Lukrowane pierniczki

Są szkoły rodzenia, jeżdżenia, są kursy robienia past twarogowych, kursy kroju i szycia, szydełkowania, pląsania, pieczenia ciast, gotowania, grafiki, pisania scenariuszy, pierwszej pomocy; ale nigdzie nigdy nie spotkałam kursu przygotowawczego przed podjęciem decyzji o macierzyństwie, czy szerzej rodzicielstwie. Dlaczego nikt dotąd o tym nie pomyślał?! Wszak to najważniejsza, najtrudniejsza, najbardziej rzutująca na cały przebieg życia- decyzja, a pomoc w jej podjęciu, tak spychana na margines z karteczką: ,,jakoś to będzie”, ,,inne/inni sobie rodzą”, ,,jak urodzisz, to przepełni cię fala szczęścia i instynktu, która cię poprowadzi”. Jest presja społeczna i jest przekonanie, że ten nieszczęsny, kapryśny, mający przecież swoje widzi mi się – instynkt, pojawi się wraz z pierwszym krzykiem dziecka i pierwszą kroplą pokarmu. Nikt nam nie mówi, że wcale nie musi tak być, że to opcjonalne, nieprzynależne każdemu/każdej osobniczce naszego poczciwego ssaczego gatunku.

A co gdy zalewa nas fala: troski, bezradności, rozgoryczenia, rozczarowania, rozpaczy i wyrzutu?! Wtedy zwykle jest już o jeden most za późno, nie ma już odwrotu, ten most za nami, to most zwodzony albo zwodniczy, linowy niestabilny, osuwa się odcinając drogę ucieczki. Dziecko jest z tobą i gracie harmonijnie na dwa akordy, gdy ono krzyczy, w tobie wrzeszczy wszystko jeszcze głośniej, drga od potarganej duszy do potarganych włosów każda cząstka.

Gdy dziecko pojawi się już na świecie i jest z rodziny wrzaskunów- krzykaczy, dając ci wyraźnie do zrozumienia, że jest nieodkładalne (a nie wiesz, jaki egzemplarz jest ci przeznaczony, nie możesz go wybrać, ani zaprogramować); to odtąd twój bezpieczny, ciepły, znany, przewidywalny matecznik już przestaje istnieć, rozsypuje się jak wieża z klocków i pęka na zawsze jak bańka mydlana.

Masz baby bluesa, depresję, rozstępy, walkę hormonów, łzy leją ci się po piętach, a jedyne twoje marzenie – to to o ciszy i śnie; ale ono jest szefem twardej ręki, bezwzględnie żądającym całodobowego posłuszeństwa, podporządkowania i obsługi. Nie możesz wziąć urlopu ani chorować.

Pewnie nikt ci tego jeszcze nie powiedział, ale jak będziesz miała szczęście, to przez trzy lata będziesz wyłączona z życia, a jak pecha, to pewnie z sześć. Wtedy tylko: kuchnia, park, wózek, łóżeczko, grzechotki, zupki, kupki, ząbkowanie, kolki, nie będziesz nigdy sama, nie umyjesz zębów, nie uczeszesz włosów, nie tylko się nie wyśpisz, ale nawet nie zmrużysz oka, nie zostaniesz już sam na sam z własnymi myślami. Mały terrorysta bądź terrorystka zrobi wszystko, by wyegzekwować swoje prawa i zmniejszyć twoją autonomię, by wprowadzić zamordyzm, przewagę, wykończyć: psychicznie, fizycznie i ekonomicznie. Zapomnij o demokracji! Nikt cię na to nie przygotował, nikt nie powiedział, że to już, że aż tak?!

Z gazet wyzierają pięknie ufryzowane, wysmuklone matki celebrytki tuż po porodzie, prześcigają się w powrotach: do pracy, formy i życia. Zazdrościsz? Pytasz, czemu one takie doskonałe? Jak im się to udaje?

Pomyśl, że tam działa sztab (stylistów, makijażystów, trenerów, niań, menagerów), czy ty masz taki sztab, takie zaplecze? Jeśli nie, to twoja upaćkana mlekiem bluzka, twój rozdęty brzuch i wyciągnięty sweter, są całkowicie uzasadnione. Tylko, że ty biedna, styrana, umordowana, splamiona polska madonno zwykle o tym nie wiesz, porównujesz i wypadasz blado. Chcesz być: eko, vege, trendy, nie możesz o niczym zapomnieć, niczego pominąć, zaniedbać, bo zjedzą cię pełne politowania spojrzenia w pierwszym spacerowym parku.

