fbpx
Zaznacz stronę

Śmierć Wikarego

Czułem, że się budzę i poczułem się tym faktem wielce rozdrażniony.

Och! nie, oto kolejny beznadziejny dzień mego parszywego życia – westchnąłem cierpiętniczo. I zaraz sobie przypomniałem, że przecież dostałem od Euzebii przepis na przyjemne życie. – Stop! Wróć! Afirmujemy!

Przeciągając się rozkosznie zacząłem afirmować różne przyjemne rzeczy, a na dodatek robiłem sobie do tego wizualizacje – wszystko według zaleceń sąsiadki. Starałem się przy tym odczuwać różne pozytywne uczucia, by lepiej to zadziałało. 

Mamrotałem afirmacje w miarę cicho, by nie zbudzić mego kocura, Wikarego. A złośliwa to była bestyjka – jak księciunia czymś trochę rozdrażnić, to i potrafił drapnąć bez ostrzeżenia po nosie. No tak, ale ja tu miałem o przyjemnościach… zacząłem więc sobie wyobrażać, że wstaję i nie mam brzucha, tylko sześciopak. A na dodatek mam na tyle kwadratową szczękę, zamiast tej krągłej buźki, że nie muszę sobie dodawać męskości brodą. 

Dosypuję kochanemu sierściuchowi karmy, a on z wdzięczności okręca się dwa razy wokół mej kostki, i obiecuje być dziś najgrzeczniejszym kotkiem w galaktyce. Przybijamy międzygatunkową piątkę i tym razem nie zapomina o schowaniu pazurków, a potem wychodzę z domu. 

O dziwo mam fajne markowe ciuchy, które idealnie pasują do mej ukochanej ramoneski. Na mej paszczy gości uśmiech człowieka sukcesu, bo w portfelu goszczą pieniążki w ilości niemal nieprzeliczalnej. A zaklęte są w plastiku mych kart kredytowych, którymi płacę na takim luzie, że aż nie zwracam uwagi na rachunki. Stać mnie na to. Stać mnie na wszystko! Jestem królem życia!

 – Jeeeesteeem króóóóóleeeem żyyyyyciaaaaa! – krzyknąłem głośno, bom się nadto wczuł w to wszystko.

 – A zamknijże jadaczkę ty wariatowaty wariacie, satanisto ty! – zaskrzeczała gdzieś z czeluści klatki schodowej Jadźwińska.

Kurna, wredota baba, ale mogłaby zrobić karierę na scenie black metalowej – z tak donośnym skrzekiem wymiatałaby aż miło. I to bez miotły na dodatek!

No cóż, nikt nie mówił, że początki będą łatwe. Wręcz przeciwnie. Ponoć jest tak, że na początku jakieś tajemne, nikczemne siły, wręcz utrudniają człowiekowi przejście do lepszego świata. Ale żeby aż tak, jak to miało się okazać za chwilę, to tego się nie spodziewałem… 

Gdy tylko otworzyłem oczy i usiadłem na łóżku, oniemiałem.

Na środku pokoju leżał Wikary. Martwy. W jego oczach nie było już życia, były matowe, dawny błysk szaleństwa zniknął bezpowrotnie. Zaś jego łapy sterczały do góry jak lufy działek przeciwlotniczych.

Załkałem, aż mi brzuch zafalował. 

 – Wikaryyyy… – zachrypiałem pełnym żałości głosem, a mą duszę zalała fala wspomnień. 

I przypomniało mi się, jak go znalazłem, gdy był taką małą puchatą kulką, bezradną i drżącą w strugach lodowatego deszczu. I jak go schowałem żałośnie miauczącego za pazuchę mej skóry. I jak potem nalałem mu piwa, co by mu się weselej zrobiło, a on miauknął:

 – Dzięki koleś!

Ja z kolei myślałem, że nazbyt jestem zawiany, bo wracałem z całonocnej biby w Sędziwym Kondorze, ale następnego dnia, gdym miał koszmarnego kaca, ta moja znajda zaczęła po mnie skakać popiskując przy tym: 

 – Wstawaj! Baw się! No baw się ze mną! Baw się! 

A gdy odruchowo zaprotestowałem, to mnie pacnął łapką z tymi maluśkimi, ale jednak ostrymi pazurkami, i rzekł:

 – Niedobry ty! Niedobry Hubi! No weź się!

No i cóż było robić, bawili my się, a ja dumałem przy tym jak to jest, że go rozumiem i dopiero Euzebia mi wyjaśniła, że to magiczny kot i że ja też jakiś taki magiczny jestem, ale to już inna historia i nie będę się w tak smutnej chwili w to zagłębiał.

Ujrzałem też jak na spacerze upolował glistę, a potem zaczął ją jeść zasysając pyszczkiem.

 – Ej, zostaw! To jest ble ble! – usiłowałem wtedy przemówić mu do rozumku, ale się nie dało.

 – Jem spaghetti carbonara. No to nara! – miauknął i czmychnął w siną dal, by wrócić dopiero wieczorem.

Ech! wspomnienia… a teraz… teraz już go nie ma…

Ryczałem jak bóbr klęcząc przed truchłem mego ukochanego zwierzaka, gdy nagle na parapecie objawił się jego duch.

 – Wi… Wi…

 – Nie WiFi tylko Wikary.

 – O na Belzebuba, to koty też mają życie pozagrobowe?

 – Zjadłbym coś – mruknął w odpowiedzi.

 – Hm – dumałem wstając z kolan. – Co by ci tu dać?

 – Rybki – odparowało kocisko.

 – No ale wiesz, nie mam ektoplazmy, by ci je ulepić – zmartwiony tym faktem przycupnąłem obok kociego ducha, który aż do bólu zdawał się być materialny.

 – Jakiej znowu plazmy? Rybki chcę! – warknął wkurzony Wikary pacając mnie łapką w czoło.

 – Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! – ryknąłem z bólu, bo duch okazał się być rzeczywiście bardzo materialny, a jego ektoplazma do tego stopnia zgęstniała, że aż poraniła mi czoło pazurkami.

 – Psychopata! – ryknęła Jadźwińska z czeluści klatki schodowej.

 – No? To jak będzie z tymi rybkami?

 – Dobra, już dobra. Wyluzuj.

I dałem duchowi te przeklęte rybki, a on zaczął zajadać je ze smakiem. Po chwili uniósł pyszczek znad puszki, oblizał się i mruknął wskazując łapką na sztywne kocie zwłoki na podłodze:

 – Acha, i postaw zwłoki dziadka Kleofasa na szafie. Wyobrażasz sobie, że ktoś go wypchał? Co za barbarzyńskie zwyczaje…

Skip to content