty właściwie nie było różnicy, czy zajęcia były prowadzone w języku polskim czy chińskim, bo rozumiał z nich dokładnie tyle samo. Ten kto wymyślił i przypisał je do uczelni humanistycznych, był geniuszem reformy oświaty i logistyki. Według mnie jest jeszcze taka kategoria ,,wykładowca z definicji, nie z powołania”, czyli taki , który alergicznie reaguje na zmiany w tekście i własne zdanie tudzież poglądy studenta; hołubi natomiast definicje (im dłuższe i bardziej zawiłe, tym dla niego smaczniejsze). Jest szczęśliwy tylko wtedy, gdy student pisze słowo w słowo, to co sam kiedyś podyktował. Napawa się, chełpi, wygrzewa w blasku tych swoich elaboratów na przynajmniej kilkadziesiąt stron, a ty się studencie męcz i wkuwaj. Byle 3x z – zakuć, zaliczyć, zapomnieć. I niech się studencki kmiotek nie ośmiela w tym skończenie doskonałym dziele naukowym, dokonywać jakichkolwiek: zmian i przekształceń. Niech go ręka boska broni przed tym świętokradczym zamachem stanu. A jakby się kiedyś ważył tę rękę podnieść, to mu się ją upitoli, skrzydło podetnie i zamieści odniesienie w indeksie.

Wychował się taki ,,deficjonista” na regułkach, rozkwitł pięknie niczym pelargonia w czerwonej doniczce, wykształcił siebie i pokolenia, więc po co ma zmieniać schematy?! Niechaj żyje rugowanie samodzielnego myślenia i niech się święci niczym maj! Czy zauważyliście, że są też tacy nauczyciele, u których za nic w świecie nie pozwolilibyście sobie na ten przestępczy proceder ściągania? I to wcale nie ze strachu przed represjami, a z sympatii i szacunku do nich? ,,Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, może więc – drodzy nauczyciele – warto trochę serca pacholętom okazać.

Są też i tacy pedagodzy (uczciwie to trzeba przyznać), których ani zmylić, ani przechytrzyć, ani uśpić ich czujności się nie da, lub też czynić tego zwyczajnie nie warto.

W jaki sposób? jaką metodą?

Przejdźmy teraz do skutecznych, acz czasem astronomicznie prostych metod i sposobów prowadzenia tej nierównej potyczki. Dlaczego nierówna to walka? A no, czy równą można nazwać strategię, gdzie na jednego gracza – obserwatora przypada średnio od 25 do 36 graczy, których trzeba spenetrować wzrokiem?! A przecież nie do końca wiadomo, kto się kręci, wierci bezowocnie; a kto gorączkowo szuka po kieszeniach owoców nocnej produkcji. Kto sięga po chusteczkę, a kto po ściągaweczkę …namierzanie, tropienie, polowanie…trwa.

Myślę, że mogę podać (bez uszczerbku, dla którejkolwiek ze stron) mistrzowski sposób ściągania w XX w., no powiedzmy półmistrzowski, bo miał on też swoje słabe strony, przede wszystkim taką, że był tylko dla dziewczyn i długowłosych chłopaków.

Znany mi przypadek dotyczył zajęć z ekonomii, dość trudnych, bo zakres do każdego kolokwium obejmował niekończące się definicje, bez żadnych własnych wtrąceń, co humanistom zwiastowało zwykle klęskę. Nagrywało się te definicje kaseciakiem, wrzucało do walkmana, słuchawki w uszy i jakoś można było przetrwać semestr. Taka chałupnicza produkcja, samosiejka, bez akceptacji Zaiks-u, co do praw autorskich.

Nie wspominam o tradycyjnych metodach zapisywania notatek na: dłoniach, kolanach, nadgarstkach i paskach- bo to oklepana metoda dla mięczaków, którą zna chyba każdy.

Jest jeszcze metoda ,,czarnej okładki”, tajemnicza niczym ,,czarna teczka” Tymińskiego (dla niewtajemniczonych – był sobie kiedyś taki kandydat na prezydenta, który wyskoczył niczym królik z kapelusza w 1990r, zaskarbiając sobie przychylność Polaków [zdobył prawie 4mln głosów], strasząc swoją ,,czarną teczką”).

Na tej okładce: zeszytu, teczki, notesu (nieważne co to było, byle było czarne) pisało się, a raczej wyciskało, rzeźbiło jakby rysikiem zarys tekstu. Skuteczność warunkował jednak: sokoli wzrok studenta i kurzy wykładowcy. Cóż, łut szczęścia jak wszędzie, też nie zaszkodził.

Od kogo?

Warto jeszcze wspomnieć o sposobie ,,na sępa” (dla leniwych). Po ,,kiego” grzyba robić samemu ściągi, jak można spisać z drugiego. Tylko, że tu wzrasta ryzyko, czy sąsiad z ławki: a) da odpisać, b) ma na ściądze, co trzeba c) trafi się wystarczająco kumaty?! Bo gdy mamy wykładowcę nieufnego, ze skłonnością do rozsadzania po kątach, to nie wiemy, gdzie i na jakiego sąsiada trafimy. Jak sęp na sępa, to leżycie obaj.

O! Ściągaczu! O! Ściągalski!

Na koniec wyjaśnić wypada różnicę między Ściągaczem, a Ściągalskim. A no taka to różnica, jak między trąbą i Trąbalskim.
Ściągacz pospolity – to harmonijkowy tradycjonalista, Ściągalski ulepszalski – to stan umysłu, inwestujący w postęp i nowe nośniki przekazu.