Z blogów epatują czysto ubrane dzieci w stylowych, pięknych wnętrzach, w drogich kołyskach i markowych wózkach.
Jak ty się czujesz w rozczłapanych kapciach, z opuchniętymi stopami, z bałaganem na kółkach, którego ogarnianie jest syzyfowym znojem, z cyrkiem doradców, z niedoczasem, który goni na oślep. Ty z bagażem niedokończonych, niezałatwionych spraw, z milionem gadżetów, pierdół bez ładu i sensu, jak ulewaczko-odbeki-waczki – szukasz arsenału, oczekujesz pomocy – a tej znikąd, a tej deficyt. Zewsząd wrzeszczą śniadaniówki: karm piersią! używaj eko-pieluszek! i eko-bawełny!, zrezygnuj ze słoiczków! i gotuj i gotuj…aż się zagotujesz. Nikt cię nie pyta: czy umiesz, czy lubisz, czy chcesz? Ciebie nie ma, ty się nie liczysz. Presja, presja, presja, agresja…a ty musisz być oazą spokoju, wykazać się pokładami cierpliwości, dobroci i miłości niczym kalkucka Matka Teresa. Nie umiesz – ćwicz jogę, medytuj, nie masz kiedy- w międzyczasie, między jednym płaczem a kolejnym, między jedną zmianą pieluszki a kolejną, między ciszą a ciszą.

Presja, presja- (za)walcz, bo polegniesz, popadniesz, zachwiejesz się jak trzcina na wietrze, i pewnego dnia znikniesz.
Jak kobiety, które na czarnych forach, rozżalone piszą: ,,rozczarowało mnie macierzyństwo”, ,,nie kocham mojego dziecka”, ,,moja córka jest wierną kopią mojego teścia, czarnej owcy w rodzinie, gnoma, którego nikt nie lubi. Jej w przedszkolu też nie lubią, obraża się, chce wszystkimi rządzić i stawiać na swoim, nie ma koleżanek”.

Jeśli myślisz, że macierzyństwo to pierniczki lukrowane: uśmiechem, miodem i cynamonem, wspólnie pieczone przed świętami; to sromotnie możesz się rozczarować. Macierzyństwo to zaledwie łyżeczka miodu w całej beczce dziegciu. Brak snu, brak grzebienia, brak nawet własnego cienia, wiecznie ubabrane ubrania i matki i dziecka, bo się ulało, bo zwymiotowało, oblało, to codzienne świadectwo, codzienne witanie

ranka i żegnanie wieczora, wystawianie siebie na najtrudniejszą z prób. Twoja codzienność to teraz: nadprogramowe kilogramy, początki depresji, chodzenie z miną zwiastująca koniec świata, koniec twojego świata. Świata, który ,,pachnie” mieszaniną mleka, rozpaczy, nieporadności i brudnej pieluchy.

Gdy przyrzepiona do ciebie huba podrośnie, cieszysz się naiwnie, że teraz może być już tylko lepiej, bo gorzej już było, gorzej się nie da. Otóż wkrótce przekonasz się, że i owszem, może być gorzej. Dziecko nie przebiera w słowach i przedmiotach, demoluje, demonstruje, dewastuje, niszczy, brudzi, rzuca, obgryza, przypieczętowuje, drapie, rysuje, ciągnie, obsikuje, rozdeptuje, wciera, wylewa, uklepuje, obsmarkuje, wysmarowuje, zdejmuje, ściąga, tłucze. Nie szanuje niczego na co ty z takim trudem uskładała/eś, zapracowała/eś. Nie ma hamulców przed sianiem spustoszenia i grozy, przed obróceniem w pył wszystkiego, nawet tego co ci bliskie i drogie. Ale przecież ciebie i tak już nie ma, a jeśli istniejesz, to jesteś już tylko cieniem samej/ samego siebie. To tornado, które porywa ofiary. Im wiara w moc lukrowanych pierniczków większa, tym upadek boleśniejszy. Stare kobiety i stare porzekadła mówią: są blaski i cienie macierzyństwa. Ciernie… to znaczy…cienie… już znasz?! Blaski poznasz …za 18lat, gdy latorośl pójdzie na swoje. Dzieci są jak małe huragany, zdmuchują całe dotychczasowe światy z widocznej przestrzeni, niczym bajkowy wilk domki trzech świnek. Biją, kopią, gryzą, a poradniki krzyczą: rodzicielstwo bliskości! jedność! trzeba dużo rozmawiać! dużo poświęcać czasu! ile włożysz w wychowanie, tyle wyjmiesz! Ech! żebyż to było takie proste; cóż, zdarzają się takie genetyczne pułapki, że człowiek siwieje, nie wie kiedy i za co oberwał, nie wie, jak postępować, jak się zachować, do kogo zwrócić o pomoc, tu nawet psycholog bezradnie rozkłada ręce i podcina skrzydła. Są dzieci trudne, na których wychowanie nie jesteśmy zwykle przygotowani. Oczekujemy słodkich pierniczków, a dostajemy tatara z naszego posiekanego życia. W poczuciu klęski i bezradności, rwiemy włosy z głowy.
A kursu nie ma, a szkolenie się nie odbywa, a ekspert widać bezdzietny, bo rady daje nijak nieprzystające do rzeczywistości. I tak kulejesz w rozpędzonym świecie, i trwasz w poczuciu, że tylko ty sobie nie radzisz, podczas gdy innym jakoś leci.

