fbpx
Zaznacz stronę

Przymilanki nad rzeką

Marianowi Kustrze

Lato dziś opuściło kwiecistą kotarę przyozdobioną słonecznym westchnieniem. Powstały
z kolan paprocie i widlaki, a szarość rozlała się między lasami i wzgórzami. Dzikie łabędzie
z rozwartymi skrzydłami wzbiły się do góry i między pierzastymi obłokami kierowały w stronę ciepłej przestrzeni. Chusty wielobarwne mrugające światłem w ciemności, ubrały przymilanki wschodzącego dnia jesieni. Oto wędrujące spojrzenia otulone wczesnym chłodem, podążają
w nieznanym kierunku. Spójrz, gdzie góry wysokie i słońce wysoko, tam spotkasz ukojenie…

Poszłam drogą nieznaną nikomu, pobłądziłam nocą, a kiedy ranek nastał i nastroszył swoje włosy, kucnęłam przy strumyku. Przemyłam oczy zmęczone rześką wodą źródlaną, spojrzałam w niebo błękitne i zobaczyłam ten dzień: inny, niepodobny do dni poprzednich. Dzień przymilny za rogiem, którego miłość błoga otulona marzeniem…

Ilekroć spoglądam w ogrody rajskie i łąki nad rzeką, czuję dotyk jasnych dłoni, ciepłych w trwaniu
i miłowaniu. Obudziły się westchnienia falujące wśród nocnej ciszy, otumanione rozkoszą
i gwarem. Już nie szukam dobrych słów na pocieszenie, mam radość w sercu ubraną w najlepsze szaty. 

Jesień przybyła jak goście weselni, radosna astrami i stęskniona muzyki. Zwinnym krokiem podążała coraz dalej w las i nadsłuchiwała muzyki wiatru, który między drzewami skradał się stęskniony.
Z konarów drzew śpiewne trele strącały liście, ścieląc wokół kolorowe dywany. I mgła tańczyła po łąkach szarych i polach strudzonych. I rosa moczyła mchy i wrzosy. W błogości starej zieleni, osaczona mokrą ciszą przemierzała świat. A modra rzeka otulona wierzbowymi witkami, szumiała odgłosami wiatru i deszczu. Zmarznięta, zmoczona, skrywała swe czoło blade wśród niewinnych traw i wodorostów, wśród mogił otoczonych wieczną ciszą… 

*   *   *   *   *

Parasole mokną, gdy siarczysty deszcz smaga słonymi łzami. Świat nie będzie lepszy ani czystszy, świat nie kocha róż. A Ty dobry i tkliwy zrozumiesz każde moje spojrzenie. Okiełznasz pragnienia jak młodego źrebaka i wskażesz miejsce na Ziemi. To zwariowane kręgi otoczyły cały wszechświat i jeszcze dalej… Potargały granice rozsądku i linie horyzontu. Niemożliwe stało się możliwe. Nastał demoniczny dzień wielkiej rozpaczy i niemocy. Czy słyszysz ten płacz
w ciemności? On woła Ciebie. Wyciąga ręce, a Ty śpisz… 

Życie, ach życie, którego zabrakło na co dzień, które skończyło się jak rolka papieru. Życie bez nadziei na polepszenie, i na to że nastanie dzień: lepszy i niepodobny do innych dni. Nie będzie już nic.

Odszedłeś sobie zwyczajnie i nie zwyczajnie, nie mówiąc nic nikomu. Poczerniało niebo, wstrząsnęło wzgardą i pogardą. Opadły z drzew wszystkie liście, postradały dawny blask i kolory przyćmiła melancholia. Umilkły traktaty o umieraniu i te o miłości także. Nie usiądziesz na krześle wyściełanym aksamitem, odszedłeś cichutko, by nie zbudzić dnia. Krzesło przewrócił wiatr, aksamit rozpłynął się w słońcu…

*   *   *   *   *

Takie słodkie miały być przymilanki w domu albo nad rzeką. Jedyne w swoim rodzaju,  opatrzone słowem i poezją. Nowy dom, nowy ład i porządek. Cierpienie odeszło wraz z latem, albo jeszcze nie. Ty ciągle cierpisz, jesteś męczennikiem tykającego zegara. Szukasz ratunku
w ciemności, straciłeś wzrok i widzenie. Nie łatwo jest spojrzeć w oczy, a lustra dawno pokaleczył czas. Smutne lato, jakże żyć w nieładzie dnia i nocy. Pogubiłeś się w jasności, a i ciemność jest złudzeniem spokoju. Nie możesz uciszyć wiatru, co gra po północy na skrzypkach. Nie możesz być tu, gdzie powinieneś być. Brakuje chleba, a bez niego nie da się żyć. 

Ile to niedopowiedzianych myśli i słów niedokończonych, ile pustki zostawiłeś w domu i ogrodzie. Ile serc potarganych i mokrych od łez szuka gwiazdy w ciemności. Cisza nastała. 

Rzeka ucichła, dławi się w korycie ludzką nikczemnością. Spiętrzone wody gnają na pola bezdroża porośnięte chwastami. Potop oczyści tę ziemię, potop niebios wiekuistych. Ale już bez Ciebie!

*   *   *   *   *

A pokój Twój olśniony cały w złocieniach oddycha nierównomiernie. Dławi się niczym zatrzaśnięte drzwi, brakuje mu powietrza świeżego, wydobytego z rosy soczystej i mgłą poranną otumanionego, gdzie zapach kawy rozchodzi się między szczelinami… Zginął przyjaciel kot przymilny, który cichym miauczeniem łagodził Twoją twarz zmęczoną, i papugi brak śpiewającej zza kotary występów nocnych w rożnych kolorach nieba i natchnień… A przede wszystkim brak słów wielorakich wypowiedzianych z rana, i słów radości życia, które odeszły gdzieś…  już jakiś czas temu.

Spójrz, jasność rozchodzi się między wersetami nowego świtania i nowej ery. Koraliki trzeźwego spojrzenia turlają się między stepami bieli rozlanej dywanami nastrojów i westchnień. A ona – mentorka zwierzeń nocnych stoi jak dawniej, na miejscu wybranym specjalnie dla Ciebie. Dumna w kwiecistych oparach czaruje smakiem i zapachem sitowia nad rzeką. Ach, usiądźże przy niej, stwórz epopeję dziejów, jakiej nie zna nikt poza Tobą…

W słodkich odmętach czarnego oceanu stworzysz świat lepszy, łagodniejszy, z falistym zwiastowaniem losu. O losie, przymilanki schodzą na leśne polany, gdzie w niedalekiej bliskości rzeka płynie. Woda obmyła Twoją twarz zmęczoną byciem, w czystości pokłoniłeś się Panu.

Kawa stygnie, Ciebie nie ma, zatrzymałeś się między rajskimi ogrodami, rozanielony widokiem drzew zielonych i białych obłoków. Wybrałeś to miejsce na dom swój nowy, dom czysty i wiekuisty. Zastygła mgła, co w tajemnicy przed światem tuli duszę. Odnalazła drogę spokoju i tkliwości. Wezbrała swoje aromaty okiełznane lepkim powabem i zauroczeniem. Położyła głowę na ramieniu Twoim, by wspomnieć przymilanki nad rzeką…

Skip to content