fbpx
Zaznacz stronę

Jak to Izrael nie został rabinem…

Jego ojciec był rabinem, więc on również miał nim zostać. Gorliwie modlił się z ojcem w synagodze każdego dnia po śniadaniu. W domu czytali na głos Torę, a mały Izrael pobierał z niej nauki i mądrości. Przygotowania trwały już od najmłodszych lat, zresztą nie mogło być inaczej, tradycji musi stać się zadość. Ojciec rabin, to i syn rabin. Chłopcu zbytnio się to nie podobało, był energiczny i prędki. Za oknem chłopcy grali w piłkę, a on ślęczał nad nudnym dla dziecka, świętym pismem. Jednym uchem słuchał pobożnego ojca, drugim zaś wypuszczał wszystko co usłyszał,  nadsłuchując odgłosów z podwórka. W każdy Szabas ubrany odświętnie wędrował z ojcem do pobliskiej synagogi, by modlić się za całą rodzinę i wszystkich Żydów świata. Synagoga nazywana Starą Wielką Synagogą,  była wyjątkowo piękna. Mieściła się vis- a- vis ich kamienicy, więc nie miał daleko, ale i tak niechętnie do niej uczęszczał. Jak każde małe dziecko wolał spędzać czas ze swoimi rówieśnikami. Był piątym, najmłodszym dzieckiem swoich rodziców, którzy pokładali w nim wielkie nadzieje. Ojciec był już stary i schorowany, patrzył więc na syna, jak na swego następcę. Żona była posłuszna, chociaż w głębi duszy wolałaby, jak to matka, żeby został lekarzem albo adwokatem. Nie sprzeciwiała się jednak nigdy mężowi, więc i tym razem nie powiedziała słowa. Izrael miał zostać rabinem i klamka zapadła. Co rano przy śniadaniu ojciec chwalił Boga za dary na ich stole, po czym modlitwę kontynuował mały Izrael. Ojciec był dumny z syna, a matka uśmiechała się delikatnie pod nosem. On sam szybko łapał kawałek chałki i uciekał do zabawy. A koledzy już od samego rana czekali z drewnianymi pistoletami w dłoni. Bawili się w wojnę. Tylko kto kim będzie? Ojciec wyglądając przez okno, krzyczał na nich, że nie wolno bawić się
w zabijanie ludzi i mają znaleźć sobie inny pomysł na zabawę. Mówił też głośno, że byłoby lepiej, gdyby się pomodlili, po czym machał ręką na znak dezaprobaty.

Kiedy nadszedł czas pójścia do szkoły, Izrael był dużo wiedzącym chłopcem. Znał literki, potrafił pisać, a co najważniejsze rozumiał Torę. Do chederu poszedł w wieku 5 lat, był zdolny i szybko się uczył, lecz nawet nauczyciel widział, że nie ma serca do nauki. W głowie były mu psoty i rozrabianie. Koledzy skarżyli się na niego, że łobuzuje i uciera im nosa. Był prowodyrem bijatyk i głównym organizatorem szturchańców. Droga ze szkoły do domu zawsze zajmowała mu dużo czasu i przychodził później niż inne dzieci, bo rzekomo zaczepiali go goje. Podobno wyśmiewali się z jego religijnego stroju i długich pejsów przy uszach. Musiał bronić swojego żydowskiego honoru i przeganiał ich kijem. Często przychodził z podartym kołnierzykiem u koszuli albo naderwanym mankietem.

Pewnego dnia wpadł do pokoju ojca z wielkim płaczem. Był potargany, poszarpany i przecierał łzy brudnymi palcami. Ojciec spojrzał na niego ze stoickim spokojem i zapytał:

– Co się stało synu?

-Tate goje obcięli mi pejsa – popatrz -i wskazał na krótszego pejsa. Nie mogę zostać rabinem, bo jak z jednym tylko długim pejsem? – dodał szybko.

Ojciec popatrzył znowu na syna, pomyślał chwilę i sięgnął do biurka po nożyczki, po czym wstał z krzesła i podszedł do małego Izraela. Obciął drugiego pejsa, wyrównując oba do jednej długości.

-No tak, rzeczywiście rabinem nie możesz zostać – powiedział uśmiechając się pod nosem.

Izrael wybiegł z pokoju ojca prosto do kuchni, gdzie krzątała się szykując obiad, matka. Z okazji urodzin męża gotowała jego ulubiony rosół. Izrael opowiedział jej całą historię jednym tchem, a następnie przytulił się do matki. Ona pocałowała syna w czoło i powiedziała:

– Myślę, że będziesz dobrym człowiekiem i to mi wystarczy.

Pomimo iż wiadomo już było, że Izrael nie będzie rabinem, nadal był częścią religijnej rodziny,
i jak przystało na żydowskiego chłopca po bar micwie, podczas której został wezwany po raz pierwszy do publicznego odczytania fragmentu Tory, poczuł jak ważna jest ich, a przede wszystkim ojca, ortodoksyjność.

Cenił tego już mocno starszego człowieka za jego wiarę i uczciwość. W jesziwie razem z innymi chłopcami zdobywał wiedzę i umiejętności niezbędne w dorosłym życiu. Z radością patrzył na swoich rodziców i swoje miasto, z którym wiązał duże nadzieje na przyszłość. Był młody, swatka szukała już dla niego odpowiedniej kandydatki na żonę; ale wojna pokierowała jego życiem inaczej niż planował…

Jak wszyscy, także i oni, sądzili, że wojna nie potrwa długo, najwyżej kilka miesięcy, a Niemcy pokonani przez aliantów, szybko się wycofają. Trwała jednak sześć długich, krwawych lat. Już w 1939 roku Izrael przeniósł się do Warszawy. Miał szybko wrócić do swojego miasta, ale zrobił to dopiero na wieść o chorobie ojca. Było źle. Codziennie przy słonecznej pogodzie siedział na krześle
w ogrodzie i wygrzewał zmęczone ciało. W ręku trzymał księgę, ale na pamięć wypowiadał słowa modlitwy. Ciągle wierzył, że miły Bóg zlituje się nad światem i nad Żydami, ocalając ich. Tego popołudnia było mu zimno. Kiedy żona podtrzymując pod rękę prowadziła go do domu, zauważyła biegnącego w ich kierunku syna. Uśmiechała się do niego. Z przeciwnej strony szło kilku żołnierzy niemieckich, którzy widząc niedołężnego starca z kobietą, zaczęli się śmiać wskazując ich palcami. Pluli i krzyczeli w swoim ordynarnym języku. Jeden z nich wyjął z kieszeni scyzoryk, otworzył go i łapiąc Żyda za brodę, ściął jej kawałek z żywym ciałem nieszczęśnika. Otworzyła się rana, poleciała krew. W międzyczasie syn przystanął i przyglądał się jak oniemiały. Gdy ruszył do przodu na ratunek ojcu, matka podbiegła do niego wołając: Nie! Trzymała syna kurczowo. Ojciec leżał na ziemi cały zakrwawiony. Niemieccy oprawcy nadal śmiejąc się, odeszli jak gdyby nic się nie stało. Taki mały epizodzik w ich morderczej naturze…

Nad grobem ojca modlił się syn, który nie został rabinem, a który wie, że jego ojciec był najlepszym Rebe, jakiego w życiu znał. Izrael przeżył wojnę, nie został rabinem, lekarzem ani adwokatem, został dobrym człowiekiem.

Skip to content