Wprawdzie nie wiesz, co dzieje się za ich zamkniętymi drzwiami, i tuż po zdjęciu wstawionym na facebooka. Czy oni mają swoje/ twoje słodkie pierniczki?!A może tylko nie przyznają się do klęsk i porażek?! Od takiego myślenia i rozpamiętywania tylko krok do depresji.

Jaką pójść drogą? Przeczekać, szukać, walczyć? Musisz znaleźć własną drogę, no powiedzmy chociaż ścieżkę, własną przestrzeń do przetrwania, do niezwariowania, do nie zniewolenia, i nie uciemiężenia; bo już cię nie będzie, znikniesz, zgaśniesz, uprzeźroczyścisz się. Może niania, może babcia, może książka, może kino, może hobby? Na początek zawalcz o małą krzynkę własnej duszy, o garstkę własnej autonomii. To nie egoizm, to krzyczy ostatnia dawka zdrowego rozsądku, która jeszcze się w tobie tli, mimo że ma ochotę emigrować, wziąć nogi za pas. To ta sytuacja, kiedy jesteś w samolocie podczas turbulencji i spadku ciśnienia, musisz założyć maskę najpierw sobie, a dopiero potem dziecku. Musisz je nauczyć, że wracasz, zawsze do niego wracasz; ale jesteś też odczepialnym, odrębnym bytem, jestestwem, które oprócz bycia rodzicem, potrzebuje też być człowiekiem. Nie można być wciąż trzciną smaganą wiatrem i uginać się pod jego naciskiem. Zawalcz o swoją tożsamość, swoją ludzką twarz; nim dziecko cię zawłaszczy, podporządkuje, uprzedmiotowi, raz po raz robiąc na złość, żerując na twojej do niego słabości, i upajając się wyprowadzeniem cię z równowagi.

Jeżeli myślisz o różowych sukieneczkach, kocykach w kwiatuszki, pieczołowicie i z miłością wybieranych pluszowych króliczkach; to pomyśl też i o tym, że tylko, gdy jest jeszcze w brzuchu, masz jaką taką kontrolę nad jego i własnym życiem. Potem na te śliczne: kocyki, misie, króliki, lalki, tulisie będzie się tylko: ulewało, wymiotowało, sikało i dla odmiany: sikało, wymiotowało, ulewało.

Macierzyństwo to skok na najgłębszą wodę, to skok na bungee bez liny zabezpieczającej, to dopust boży i siedem plag egipskich. Jeśli liczysz na delektowanie się lukrem z pierniczków, to żeby ci przypadkiem nie stanęły kością w gardle. Jeśli liczysz na te cholerne pierniczki, że je upieczecie i zjecie w miłej atmosferze, to radzę albo wywieźć najpierw dzieci do babci, albo się na nie, nie decydować. Chyba, że lubisz, gdy jest: szybko, nerwowo i bałaganiarsko. Dziecko to pobazgrane ściany, powyrywane karty, potłuczone sprzęty, rozjechane pragnienia, nadgryziona wiara. Jeśli jesteś estetką/ estetą twoja dusza ucierpi, a kresu tej pandemii nie widać na twoim horyzoncie.